wtorek, 29 września 2015

"Rozpalić wspomnienia" Rozdział 7

[Trochę to trwało nawet pomimo napisanej jednej części do przodu, jednak ponownie jest znacznie dłuższe. Przepisywanie to naprawdę żmudna robota... Ale jestem dumna z części teraźniejszej w tym fragmencie, chociaż tyle.
Z następną częścią może być podobnie, a może nawet wystąpi większe opóźnienie. Mam teraz na głowie bardzo duży projekt z forum, którym muszę się zająć i chcę mu poświęcić jak najwięcej, ale tego ficka też nie chcę porzucać, tego się nie musicie bać. Ponownie zaznaczam, że inspiruję się tylko filmami, a większość to i tak moje wymysły. Dużą inspirację czerpię też z pewnej serii gier o assassynach, bo czemu nie?
Z góry przepraszam za wszystkie błędy, nie chciałam już przedłużać publikacji. Zapraszam do czytania i komentowania, jak zawsze ^^]

Rozpalić wspomnienia 

Rozdział 7 




        Rok 1966, Misja V
    Biały, luksusowy mercedes wyjechał przez otwarte wrota z kutej w fantazyjne wzory, metalowej bramy, która potem ociężale wróciła na swoje miejsce, z cichym kliknięciem zawiadamiając o nałożonych zabezpieczeniach, a kilku ochroniarzy w garniturach przekazało odpowiednie komunikaty dalej. Ze swojego miejsca na niewielkim wzgórzu przyglądała się temu uważnie, wyszukując słabych punktów ogrodzenia i luk w poruszaniu się straży już drugi raz w ciągu tego dnia. Nie widziała szans przedarcia się bez pozostawiania trupów, jednak to nigdy nie był problem. Czasami miała wrażenie, że dowództwo nawet cieszyło się, gdy powiadamiała o ilości uśmierconych przeciwników. Skrzywiła się, chowając lornetkę do torby. Wedle podanych danych, właściciel posesji musiał niespodzianie wyjechać wcześniej – co też nastąpiło – pozostawiając cenne dla nich informacje, które ktoś miał odebrać następnego dnia. Ta noc była dla niej, idealna, podłożona, musiała tylko niczego nie spieprzyć. Nic prostszego.
   
    Przylgnęła do grubego, kamiennego muru, w myślach odliczając fazy przemieszczania się kamer i ochrony, po czym podskoczyła lekko, łapiąc się krawędzi. Zawisła tak na chwilę, cyfry przesuwały się bezszelestnie w umyśle, zza pleców słyszała tylko śpiew świerszczy. Mięśnie napięły się, świsnęło, i w jednym, porządnym susie wylądowała po drugiej stronie, by od razu zanurkować za krzak róży. Facet miał takie zniewalająco piękne i wielkie ogrody wokół posiadłości, że aż nie mogła się temu nadziwić. Bogacze zdecydowanie byli zbyt pewni siebie.
    Spokojnie, nieruchomiejąc i kryjąc się w odpowiednich momentach, zaczęła poruszać się po wcześniej obranej trasie. Świeżo po zmianie warty mogła mieć pewność, że ma wystarczająco dużo czasu, jednak mimo to musiała utrzymywać sprawne tępo.
     Po kilku minutach w końcu znalazła się obok jednego z wejść – do niewielkiego domku za posiadłością, z którego prowadziła ukryta droga do serca tego miejsca. Wokół było ich trzech – dwóch z tyłu, w pewnej odległości chodzących pozornie swobodnie wzdłuż określonych linii, i jeden od frontu. Nie widzieli mężczyzny stojącego na przedzie budynku, jednak tamten teren był dobrze oświetlony, toteż włamywanie się tą drogą spowodowałoby spore ryzyko, od tyłu zaś musiała jakoś przedrzeć się przez pancerne szkło. To jednak mogło okazać się najprostszym zadaniem.
    Odetchnęła, zbliżając się do najbardziej wysuniętego w jej stronę mężczyzny. Przez chwilę nawet szła zaraz za nim, oczywiście póki się nie zorientował, że coś jest dziwnie nie w porządku. Odwróciła się powoli, ostrożnie i nie mogła wiedzieć, czy jakimś cudem ją usłyszał, czy po prostu poszedł za tym niewytłumaczalnym przeczuciem czyjejś obecności, ale to nie miało najmniejszego znaczenia. Uważny wzrok opadł na przykucniętą sylwetkę akurat, by spotkać złoto-brązowe spojrzenie lśniące w mroku i dojrzeć tylko błysk w ciemnościach. Na krótko zakrztusił się własną krwią, po czym zwalił na ziemię, w ostatniej chwili przytrzymany przez zabójczynię. Nie tracąc więcej czasu, popędziła przed siebie i w biegu posłała nóż w gardło drugiego mężczyzny. Zesztywniał, sapnął i wyzionął ducha. W ostatnich sekundach zdołała chwycić bezładne ciało, nim uderzyło z całym impetem o ziemię. Z mocno bijącym sercem znieruchomiała, nasłuchując, czy ochroniarz od frontu zorientował się w sytuacji. Powoli sięgnęła po słuchawkę podłączoną do radia martwego mężczyzny i przypięła jedno do ucha, a drugie do pasa, by być na bieżąco. Nikt jeszcze nie wiedział.
    Zostawiła ciała, które aktualnie znajdowały się poza zasięgiem kamer i widoku ochroniarzy z drugiej strony budynku, po czym zajęła się sforsowaniem szkła. Przypięte przy pasie, mocno żrące substancje poradziły sobie z tą przeszkodą w rekordowym tempie, pozostawiając zabójczyni wolną drogę. Wewnątrz znajdowało się kilka pomieszczeń i przypominało mniejszy domek dla gości, jednak kryło też pewną tajemnicę. Pokój, w którym roiło się od monitorów – jedno z centrów monitoringu tego kompleksu. Samotny technik wpatrywał się ze zmarszczonymi brwiami w lśniące ekrany, długą chwilę nieświadom czyjejś obecności. Trochę drwiący, trochę zadowolony uśmiech rozciągnął wargi Eny pod maską. Jedno z głowy.

    Nie potrzebowała wiele czasu, by ukrytym korytarzem bez problemu dotrzeć do celu swej podróży. Rozejrzała się uważnie, lustrując wzrokiem wypełnione regałami, drogimi księgami i boazerią pomieszczenie. Skoro właściciel posiadłości tak lubował się w tajnych przejściach, to zapewne musiała znaleźć ukryty schowek lub sejf, ale potrzebowała chwili, by wyszukać idealnie na niego miejsce. Westchnęła cicho.
    - Czas zacząć zabawę – mruknęła do siebie kwaśno z ironicznym uśmiechem pod maską, kiedy podeszła do pierwszego obrazu, by zbadać jego ramę.
    Kilka dzieł sztuki i regałów później miała ochotę prychać z frustracji. W akcie zrezygnowania postanowiła sprawdzić ogromne biurko z ciemnego drewna, na którego blacie panował niepasujący do niemal pedantycznie utrzymanego wnętrza nieład. Przejrzała pobieżnie wszystkie papiery, jednak nie znalazłszy tam pożądanych dokumentów, zostawiła niczym nietknięte i zajrzała do pierwszej z góry szuflady – i oto były. Cały plik skrzętnie szukanych informacji zawarty w schludnym folderze. Nie wierzyła własnym oczom, to byłoby za łatwe, lecz dokumenty zdecydowanie zgadzały się z tymi, które miała zdobyć. Zajrzała do środka, szybko studiując najważniejsze nazwy, zdjęcia i pojęcia. Tak, to był jej cel.
    Wyjęła plik, zasunęła szufladę i schowała do przymocowanej w połowie pleców, płaskiej kieszeni, która specjalnie zaprojektowana nie krępowała ruchów. Wtedy usłyszała poruszenie za drzwiami, szmer zaledwie na granicy słuchu. W biurku znajdował się czujnik.
    Akurat, gdy gałka w drzwiach przesunęła się z cichym kliknięciem, zanurkowała za brzeg najbliższego regału, chwytając za rękojeści sztyletów. Delikatne szuranie butów o drewnianą podłogę wypełniło ciche pomieszczenie. Czterech, każdy uzbrojony po zęby. Wysunęła klingi, niesłyszalny dla nich syk rozbrzmiał rozkoszną nutą. Oddech wyrównał się i ustabilizował, umysł oczyścił ze wszystkich niepotrzebnych myśli. Gdy ujęła sztylety rękojeściami do siebie, oczy spod maski zalśniły złotem.
    Wyskoczyła zza rogu, zyskując milisekundę przewagi. Kiedy padły pierwsze strzały, była już przygotowana. Uczyła się podobnych manewrów, ale dopiero ta chwila miało okazać się decydującym testem. Zgrzyt i metaliczny brzęk wypełnił pokój kakofonią dźwięków przemieszanych z wystrzałami, gdy niebywale wytrzymałe ostrza odbijały kule. Kilka z nich trafiło w bok, rękę i nogę jednego strażnika, na chwilę wyłączając ze strzelaniny. Kliknęły puste magazynki i zanim zdołali choćby sięgnąć po kolejną broń lub zapas pocisków, doskoczyła do najbliższego mężczyzny.
    Krzyk rozdarł powietrze, trysnęła krew z poziomej rany rozcinającej brzuch niemal do wnętrzności, i urwał się wraz ze zgrabnym obrotem zabójczyni, gdy wbiła sztylet w serce. Nim ciało zsunęło się na podłogę, czubek drugiej klingi poderżnął gardło następnemu.  Krew zachlapała ciemne karwasze, ciepła i lepka na palcach. Trzeci ochroniarz zdążył naładować broń, wystrzelając kilka pocisków. Syknęła, gdy poczuła rozdzierający ból w boku. Kolejne nie zdołały przebić się przez zasłonę ostrzy i zamarły całkowicie, kiedy jedna klinga odcięła nadgarstek, a druga zatopiła się w piersi, przez serce i aż na zewnątrz pod karkiem. Zabulgotało, kolejna plama krwi ozdobiła podłogę, a Ena w końcu usłyszała oddech i desperackie starania zmiany magazynka pistoletu.
    - Zostaw to – zarządziła zimno, niczym do psa. Mocno zniekształcony głos i sam obraz zabójczyni zmusiły słabo doświadczonego mężczyznę do znieruchomienia. Rany postrzałowe od własnych kul paliły go niemiłosiernie, a wizja przyszłości malowała się w najczarniejszych barwach.
    Głosy w słuchawkach krzyczały jak szalone, gdy odwróciła się spokojnie. Zmieniła uchwyt na sztylecie i równocześnie wysunęła zatrute ostrze. Strażnik dalej półsiedział niczym sparaliżowany i dobrze robił. Widok wyzierających zza niemal całkiem czarnej i idealnie dopasowanej maski, lśniące czystym złotem oczy i cała prezencja zabójczyni sprawiła, że pożałował wybrania tej roboty. Wytrąciła mu broń z dłoni daleko poza zasięg i przygniotła butem zranioną rękę.
    - Nie zabiję cię – powiedziała spokojnie, unieruchamiając przerażoną ofiarę bez problemu – ale musisz coś dla mnie zrobić.
    Zobaczywszy upiorną maskę i oczy z bliska, w końcu jakiś pierwotny instynkt kazał mu spróbować wyrwania się. Wierzgnął, kwicząc z bólu, ale nogi i ręka zabójczyni trzymały go w miejscu bez problemu. Nim się zorientował, cienkie ostrze zahaczyło o skórę na ramieniu. Szczypanie nie wydawało się mocne, uczucie zaledwie jak po ukąszeniu pająka, lecz skutecznie zatrzymało protesty. Dopiero, gdy poderwała go na równe nogi i wypchnęła za drzwi, niezdolnego do jakiegokolwiek protestu, poczuł ogień w żyłach, a w umyśle zaczęło mu się mieszać.
    Zamknęła gabinet, dając sobie jeszcze trochę więcej czasu. Za twardym drewnem rozległ się krzyk – znak, że trucizna zaczęła działać. Miała wprowadzić strażnika w stan, w którym zacznie wściekle rzucać się i atakować, więc wpierw będą musieli unieszkodliwić jego. Dlatego też na koniec wsadziła mu w dłoń naładowany pistolet, chociaż pewnie nawet tego nie zarejestrował.
     Wbiegła do przejścia, zasuwając za sobą ukryte drzwi. Rana na boku paliła, zadraśnięcie na ręce niemal równie mocno rozchodziło się bólem wokół rozerwanej skóry, jednak zaczynały już się goić, a ona nie mogła sobie pozwolić na rozproszenie. Zdołała już nauczyć się ignorowania takich drobnostek. Teraz musiała tylko się wymknąć.

~*~

    Przez niewielkie, otworzone do połowy okno wpływało ciepłe powietrze letniej nocy, opływając wnętrze motelowego pokoiku. Po uważnym zatrzaśnięciu drzwi z ulgą zdjęła płaszcz, pod którym ukryła większość stroju i maskę przywieszoną przy pasie.
    - Nie umiesz się trzymać z dala od kłopotów, Sinatri.
    Na chwilę zmroziło Enę w miejscu, póki nie zorientowała się, do kogo należał niski głos i wtedy delikatny dreszcz przebiegł po jej kręgosłupie. Uśmiechnęła się, starając nie skrzywić przy odrzucaniu płaszcza.
    - Ale tym razem sobie z nimi poradziłam.
    Odwróciła się, by zobaczyć spokojnie siedzącego na brzegu łóżka Wisa. Zmierzył jej sylwetkę uważnym spojrzeniem, gdy blokowała mechanizmy i potem zaczęła rozpinać klamry trzymające na przedramionach karwasze w miejscu.
    - Chyba nie do końca. – Zmarszczył brwi, przyglądając się wyrwom w kostiumie, pod którymi skóra zdołała już się zrosnąć.
    - Nic wielkiego…
    Wstał i w kilku krokach był przy niej. Chciała zaprotestować, ale głos uwiązł w gardle, niezdolny do wyrażenia myśli. Ukląkł i delikatnym uchwytem na biodrze obrócił, by mieć lepszy pogląd na ledwie zagojoną, lekko wybrzuszoną ranę.
    - Trzeba wyjąć kulę – zgadł, unosząc błękitne spojrzenie na Enę. Skinęła z cichym westchnieniem.
    - Mogłyby tak same wypadać przed zrośnięciem się skóry, byłoby łatwiej.
    Nie skomentował, tylko sięgnął po krótki, niesamowicie ostry nożyk i uniósł brwi w niemym zapytaniu. Sięgnęła do szafki i wyjęła z niewielkiego pakunku małą fiolkę z silną, odkażającą substancją, która przyśpieszała krzepnięcie krwi, a potem pozwoliła, by Wis przyglądał się, jak odpina klamry kostiumu i ściąga górę, by miał lepsze pole manewru. 
    Mogłaby zrobić to sama. Szybko, bez pozbywania się warstw ubioru, ale nie chciała. Widząc determinację w jego oczach, nie potrafiła mu odmówić. Zrobi to szybciej, znacznie sprawniej, dzięki czemu rana zasklepi się błyskawicznie, a ona nic na tym nie straci.
    Góra kostiumu zawisła wokół bioder zabójczyni. Żołnierz podwinął zwykłą, bawełnianą koszulkę spod kombinezonu i obejrzał dokładnie zasklepienie. Kula nie była bardzo głęboko, jednak krzywo i dostatecznie mocno się wbiła, by sprawić nieco zachodu. Naciął, ostrożnie rozchylając skórę, a Ena poczuła, jak włoski na jej ciele podnoszą się sztywno. Ból niemal dorównywał temu postrzałowemu, jednak nie śmiała choćby drgnąć. Nauczyła się kiedyś, choć tak naprawdę nie miała pojęcia, kiedy dokładnie, jak oddalać umysł od cielesnego cierpienia, więc korzystała z tego, ile mogła. Wis pracował jak doświadczony chirurg po latach stażu, skupiony i całkowicie niewrażliwy. W mig pozbył się kuli i odebrał buteleczkę, dezynfekując ranę. Potem nie wiadomo skąd wyciągnął czystą gazę i kazał jej uciskać rozcięcie, póki się nie wygoi.
    - Po co wysłali cię tym razem? – zapytał po chwili przyglądania się nieruchomej Enie, przerywając ciszę.
    - Kradzież dokumentacji – wzruszyła ramionami – standard.
    Nie pytał, czy wybiła wszystkich po drodze. Odpowiedź i tak zawsze była ta sama. Taką mieli robotę, nie dopuszczano świadków.
    - Oni coś planują – dodała bezbarwnie, nawet na niego nie patrząc.
    - Jak zawsze.
    Pokręciła głową.
    - To coś innego. Te dokumenty są dziwne. Pełne nazwisk, które brzmią dla mnie dziwnie znajomo, planów i niedokończonych recept na różne substancje.
    - Zajrzałaś do nich? – Uniósł brwi w niedowierzaniu.
    - Musiałam sprawdzić, czy to o nie chodzi. Dowództwo raczej nie ucieszyłoby się ze złych informacji. – Uśmiechnęła się krzywo, krzyżując spojrzenie z Wisem. Wzdrygnął się niezauważalnie i całkowicie porzucił swoje obiekcje, powodzenie misji zawsze był najwyższym priorytetem.
    Ena przyjrzała się Żołnierzowi uważnie. Więc co tu robił?
    - Wracasz z misji?
    - Nie, wyruszam o świcie.
    Uniosła brew, ale nie spytała o nic więcej, a Wis widocznie nie miał zamiaru niczym się dzielić. Może chciał dopracować plan, sprawdzić inne opcje, może potrzebował kwatery na odludziu na jakiś czas. Nie musiała posiadać tej wiedzy.
    - Ruszam do dowództwa za kilka godzin. Możesz tu zostać, jeśli potrzebujesz miejsca…
    Skinął, ale nic nie powiedział. To było całkowicie dla niego naturalne, a jednak tym razem coś jej nie pasowało. Wydawał się bardziej spięty niż zwykle, jakby czymś spłoszony lub zaaferowany, choć próbował to skryć pod maską chłodnego opanowania.
    Zmierzyła go uważnym spojrzeniem, choć wiedziała, że i tak nic więcej z niego nie wyczyta. W takich chwilach był jak najlepiej zabezpieczony sejf świata, który nawet dla niej stanowił wyzwanie. Westchnęła. Skoro już się zjawił, równie dobrze mogła go trochę wykorzystać.
    - Muszę się przespać. Jeśli możesz, obejmij wartę, hm?
    - Nie nazbyt swobodnie się czujesz?
    - Nie – odpowiedziała prosto – ufam ci.
    Zamilkł i tylko wodził później za zabójczynią wzrokiem. Nie spodziewał się takiego wyznania i nie wiedział, czy chciał je kiedykolwiek usłyszeć. Grał w niebezpieczną grę, a po misji mógł stracić wszystko, co próbował osiągnąć. Podświadomie przeczuwał, że taki scenariusz kiedyś się spełni, że jego obawy się urzeczywistnią. Gdzieś w głębi niego siedział strach, tak silny i prawdziwy, jakby już przeżył coś podobnego, a na samą myśl o powrocie wzdrygał się z trwogą. Najbardziej pierwotne instynkty walczyły w nim o dowodzenie i choć miał nad nimi władzę, nie potrafił z niej skorzystać.
    Ena wsunęła sztylety pod poduszkę i ułożyła się na boku, całkowicie wystawiając odsłoniętą szyję i ramiona na widok Wisa. Oddech zabójczyni szybko ucichł, wyrównał się, a potem stał ledwie słyszalny. Uspokoiła się natychmiast, jakby sam Morfeusz porwał ją w objęcia z utęsknieniem. Mimo to spała niespokojnie. Dziwne urywki zdarzeń, wyglądu miejsc czy ludzi przewijały się przez umysł, a krew znaczyła ich drogę. Nie trwało to jednak długo i gdy otworzyła oczy, czuła się znacznie gorzej niż przed snem.
    Cień ludzkiej sylwetki, a raczej samych ramion i głowy, zamajaczył na pościeli, wysyłając przez ciało impuls do sięgnięcia po sztylety. Zanim jednak zdołała pochwycić rękojeści, rozpoznała splątane włosy Wisa. Siedział spokojnie oparty plecami o łóżko i zdawał się znajdować całkowicie we własnym świecie. Z profilu wyglądał na niemal zrelaksowanego, ale Ena wiedziała, że pod tym wyrazem twarzy kryła się gonitwa myśli. Nie mogąc się powstrzymać, wyciągnęła dłoń i odgarnęła samotny kosmyk z jego czoła.
    Drgnął, nagle wyrwany z dziwnego stanu otępienia. Jasne oczy zwróciły się naprzeciw złoto-brązowym. Powietrze w motelowym pokoju zdawał się gęstnieć z każdą mijającą chwilą tego intymnego kontaktu. Skulona na boku, z dłonią wyciągniętą w jego stronę, wyglądała bezbronnie i wrażliwie tak, jak jeszcze nigdy. Czuł się za nią odpowiedzialny, choć nie powinien. Czuł, jakby musiał ją za wszelką cenę chronić, chociaż wcale tego nie potrzebowała. Nagle widział i czuł znacznie więcej niż kiedykolwiek – i nie chciał, by to się skończyło.
    Decyzja zapadła, zobaczyła to wyraźnie w chłodnym spojrzeniu. Obserwowała uważnie każdą zmianę na kamiennej twarzy, kiedy powoli podniósł się, podpierając prawą ręką o materac. Nie umiała ani nie chciała oderwać wzroku. Podążyła jego śladami instynktownie, podciągając się do pozycji siedzącej. Cisza dźwięczała im w uszach głośniej od serii z karabinu, a oddechy zlały się w zgodnym rytmie. Mogła tylko domyślać się, co wirowało w jego głowie, mimo to czuła, jak coś zaciska się na jej wnętrznościach nieznanym napięciem. Gdy w końcu szorstkie, ciepłe palce znalazły drogę do policzka zabójczyni, coś w nich pękło. Czy były to chowane od dawna pragnienia, czy może zwykłe żądze, którym nigdy nie pozwalali wyjść na zewnątrz, tym razem dali się ponieść, wyłączając trzeźwe myślenie. Wargi spotkały się w pocałunku tylko z początku nieśmiałym, palce wplotły w kosmyki, przyciągając bliżej, ciała nie mogły się nasycić. Belki łóżka skrzypnęły cicho, przyjmując ich ciężar, pościel zmięła się i podarła, po skórze spłynął pot. W tej jednej chwili pierwszy raz poczuli się prawdziwie wolni.

~***~

    Trucizna. Znów, niczym ogień wypalający żyły, kwas krążący w całym układzie krwionośnym, wyżerała od środka wnętrzności i spalała wszelkie myśli. Wypruwała z płuc krzyk, któremu z całych sił nie pozwalała się wydostać z gardła. Nie mogła się temu poddać, nie ponownie. Gdyby pozwoliła wydrzeć z siebie jakikolwiek dźwięk cierpienia, nigdy więcej nie potrafiłaby go powstrzymać. Walczyła nieustannie. Broniła umysł, jak najlepiej tylko potrafiła, ale obrazy atakowały zewsząd. Twarze ludzi w lekarskich fartuchach, ogorzałe oblicze ojca, plac pełen mnichów, lecące w jej stronę ostrza, krew płynącą z ran, łamane kości, elektrowstrząsy, tortury. Tak żywe, a równocześnie wyblakłe, że już nawet nie była pewna, gdzie się znajduje.
    Zwykle silne, całkowicie opanowane ciało drżało w bolesnych konwulsjach na zimnym parkiecie. Paznokcie darły skórę nagich ramion, włosy przylepiły się do spoconego czoła i karku, spod zaciśniętych powiek gorące łzy spływały po policzkach. A wewnątrz, pośród kłębiącego się i wirującego cierpienia, rosło coś równie przerażającego, niczym mały pasożyt rozrastający się w niewyobrażalnym tempie, żywiący bólem i gotów do przejęcia kontroli nad ciałem przy byle iskrze. Rozrastało się, zaogniało, wżerało w umysł i ciało, nie dając chwili wytchnienia. Pierwotna, oszałamiająca siła, całkowicie nie do powstrzymania, gdy uwolniona. Furia. Czysta, piękna i przerażająca niczym uderzająca błyskawica. Buzowała pod powierzchnią cierpienia i czekała. Na swój moment. Na iskrę.

~***~

     Obecnie, baza Shield
     Blady świt wszechobecną szarością miasta wdarł się do ledwie rozwartych powiek, atakując pastelami nieba o wschodzie słońca, jedynym barwnym elementem w miejskim krajobrazie. Skostniałe ciało nie miało sił, by się ruszyć, a przy każdym oddechu zdawało się palić klatkę piersiową znanym bólem. Czuła się, jakby przez noc żerował na niej jakiś wampir energetyczny, z lubością spijający cierpienie i bezradność nieświadomej ofiary. Znów trafiła jej się jedna z tych nocy. Pełna koszmarów, odbierająca siły, wręcz wysysająca życie. Mimo to z cichym jękiem podniosła się na materacu, zwieszając zimne stopy z krawędzi łóżka, aż dotknęły nagich paneli.
    Drżała. Tak mocno i wyraźnie, że pewnie nie utrzymałaby w dłoni kubka z jakąkolwiek cieczą, nie oblewając przy okazji wszystkiego dookoła. Czuła się jak staruszka, przygięta piętnem czasu. Gdyby mogła, nie ruszyłaby się z miejsca, ale wiedziała, że to równało się z całkowitą i bezwzględną porażką. Dlatego wstała, zagryzając zęby, i jak zawsze postanowiła, że się nie da. Musiała zwyciężyć. Pokonać swoje blokady, pokonać zmęczenie i powracające koszmary. Wystawić wampirowi środkowy palec, warcząc pod nosem „Pieprz się!”.
    Na tę myśl  krzywy, szyderczy uśmiech rozciągnął oblicze Eny. W aktualnej sytuacji to wcale nie wydawało się taką złą czy śmieszną opcją.
    Opanowując jakoś drżenie całego ciała, zajęła się zmyciem z siebie nocnych przeżyć i przygotowaniem do treningu. W końcu musiała stawić się na ringu, obiecała komuś odpowiedzi. Ciche westchnienie zarówno ulgi, jak i zrezygnowania wyrwało się spomiędzy warg, gdy poczuła ciepłe strugi wody. Uderzające o ciało krople wody zdołały wyciągnąć z niej nieco napięcia, pozwoliły rozluźnić mięśnie i chwilowo uciec myślami od nieprzyjemnych spraw, jednak czas poganiał Enę nieubłaganie. Kiedy w końcu nałożyła na siebie strój treningowy i znacznie mniej żwawo niż zazwyczaj dotarła do sali treningowej, Wis już tam czekał.
     Chłodne, niebieskie spojrzenie zmierzyło uważnie dziwnie emanującą zmęczeniem i napięciem sylwetkę zabójczyni, a ciemne brwi zmarszczyły się pod luźno spuszczonymi kosmykami. Doskonale rozszyfrowała pytanie w jego oczach, co nie było trudne, gdy wpatrywał się w nią tak oczekująco.
    - Nie tylko ty masz koszmary – odparła nonszalancko, chwytając taśmy i obwiązując wokół dłoni. Nie odpowiedział, ale z ruchu głowy i wyrazu niebieskich tęczówek jasno wynikało, że zrozumiał. Stanęła na macie, strzepując z nóg i dłoni napięcie, po czym zmierzyła się z chłodnym błękitem. – Zaczynamy?
    
~*~

    Po dwóch godzinach miała dość. Równomierne ciosy, uniki i zwody wymęczyły całkowicie jej już wcześniej wycieńczony organizm. Mięśnie zgrabnych nóg drgały lekko, po czole spływał perlisty pot, a stawy powoli zaczynał ognić ból, kiedy w końcu stwierdziła, że na dziś wystarczy. Wis również odczuwał zmęczenie, jednak gdyby chciał, bez problemu wytrzymałby znacznie dłużej, tym bardziej że tego dnia wydawał się w pełni sił. Co mogłoby wydawać się dziwne, zważywszy na wydarzenia tej nocy, jednak dla ich organizmów nawet niewielka dawka mocnego snu mogła dać porządnego kopa energii.
     Ena oklapła ciężko na maty i trzęsącymi się rękami zaczęła odwiązywać taśmy. To było do niej niepodobne, pokazywać tak wyraźne oznaki wyczerpania. Aktualnie jednak miała to głęboko gdzieś, zwłaszcza przy Jamesie i zwłaszcza po nocnej schadzce. Wis poszedł w jej ślady, odwiązując taśmy, ale pozostał na swoim miejscu i tylko zerkał spod splątanych kosmyków.
     - Nie wydajesz się dzisiaj sobą – oznajmił po chwili bez większych emocji w głosie, a jedynie czymś podobnym do podejrzliwej ciekawości.
     - Brawo za spostrzegawczość – mruknęła, darując sobie komentarz o tym, że wcale jeszcze nie wiedział, jaka była naprawdę.
    - I to wszystko po zwykłym koszmarze? – głos miał sceptyczny, a jednak gdy podniosła na niego spojrzenie, w oczach widziała, że rozumiał, w pewnym sensie. Był tylko ciekaw, w jaki sposób to mogło rzeczywiście tak zadziałać.
    Nie odpowiedziała. Przynajmniej nie od razu.
    - Moje koszmary wcale nie są takie zwyczajne. – Rzuciła zwinięte taśmy poza matę, po czym oparła się  z tyłu na dłoniach i zmierzyła z chłodem lodowatych tęczówek. – Podobno chciałeś odpowiedzi. Proszę, masz okazję takie uzyskać…
     Odwrócił wzrok. Tak naprawdę nie miał pojęcia, co chciał odkryć, o co mógł zapytać. Wiedział, że będzie to wiedza wysoce nieprzyjemna – możliwe że dlatego nie potrafił przemóc się do zapytania o swoją przeszłość. Za to zabójczyni… jej osoba fascynowała go znacznie bardziej. Tajemnicza figura, w pewnym sensie znana, którą jednak musiał i chciał poznać na nowo. Wystarczyła chwila, gdy stracił nad sobą panowanie, a ona zdołała przywrócić jego umysł do teraźniejszości, oraz zdjęcie z folderu, który wciąż majaczył w myślach. Dawała okazję choć przez chwilę nie myśleć tylko o własnej przeszłości, choć tak ściśle łączyła się z jego.
    - Jak trafiłaś do Hydry? – rzucił bez namysłu, poważnie patrząc w dwubarwne tęczówki.
    Spodziewała się tego pytania. Nie zdołał zbyt wiele wyczytać z jej akt, więc tym bardziej musiała dręczyć go ciekawość – a raczej gorące pragnienie, by okazało się, że nie był jedynym. Tak naprawdę to pragnienie przeplatało się ze szczerą nadzieją, że jednak był jedynym, który przeszedł coś podobnego. Pomijając rzeszę pachołków i żołnierzy, których sami potem wytrenowali w bardzo podobnie okrutny sposób.
     - Po wojnie udało im się zaciągnąć mnie w pułapkę i pojmać – odpowiedziała powoli, bez cienia emocji w głosie, ale nie mogła powstrzymać lekkiego skrzywienia się. – Próbowali wyciągnąć ze mnie informacje torturami i wszelkimi możliwymi sposobami, ale w końcu chyba zorientowali się, że nic nie wskórają, więc wsadzili mnie w lód. Odłożyli na później.
    - Nie złamałaś się? – Uniósł brwi z pewnym zaskoczeniem, chociaż nie powinien. Na pewno była trenowana, by przetrwać tortury bez piśnięcia słówka, jednak doskonale wiedział, jak brutalna potrafiła być Hydra. Kpiący uśmiech na twarzy Eny mógłby posłużyć za odpowiedź samą w sobie.
    - Twoje zwątpienie mi uwłacza, ale rozumiem wątpliwości. Czego wam nie powiedziałam przy Rogersie i Romanowej to tego, że moi twórcy – kwaśny uśmiech sięgnął oczu, wybrzmiewając prześmiewczo przy określeniu naukowców – zadbali, bym nie była fizycznie w stanie zdradzić niczego. 
    - Co masz na myśli? – Zmarszczył brwi nieco zaskoczony. Parsknęła niewesołym śmiechem.
    - To, na co brzmi. Przy pomocy serum, przemocy psychicznej i fizycznej oraz szeregu tortur zdołali stworzyć w moim umyśle blokady, które nie pozwalają mi się złamać i zdradzić, a nawet choćby krzyknąć z bólu. Dzięki temu mieli niezawodne zabezpieczenie i pewność, że nie sypnę.
    Patrzył na zabójczynię ze szczerym niedowierzaniem. Nie wiedział, czy bardziej zadziwiło go, że polscy naukowcy zdołali opracować tak działające serum, czy że kazali własnemu żołnierzowi przejść przez coś takiego i że się na to dobrowolnie zgodziła.
    - Pozwoliłaś im na to? – Dziwna nutka gniewu zabrzmiała w szorstkim głosie, na co Ena skrzywiła się nieco.
   - Wtedy jeszcze byłam dość oddana sprawie – odpowiedziała chłodno i poprawiła się, pochylając, by oprzeć splecione ręce na kolanie. Przez chwilę coś nieznajomego zabłysło w jej spojrzeniu, jednak zgasło na tyle szybko, by nie zdołał rozszyfrować. Nie odezwała się więcej, ale uniosła brew, patrząc na Wisa wyczekująco.
    - Dlatego postanowili cię zatrzymać?
    - Prawdopodobnie to był jeden z powodów. – Skinęła, znów przybierając maskę obojętności. – Ale raczej chcieli sprawdzić, czy uda mi się stworzyć kolejnego, wiernego zabójcę.
    - Więc wyciągnęli cię z lodu i dali mi do wyszkolenia – zrozumiał, a silna szczęka zacisnęła się nieznacznie. Rozluźnił pięści, które nieświadomie zacisnął, i zwrócił spojrzenie na zabójczynię. – Usunęli ci pamięć? – zabrzmiało to bardziej niczym oświadczenie niż pytanie, ale i tak potwierdziła.
    - Byłam jedną z pierwszych ofiar ich eksperymentów z usuwaniem pamięci i to na mnie po raz pierwszy udało im się osiągnąć sukces. Wcześniej wyciągali mnie z lodu i próbowali wiele razy, używali wielu metod, ale narkotyki, środki uspakajające czy trucizny na mnie nie działają. Dopiero krzesło przyniosło efekt. – Oboje wzdrygnęli się w idealnej synchronizacji, choć wcale na siebie nie patrzyli. Wspomnienie krzesła wzbudzało w nich dokładnie ten sam zestaw emocji za każdym razem – odrazę, furię i wściekłą bezsilność. – Niestety w trakcie moje umiejętności znacząco spadły, część zapewne przez uszkodzenia wywołane pierwszym użyciem krzesła, dlatego potrzebowali, by ktoś ponownie mnie przeszkolił. Resztę możesz już trochę kojarzyć.
    Przyjrzała mu się uważnie, więc skinął lekko. Kilka wspomnień majaczyło głęboko w umyśle, jednak nie miał jeszcze pełnego obrazu. Słowa zabójczyni rozjaśniły wiele kwestii, choć ponownie stworzyły więcej pytań. Również o jej niezwykłą odporność, ale to mogło poczekać, zapewne będąc po prostu kolejnym efektem serum. Musiał kopać głębiej.
    - Ale w końcu zaczęłaś sobie przypominać – zgadł, obserwując uważnie, jak zimny dreszcz przebiegł po kręgosłupie Eny. Skinęła, zagryzając dolną wargę. Ta oznaka zdenerwowania lub niepewności, nie był pewien, rozjarzyła się czerwoną lampką alarmu w jego umyśle. – Czy… - nie dokończył, jednak to było jasne; „czy przypominałaś sobie i kasowali ci pamięć jak mi?”
    Po raz pierwszy pokręciła głową, a ciche westchnienie uciekło spomiędzy jej warg. To jeszcze bardziej zaalarmowało Żołnierza, zwłaszcza, gdy dostrzegł kolejny dreszcz przebiegający po sylwetce Eny.
    - Próbowali – odparła, nie patrząc mu w oczy. Uniósł brwi, ale i bez tego dopowiedziała: - To długa historia. Na początku naszych lat w Hydrze jeszcze starali się zapewnić nam warunki jak w zwykłej jednostce specjalnej, faszerowali ideałami i zapewniali, że czynimy dobro, bo wiedzieli, że zadziała to na dłuższą metę albo nie chcieli ryzykować, że niedoskonałe jeszcze usuwanie pamięci pozbawi nas umiejętności. W każdym razie, gdy wspomnienia zaczęły wracać, próbowaliśmy uciec. – Smutny, gorzki półuśmiech jakby bezwiednie uniósł kąciki jej warg, gdy podniosła na niego twarde, zimne spojrzenie. – Wtedy pierwszy raz cię wyczyścili. Mnie też próbowali i dałam im wierzyć, że się udało, ale tak naprawdę przyprawiło mnie to tylko o okropną migrenę i czasowe zdezorientowanie.
    - Co? Ale… jak?
    - Nie mam pojęcia. – Wzruszyła ramionami, bezradnie patrząc, jak burza szaleje w stalowych oczach. – Widocznie serum okazało się znacznie silniejsze, niż myślałam, i wyrządziło w moim umyśle więcej zmian, niż ktokolwiek mógłby podejrzewać. Gdy mózg się zregenerował i odzyskałam wspomnienia, maszyna nie była w stanie go uszkodzić ponownie. A przynajmniej nie w takim stopniu, bym straciła wspomnienia, czasem jedynie udało im się jakieś mi wcisnąć, stworzyć pozory programowania, ale to było chwilowe. Po prostu…
     - Jakby był za silny – dokończył cicho, tak że ledwie zrozumiała zachrypnięty głos, błękitne tęczówki wydały się zimne i nieruchome, jednak wiedziała, że za nimi kryje się szybko przetwarzający niedorzeczne informacje umysł.
    Mimo to potrafił uwierzyć w rewelacje zabójczyni, a gdzieś głęboko zablokowane wspomnienia podpowiadały, że mówiła prawdę. Równocześnie poczuł dziwną, bolesną igłę, kującą w emocje, których nie chciałby odczuwać. Zazdrość… i coś na kształt współczucia dla wszystkich lat, które musiała przeżyć ze świadomością przeszłości, nie mogąc nic z nią uczynić. Nie mogąc albo nie chcąc.
    - Brzmi śmiesznie, no nie? – Kwaśny uśmiech rozciągnął lekko pełne wargi, ale wydawał się na wskroś fałszywy.
    - Nie, raczej niebezpiecznie – stwierdził i przez chwilę miała wrażenie, że jakaś ostrożność zabrzmiała w jego głosie.
    - Umysł to od zawsze niebezpieczna broń – odparła nieco ciszej, patrząc w czubki swoich palców. Nic więcej nie powiedziała, a Wis też nie mógł znaleźć żadnego bliskiego temu pytania. Tyle chciałby się jeszcze dowiedzieć, lecz nagle poczuł, że nie dowie się tego przez zwykłą rozmowę. Musiał zacząć pytać o własne sprawy.
    - Wspomnienia… Przyjdą na raz? Czy stopniowo?
    - I tak, i tak, najprawdopodobniej. Część już pewnie do ciebie wróciła – zerknęła na nieruchomą figurę, więc skinął na potwierdzenie – część jeszcze też zapewne wróci w podobny sposób, ale podejrzewam, że gdyby pojawił się odpowiedni impuls, mogłyby wrócić wszystkie. W jednej, niepowstrzymanej fali.
    - Było już tak? – Kolejne skinienie, w dwubarwnych tęczówkach zalśniła feeria emocji. Wis odetchnął cicho, przetrawiając jej słowa. Nie wiedział, która z opcji wydawała się gorsza. – A ty? W jaki sposób… odzyskałaś pamięć?
    Wzdrygnęła się. Zamknęła oczy, próbując nie wpaść w spiralę wspomnień ze snu, odgonić rosnące w skroniach echo bólu. Wis od razu zauważył tę charakterystyczną zmianę. Zaraz potem zaczęła drżeć i oddychać płytko, szybko, jakby w umyśle znalazła się głęboko pod wodą. Bez chwili zawahania w dwóch, długich krokach znalazł się przy Enie, tak jak ona tej nocy przy nim. Uklęknąwszy, nie spuszczał wzroku z zamkniętych powiek, ale wtedy nagle nie wiedział już, co chciał zrobić.
    - Sinatri? – zaczął niepewnie, starając się wnieść w swój szorstki i chropowaty głos jakąkolwiek łagodność. Oczywiście, nie uspokoiła się, ale nagle całkowicie przestała drżeć.
    - Wszystko na raz – odpowiedziała zatrważająco lodowato i poderwała się na nogi. Bezwiednie podążył za jej ruchami, ale w tym czasie zdążyła już się odwrócić i zrobić krok w stronę wyjścia.
    - Sinatri, czekaj! – zawołał, łapiąc za odkryte ramię.
    Szarpnęła się, mimo to nie puścił. Czuł chłód gładkiej skóry pod palcami, gdy odwróciła się do niego z burzą szalejącą w tęczówkach, które zdawały się lśnić wewnętrznym, złotym blaskiem. Na ułamek sekundy zamarł, zdziwiony ich niesamowitym, dzikim i pełnym emocji spojrzeniem. Wtedy zrozumienie spłynęło na niego niczym grom.
    - To twój koszmar…
    - Nie, nie koszmar – odpowiedziała cicho, chłodno, ledwie wydobywając z zaciśniętego gardła złość rosnącą w piersi. – Pełnowymiarowy horror wysysający życie i siły z ciała.
    - Jak?
    - Nie wiem, to się po prostu dzieje. Raz na jakiś czas, wypełniając całą noc… Dzień później jest już normalnie.
    Pokręciła głową, błysk bezsilności przebiegł po kobiecej twarzy.
    Nie miał pojęcia, co odpowiedzieć. Nie potrafił zareagować w żaden konkretny i skuteczny sposób, więc po prostu stał, nie mogąc się ruszyć. Zdołał tylko rozluźnić uchwyt dłoni, by nie sprawić Enie zbędnego bólu. Spuścił wzrok na swoje palce, obejmujące smukłe, silne przedramię, i bez większego myślenia, wręcz z dziecinną ciekawością, przesunął nimi delikatnie po jasnej skórze.
   Wtedy ją ujrzał.  Zza mgły niepamięci wyłonił się obraz – widok, którego wolałby nie pamiętać. Oddech uwiązł mu w gardle, nie mogąc wyrwać się ze wspomnienia.

    Krople krwi rozsiane wokół zwiniętej w pozycji embrionalnej zabójczyni, drącej paznokciami w skórze głębokie szramy. Drżącej i duszącej agonalne jęki, jakby coś uwięziło ją wewnątrz niewyobrażalnych tortur, a wewnętrzne blokady nie pozwalały tego wyrazić.
    - Sinatri! – wołał wewnątrz głowy, podbiegając do bezsilnej postaci. Próbował oderwać jej dłonie od ramion, ale nagle zdawała się znacznie silniejsza niż zazwyczaj. Próbował do niej przemówić, ale nie reagowała. – Sinatri! Cholera jasna, ocknij się, spójrz na mnie!
     Jakimś sposobem w końcu udało mu się unieruchomić ręce zabójczyni na jej własnej piersi i usiąść na biodrach, by nie uszkodziła sama siebie, mimo to dalej rzucała się pod nim jak ranny, dziki kot w pułapce. Nie wiedział, co robić. Czuł się tak bezsilny, jak jeszcze nigdy w życiu i to przygniatało go bardziej niż widok łez na jej policzkach.
    Cokolwiek widzisz, nie jesteś tam. Ocknij się. Wyrwij z tego. Eno, cholera, spójrz na mnie! – Ledwie zdołał uwięzić obie ręce w metalowych uchwycie, od razu chwycił zabójczynię za podbródek i próbował zmusić, by spojrzała na niego. – Otwórz oczy. Eno, wiem, że mnie słyszysz. Otwórz oczy – powtarzał z naciskiem, ostatnie słowa niemal warcząc przez zęby, gdy próbował utrzymać ją na miejscu ciężarem własnego ciała. Wydawało mu się, jakby trwało to wieki, ale w końcu uspokoiła się nieco i dwubarwne oczy zwróciły się przeciw błękitnym, tak pełne bólu, smutku i cierpienia, że prawie go zrzuciła, kiedy w tym samym momencie szarpnęła się rozpaczliwie. – Hej, hej, spokojnie, nie jesteś tam – zaczął, nadając głosowi tyle łagodności, na ile umiał się zdobyć, i powoli odgarnął z zaczerwienionej twarzy mokre od potu kosmyki. Wtedy po raz pierwszy i ostatni widział, jak rozpłakała się niczym dziecko.

    Wspomnienie okazało się tak prawdziwe, że niemal cofnął się o krok. Obrazy, dźwięki, szumiało mu w głowie, jakby ktoś nadawał z kilku stacji równocześnie i to wszystko zbiło się w niezrozumiałą kakofonię, ale wewnątrz jego własnej głowy. Niektóre nie miały sensu, inne w  zatrważający sposób udowadniały wcześniej usłyszane słowa, jednak prym wiódł ten jeden obraz…
    Poderwał wzrok, jakby obawiając się, że nawet w teraźniejszości Sinatri upadnie i zegnie się z bólu, zrywając skórę z ramion. Nic takiego się nie stało, ale na jego twarzy odbiło się to, co zobaczył umysł. Był tego pewien, gdy skrzyżował wzrok z jej.
    Iskra niepewności rozświetliła spojrzenie Eny i wtedy coś w nim pękło. Zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć, uniósł metalową dłoń do szyi zabójczyni i pochylił się, chwytając rozchylone delikatnie wargi w pocałunku niemal brutalnie desperackim, jakby stracił panowanie nad własnym ciałem. Pierwszy raz, odkąd pamiętał, czuł coś podobnego. Naglącą, wręcz namacalną potrzebę i niezrozumiałą tęsknotę, która ściskała boleśnie w torsie. Kiedy po chwilowym szoku odpowiedziała na niecierpliwą pieszczotę, myślał, że coś rozerwie go od środka – i wtedy się zorientował. Nie czuł ciepła gładkiej skóry pod palcami, chociaż niemal wplótł dłoń w włosy u nasady głowy Sinatri.
    Zimna świadomość zmroziła Wisa od wewnątrz i oderwała od przyjemnego ciepła warg. Z niedowierzaniem zmierzył zaskoczoną i zaniepokojoną twarz, ozdobioną cudnymi rumieńcami, irracjonalnie szukając jakichkolwiek oznak strachu. Nie znalazł nic choćby bliskiego temu, ale nadal nie potrafił uwierzyć w to, co właśnie nastąpiło. Na twarzy Eny odnalazł tylko rosnący niepokój, ale nie strach – i zranienie, widoczne w oczach, choć próbowała tego nie pokazać. Cofnął się i spuścił wzrok, od razu odnajdując błysk lamp w metalu.
    - Wis – zaczęła cicho, ciepła dłoń ponownie odnalazła gładki policzek. Próbowała zmusić go do podniesienia wzroku, ale był nieugięty. Westchnęła. – Nie myśl o tym, nie ma potrzeby. Mówiłam już, że się nie boję.
    - Ta? Więc czego takiego się boisz? – warknął, nieświadom jak mocno i agresywnie zabrzmiał.
    Odetchnęła, opuszczając bezsilnie rękę. Nie potrafił spojrzeć w dwubarwne tęczówki, póki nie przemówiła:
    - Siebie…
    Ani w głosie, ani w spojrzeniu nie dojrzał fałszu i choć miał ochotę się wykłócać, zaprzeczyć, cokolwiek, nie potrafił. Niewielki, smutny uśmiech uniósł kąciki tych niezwykłych w dotyku warg, jakby doskonale wiedziała, gdzie powędrował myślami. Odwrócił wzrok, pozwalając jej odejść, a potem opadł na maty, zaciskając zwykłą dłoń w kosmykach.
    Bywały takie momenty, krótkie i ulotne niczym mgnienie, kiedy wolałby jednak nie pamiętać. Nie musieć zastanawiać się, co jest dobre, a co złe, jak się zachować, co powiedzieć. Mieć tylko jeden cel i prostą, jednoznacznie obrana drogę do niego. Tylko wtedy zdawał sobie sprawę, jak puste, bezduszne i okrutne to było, a wściekłość na nowo zaczynała palić go od wewnątrz. Nie miał zamiaru zostać marionetką. Chciał mieć pełną świadomość siebie, swoich czynów i przeszłości, by móc obrać własny cel, wykreować własną przyszłość. Teraz posiadał wybór. Nie mógł go zaprzepaścić.
    - Rany, człowieku, to bolało od samego patrzenia – dobiegł głos z innego przejścia, a oczom Wisa ukazała się twarz czarnoskórego pomocnika Rogersa.
    Zmarszczył brwi, wyprostowując się nieco. Nie za bardzo uśmiechało mu się zostać przyłapanym w takiej, bądź co bądź, chwili słabości.
    - Dużo widziałeś?
    - Wystarczająco – odpowiedział, podchodząc bliżej – ale spokojnie, wycofałem się, zanim mnie zobaczyła. I nic nie słyszałem. – Uniósł dłonie niby w geście obronnym, delikatnie unosząc kąciki warg.
    Wilson szczerze starał się być przyjaznym, ale Barnes czuł, że jeszcze się do niego nie przekonał. Nie, żeby specjalnie się temu dziwił. Czemu niby miałby zaufać maszynie, która dwukrotnie próbowała go zabić. Wstał, w żaden sposób nie komentując słów Sama. Ten zmierzył go dość ciekawym spojrzeniem i znów obejrzał się przez ramię, jakby chcąc jeszcze dostrzec zabójczynię, która już dawno opuściła pomieszczenie.
    - Muszę przyznać, że to wyglądało imponująco. Nieźle się dobraliście.
    - Ta, pewnie, dzięki – mruknął i już miał zamiar odejść, kiedy Wilson znów zwrócił jego uwagę.
    - Nie chcesz dokończyć? Raczej nie wyglądasz na zmęczonego, a ja mam czas – zaproponował z uśmiechem. Wis zmierzył go uważnym spojrzeniem. Coś mu tu wyraźnie nie pasowało. Lub po prostu nie był przyzwyczajony do takiego traktowania.
    - Jesteś tego pewny? – Uniósł brew sceptycznie, a uśmiech Sama tylko się powiększył.
    - Jasne, nie miałem okazji oddać ci za zniszczenie skrzydeł – naprawdę je lubiłem.
    To zdołało wywołać niewielki, właściwie niezauważalny, i szybki jak mgnienie uśmiech Jamesa. Ponownie chwycił taśmy, rzucając dodatkową parę Sokołowi – który nagle ciut spoważniał.
    - Tylko, wiesz, byłbym wdzięczny, gdybyś trochę z tym uważał. – Wskazał na metalową protezę. – Mimo wszystko cenię sobie swoje zdrowie i nie jestem zabójczo przystojną laską na super-sterydach.
    Zapewne próbował tym nieco rozluźnić Barnesa, ten jednak zignorował jego ostatnią uwagę i skinął na zgodę. Sam nie był pewien, czy dobrze robi. Tym bardziej, gdy widział złowrogi błysk metalu, a w głowie dzwonił dźwięk zaciskających się płytek protezy. Mimo to nie potrafił się odwrócić i odejść po tym, co zaobserwował. Taki był. I nie żałował tego nawet po następnych paru godzinach. 
    Oparł ręce o kolana, kręcąc głową z niedowierzaniem.
    - Rany, chętnie bym się dowiedział, jak to jest się nie męczyć. Ty w ogóle coś czujesz? – Spojrzał na Barnesa, którego zdradzić mogły jedynie krople potu na czole. Wzruszył ramionami, odgarniając z twarzy przydługie kosmyki.
    - Przeżyłem gorsze rzeczy.
    - Och, nie wątpię – mruknął Sam, wyprostowując się i krzywiąc lekko. Wszystko go bolało, chociaż musiał przyznać, że James faktycznie się postarał, by nie przykładać mu zbyt mocno. Odetchnął i wtedy poczuł na sobie uważne spojrzenie. – No, co jest?
    - Co tutaj robisz? – zapytał bez ogródek. – Nie należysz do Tarczy.
    Skinął, uspakajając oddech.
    - Chciałem się dowiedzieć, kiedy Rogers wraca. Ponoć ma nam coś do przekazania.
    - Nam? – Uniósł brwi z pewną dozą zaskoczenia, na co Sam pokiwał głową w potwierdzeniu.
    - Tobie, mnie i Sinatri. Nie pytaj, o co chodzi, nie mam pojęcia.
    Wzruszył ramionami. Też był ciekaw, co takiego Steve mógł chcieć im przekazać, jednak nie miał zamiaru dopytywać. James przyglądał mu się przez dłuższą chwilę, po czym skinął i chciał odejść, ale zawahał się na krótką chwilę.
    - Dzięki – powiedział powoli, jakby smakując brzmienie tego słowa. Sam machnął ręką, zbywając to.
    - Nie ma sprawy, przyjemność po mojej stronie, wiadomo. A teraz muszę znaleźć prysznic…
    I z tymi słowami oddalił się, rzucając Barnesowi jeszcze krótkie pożegnanie, którego już nie odwzajemnił. To był dziwne przeżycie. Prócz Sinatri nikt nie zachował się wobec niego tak swobodnie, nawet Steve wydawał się nieco sztywny, choć mogło mu się tak po prostu wydawać przez jego specyficzny sposób bycia, ale Sam potraktował go… normalnie.
    Westchnął bezgłośnie nad swoimi myślami. Zdecydowanie zaczynał zbyt wiele się zastanawiać.

poniedziałek, 31 sierpnia 2015

"Rozpalić wspomnienia" Rozdział 6

[Długo to trwało, ale w końcu po wielu próbach udało się napisać. Jest znacznie dłużej i tak już zapewne zostanie; ten rozdział będzie bardzo obszerny. Więcej wspomnień, w nich więcej akcji i bohaterów, a także zmierzanie do akcji głównej. Tak też zaczyna się druga część opowiadania! Ponownie - bazuję tylko na filmach i własnej wyobraźni.
Od tego dnia postaram się wstawiać notki raz na 2/3 tygodnie lub chociaż raz w miesiącu, jednak nie wiem, jak to będzie, bo szkoła - ale postaram się! Można mnie poganiać, śmiało ;p Mam trochę napisane do przodu, więc nie powinno być źle. I planuję jakiegoś "muzycznego" shota bardziej z perspektywy Bucky'ego, bo znalazłam do niego wiele inspiracji, może nawet złożę jakąś składankę do tego ficka. Kiedy będzie, nie mam pojęcia, póki co plan się tworzy.
Anyway, koniec przynudzania. Zapraszam do czytania i komentowania!]

Rozpalić wspomnienia 

Rozdział 6 



    Rok 1965, Baza Hydry
    Dobrze oświetlone, niemal klaustrofobicznie jasne pomieszczenie zawsze wywoływało dreszcz na jej skórze. Leżąca w gablotach broń była piękna, ale wydawała się niezwykle odległa, jakby nierzeczywista, a wiszący na ścianie kostium straszył swą upiornością nawet, gdy widniał tylko jako kawałek mocnego materiału bez życia. Już raz miała go na sobie; nagrodę za pierwsze, zaliczone zadanie. Musiało jednak minąć znacznie więcej czasu, nim przyzwyczai się do widoku w lustrze.
    Agenci zniknęli za drzwiami, zostawiając Enę, by mogła w spokoju przygotować się do misji. Od tej chwili radziła sobie sama, całkiem sama.
    Z westchnieniem zrzuciła ubrania i chwyciła kombinezon z ciemnoszarego materiału w delikatnie brązowawy wzór, który pozwalał wtapiać się w różnego rodzaju krajobrazy. Gruby, wytrzymały materiał przylegał idealnie do ciała, odpowiednio wzmocniony. Zamek kończył się ponad piersiami, gdzie potem nakładała na siebie i spinała klamrami dwa płaty materiału, jeden węższy i jeden szerszy, sięgające połowy szyi. Brzuch chroniła gorseto-podobna część kostiumu, wzmocniona stalowymi wstawkami, ale nieutrudniająca ruchów, a na niej od talii niemal do bioder znajdował się szeroki pas, pełen wąskich, ostrych jak brzytwa noży do rzucania oraz zabezpieczonych odpowiednio fiolek z truciznami i kilka innych, przydatnych gadżetów. W wysokich do kolan, wzmocnionych podobnie jak gorset butach o miękkiej podeszwie znajdowały się podobne sztylety, nieco tylko dłuższe i starannie ukryte. Do kabur na udach włożyła po samotnym pistolecie, bo chociaż nie używała ich i póki co nigdy nie musiała, różne rzeczy mogły się wydarzyć. Na niemal samym końcu zapięła klamry szelek ze sztyletami pod i nad biustem, odpowiednio regulując ramiona, by nie przekręcały się i znajdowały w odpowiedniej pozycji do wyciągnięcia niezależnie od sytuacji. Później zostały karwasze z wysuwanymi ostrzami, wykonane ze skóry i metalu – świetna ochrona kryjąca zabójczą broń – rękawiczki oraz ostatnia część garderoby. Maska.
     Niemal całkiem czarna, z jaśniejszymi i ciemniejszymi pasmami szarości, które tworzyły na niej obraz jak wyjęty z demonicznej opowieści, miała zarysowane kocio otwory na oczy oraz do oddychania przy nozdrzach i ustach. Była tak wykonana, że wyzierały zza niej tylko dwubarwne tęczówki zabójczyni, a okalający ją materiał o wzorze jak cały kostium zasłaniał niemal całą głowę, pozostawiając miejsce tylko na uszy i długi, gruby warkocz. Przebranie zabójcy, które wypalało się ofierze pod powiekami, zanim wyzionęła ducha. Piękny i zarazem przerażający projekt. Miał wzbudzić postrach, zanim przerażony zorientuje się, kto lub co zadało mu śmierć. Musiała przyznać, że działało zatrważająco dobrze.
    Nałożyła maskę, póki co tylko przeciągając przez nią gruby warkocz i zostawiając na czubku głowy. Chwyciła rękojeści pięknych, długich sztyletów, delikatnie zakrzywionych na końcach, i niewielki dreszcz przebiegł po jej rękach, docierając aż do kręgosłupa. Coś niezrozumiałego zaczęło szarpać od wewnątrz, torować sobie drogę do umysłu, ostre niczym klingi trzymanej właśnie broni. Ucięła te starania, biorąc głęboki, powolny oddech i wsunęła sztylety do pochew. Wyszła z pomieszczenia, nawet nie oglądając się za siebie. Chciała już naciągnąć maskę na twarz, jednak dokładnie w tej chwili zobaczyła jak Zimowy Żołnierza zmierza w jej stronę z drugiego końca korytarza. Szybko wrócił. Jak zawsze.
    W ręce trzymał karabin, jakby to była nic nieważąca zabawka, a przydługie włosy opadały mu wokół twarzy mocno zmierzwione, niemal nakrywając błyszczące ponad maską, błękitne oczy. Miała wrażenie, że dostrzegła w nich jakiś inny, nieznany błysk, gdy dostrzegł Enę wyłaniającą się z jej pomieszczenia przygotowawczego.
   Widok Wisa w mundurze i z maską zawsze wzbudzał zimny dreszcz wzdłuż kręgosłupa zabójczyni. Wyglądał równie przerażająco, a zarazem w pewien sposób pięknie, w dość chłodnym ostrym znaczeniu. Błyszczące w jasnym świetle korytarza ramię naturalnie wzbudzało grozę, dopełniając obrazka, mimo to jak zawsze miała ochotę dotknąć gładkiego metalu.
    - Zadziwiasz mnie – stwierdziła, przechodząc w jego stronę kilka kroków. – Jak zwykle niedraśnięty.
    - To się nazywa bycie profesjonalistą, Sinatri – skomentował nieco złośliwie, co uwydatniło się całkiem nieźle w stalowo-niebieskim spojrzeniu.
    - Albo snajperem – odcięła się z uśmiechem.
    Kąciki wokół oczu Wisa zmarszczyły się nieco, świadcząc, że pod maską odwzajemnił gest. Nie zdjął jej tylko przez fakt, że wszędzie wokół znajdowały się kamery, do których Sinatri przezornie ustawiła się tyłem, by nie mogli dojrzeć twarzy.
    - Masz wrócić w takim samym stanie – zakomenderował, tym razem patrząc na zabójczynię poważnie.
    - To słodkie, Wis. Ale chyba zapominasz, że uczyłam się od najlepszych – mruknęła, a lodowate spojrzenie nieco stopniało.
    Wiedziała, że nie będzie się mógł o tym przekonać na własne oczy, chyba że trafi im się niezwykle szczęśliwy przypadek lub zrządzenie losu, iż znów spotkają się w tym samym miejscu. Los jednak rzadko był po ich stronie.
    Uśmiech po raz ostatni zabarwił wargi Eny, zanim naciągnęła na twarz maskę i tylko dwubarwne spojrzenie pozostało jasne za zasłoną mroku. Nie lubił tego widoku. Nie znosił patrzeć na ten bezduszny wyraz zasłony, pod którą kryła się tak ciepła twarz. Ale nic nie mógł zrobić. Musiał pozwolić jej odejść na misję. Pierwszą, przy której nie będzie obecny.
    Ruszyła w stronę wyjścia, mając zamiar minąć go bez słowa, jednak tym razem on nie mógł się powstrzymać.
    - Uważaj na siebie – zachrypiał cicho pod maską. Ledwie to usłyszała.
    - Wrócę, moja w tym głowa. Spotkamy się, zanim zdążysz się obejrzeć  – odpowiedziała zniekształconym przez maskę głosem i zasłoniwszy sobą widok, po raz ostatni musnęła palcami metalową dłoń, gdy mijała go w przejściu.
    Całą swoją siłą woli powstrzymał się, by nie podążyć za nią wzrokiem. Nie mógł, nie teraz.
    Zanim zdołał zrobić cokolwiek innego wszedł do swojego pomieszczenia przygotowawczego, z którego wyruszył dzień wcześniej. Zaraz po niego przyjdą, teraz nie było czasu na sentymenty.

~*~

    Rok 1966, Misja IV
    Mały motel po środku opuszczonej przez Boga krainie, gdzie kilka kilometrów dzieliło od siebie wszelkie osady ludzkie i w nocy towarzyszyło tylko wycie wilków, zdawał się zapadać sam w sobie. Obskurny, z odłażąca płatami farbą tak z zewnątrz, jak w środku, spory i przysadzisty budek, który posiadał tylko parter oraz migający wściekle neon z hasłem „słodki wypoczynek”. Kilka liter już dawno wygasło zapewne na zawsze, dopełniając groteskowego obrazu. O dziwo nawet w takim miejscu czasem brakowało pokoi.
    Odwiedzający motel mężczyzna niczym się nie wyróżniał. Przeciętnego wzrostu, wychudzony, z zaniedbaną brodą i twarzą schowaną pod kapeluszem o szerokim rondzie, przywodził nieco na myśl szeryfa z dzikiego zachodu. Wykłócał się jakiś czas o cenę, a potem niezadowolony odszedł w stronę pokoju z numerem siódmym, równie obskurnego co cała reszta. Tutaj nie powinni go znaleźć. Odludzie tak dalekie od miejsca jego ostatniego pobytu, że nikt nie wpadłby, żeby tu szukać. Tak się pocieszał, myśląc o zawszonej zapewne pościeli i zimnej wodzie.
    Ledwie zatrzasnął za sobą drzwi, gdy poczuł zimny dreszcz na kręgosłupie. Wyszedł zza załomu krótkiego korytarza i odwrócił się w stronę łóżka, a wtedy go dojrzał. Barczystego mężczyznę o zimnym spojrzeniu, siedzącego na materacu. Blask z okna padał na jego ramię i odbijał się od gładkiej powierzchni. Czy tak wyglądała śmierć?
    Bez namysłu sięgnął w stronę schowanego pod prochowcem pistoletu, lecz poczuł coś chłodnego i ostrego na gardle.
    - Nie radziłabym, panie Fisher – zamruczał zniekształcony, brzmiący jak kobiecy głos z mocnym, wschodnim  akcentem. Paradoksalnie dopiero wtedy poczuł obecność za plecami, ledwie słyszalny oddech na karku i grozę całej sytuacji.
    - Nic wam nie powiem – warknął, choć strach zacisnął mu się żelazną pięścią wokół serca.
    Nagłym zrywem pchnął się do przodu, prosto na ostrze, ale nie przewidział, że tego oczekiwała. Broń ledwie zadrasnęła skórę, gdy od razu cofnęła je i z cichym sykiem wskoczyło z powrotem do mechanizmu, lecz tyle wystarczyło. Fisher opadł na kolana, dysząc ciężko. Trucizna w kilka sekund zdołała objąć spory obszar, wywołując paraliżujący ból, ale utrzymując ofiarę w stanie świadomości. Nie była to śmiertelna dawka.
    Odsunęła się i wtedy jej miejsce zajął Zimowy Żołnierz, wpakowując w szczękę naukowca kilka mocnych sierpowych, rozcinając wargę i miażdżąc nos, z którego żywo popłynę struga krwi. Nie miał sobie równych w tym temacie. Zadawał ciosy starannie, z wyważoną odpowiednio siłą, by bolało jak diabli, ale ofiara nie traciła przytomności. Pomiędzy jękami bólu mężczyzny zadawał pytania, na które potrzebował odpowiedzi. Krótko, zwięźle i tak chłodno, że ton ten zdawał się przenikać do szpiku kości.
    Fisher nigdy nie czuł takiego przerażenia. Kiedy Żołnierz bez problemu złamał jego rękę w kilku miejscach, a ból spotęgował się przez jeszcze płynącą w krwi truciznę, równocześnie nie pozwalając odpłynąć, był prawie na skraju złamania się. Prawie, bo poprzysiągł sobie, że nie zdradzi swoich tajemnic. Nie mógł. Wolał nawet nie myśleć, co jego eksperymenty mogłyby zdziałać w niepowołanych rękach, tylko że to tak bolało…
    - Gdzie przechowujesz dane? – zapytał po raz kolejny zimny i pozbawiony emocji ton. Przesłuchiwany tylko splunął krwią, chociaż nie miał sił się ruszyć. Oberwał za to wyrwaniem paznokcia, a jego krzyk poniósł się pokoiku. Nikt nie mógł go usłyszeć, zadbali o to.
    Kobra – bo takie dostała "imię" po pierwszej, wykonanej robocie – powoli miała dość. Przyglądała się temu bez mrugnięcie okiem, jednak w środku zgrzytała zębami. Rozejrzała się po pokoju w poszukiwaniu czegoś, co mogłoby jakoś przechylić szalę na ich stronę, ale niczego takiego nie znalazła – póki wzrokiem nie natrafiła na teczkę, upuszczoną przez naukowca po dostaniu się trucizny do jego krwiobiegu.
    Podeszła do niej i zamykając się na jęki mężczyzny, zaczęła przeglądać zawartość. Większość stanowiła nic nieznacząca dokumentacja, jednak to w portfelu znalazła cenne informacje. Zdjęcia dwóch córek i żony.
   Uderzenia Żołnierza na chwilę umilkły.
    - Masz piękną rodzinę, doktorze Fisher.
    Wis zwrócił na nią pytająco uniesioną brew, ale nie ruszył się znad kulącego się pod nim naukowca. Pokazała mu fotografie, lecz na początku zdawał się nie zrozumieć. Chciała ich porwać na zakładników? Torturować na jego oczach? To by zajęło zbyt wiele czasu. Same coraz drastyczniejsze myśli przychodziły mu do głowy, kiedy w końcu zmrużyła powieki, pokręciła głową i sama ruszyła w stronę naukowca.
    Uklękła obok drżącej masy mięsa, którą pozostała ich ofiara. Dzikie, pełne bólu tęczówki zwróciły się na jej dwubarwne spojrzenie i wzdrygnął się jeszcze mocniej. Patrzył właśnie w ślepia demona i nie miał co do tego żadnych wątpliwości.
    - Nie mieszaj ich do tego – spróbował warknąć, ale wyszedł z tego tylko cichy, błagalny jęk.
    Przyglądała mu się przez chwilę, rozważając wszystkie za i przeciw. Torturami mogli nie zdziałać więcej, był oddany swojej sprawie i uparty, odpowiednio przeszkolony – pewnie ciągnęłoby się to wieki, a oni nie mieli dużo czasu. Wystarczająco zmarnowali, próbując go namierzyć. Przymrużyła powieki, obie tęczówki zalśniły złotem.
    - Nie ma takiej potrzeby, doktorze Fisher – powiedziała cicho, niemal kojąco, jednak maska sprawiła, że i tak brzmiała upiornie. – Jednak mamy swoje warunki.
    Tacy ludzie jak on nie powinni mieć rodziny. Dobrze o tym wiedział, mimo to udało mu się żyć wiele lat szczęśliwie, póki nie zapragnął większych zarobków. Głupia chciwość zapędziła go w straszne miejsca.
    Wzdrygnął się, czując, jak serce ściska mu się ze zgrozy, a w myślach rośnie panika. Nie mógł pozwolić, by ich skrzywdzili.
    - Nie uwierzę w ani jedno słowo – wycharczał jednak i czuł, jak skazuje siebie i swoją rodzinę na wyrok. Mimo to kobieta przekręciła głowę jakby nierozumiejąco, choć oczy miała ostre i zimne pomimo pięknej, złotej poświaty.
    - Proszę jednak przemyśleć moją ofertę, może ona zaoszczędzić kłopotu nam wszystkim.
    Nie odpowiedział, kiedy wyjęła zdjęcia, przyglądając się im z ciekawością. Stojący nadal Żołnierz nie poczynił też żadnego ruchu, obserwując Enę uważnie. Wtedy zrobiła coś, czego się nie spodziewali. Zdjęła maskę, nasuwając ją tylko na czubek głowy, by całkowicie odsłonić twarz. Nadal przyglądała się zdjęciom.
     - Widzi pan, doktorze Fisher, nie mamy zbyt wiele czasu. Nasi pracodawcy nie lubią kłopotów, ale też wolą działać po cichu. Mimo to nie mieliby problemu z porwaniem pańskiej rodziny i torturowaniem na pana oczach, doktorze. Nawet po pańskiej śmierci, jeśli nie uzyskaliby odpowiednich informacji – mówiła spokojnie, a Fisher z każdym słowem podupadał na duchu, widziała to. – Możemy to jednak załatwić inaczej. Pan umrze tak czy siak, tu nie ma złudzeń, ale może też ocalić swą rodzinę, jeśli poda nam informacje, których potrzebujemy. To chyba niezły układ, nie sądzisz, doktorze?
    Dwubarwne, lśniące złotem oczy zwróciły się na przerażone mężczyzny, a on miał ochotę się popłakać, niczym mały chłopczyk. Nie mógł. Nie mógł tego zrobić, ale ona nie dawała mu wyboru.
    - I ostrzegam, jeśli poda nam pan złe informacje, wtedy… Cóż, będziemy zmuszeni oddać pałeczkę naszym pracodawcom. Byłoby szkoda, mają takie piękne twarze…
    - Dobra, dobra! Wygrałaś – zapłakał, ale czuł, jakby mu jakiś ciężar spadł z serca.
    Wyśpiewał im wszystko. W końcu i tak eksperymenty nie były nawet skończone, nie miał żadnych konkretnych wniosków, a co z tego, że ktoś nieznany mu mógł potem przez nie cierpieć w bólach? Nieważne, nieważne. Ważne, że umrze, broniąc rodziny, tak, jak powinien.
     Zaraz po ostatnim słowie Ena naciągnęła maskę, podcięła mu gardło i nie minęło wiele czasu, kiedy w końcu wyzionął ducha. Patrzyła na to zimno, bez emocji, jakby coś wypaliło ją od środka. Wis przyglądał się jej uważnie, jednak nie mogła nic z tego wyczytać, nawet nie próbowała. Wiele słów zostało wtedy niedopowiedzianych, ale nie tak właśnie miało wyglądać ich życie.
   

~***~

    Obecnie, baza Shield
    W budynku takim jak ten, gdzie mieściło się i powoli odbudowywało centrum nowych sił wywiadowczych, rzadko panował spokój. Wszędzie krzątali się agenci, w laboratoriach przeprowadzano testy, wydawano rozkazy, składano raporty i trenowano. Baza tętniła życiem  i jedynie na najwyższym piętrze z kwaterami dla niezwykłych gości można było od tego na chwilę odpocząć. Aktualnie zamieszkane przez dwie jednostki wydawało się niemal martwe, stanowiąc miły, choć nieco przerażający kontrast dla niższych kondygnacji.
    Tej nocy oboje nie mogli spać.
    Ena siedziała właśnie w wygodnym, brązowym fotelu, przeglądając folder z ważną dokumentacją, kiedy poczuła czyjąś obecność. Wystarczyłoby podnieść wzrok, by sprawdzić tożsamość przybysza, jednak ona dobrze wiedziała, kto zawitał w progi niewielkiego saloniku. Ze swojego miejsca mogła zobaczyć wszystko – otwarte wejście do kuchni i jej zacienione wnętrze po prawej, rozsuwane drzwi do windy naprzeciw oraz korytarz z obu stron salonu, który to przecinał hol i piętro idealnie w połowie. Przerzuciła stronę, która zaszeleściła przy tym lekko.
    - Problemy ze snem? – zapytała, nawet nie podnosząc przy tym wzroku. Pewnie ledwie dostrzegłaby zarys sylwetki, siedząc przy jedynym źródle światła w całym pomieszczeniu, ale też wolała w ten sposób zapewnić mu nieco więcej swobody.
    Wychwyciła delikatne poruszenie na granicy słuchu, a potem nadeszła cicha, ochrypła odpowiedź:
    - Można tak powiedzieć.
    Skinęła ze zrozumieniem i dopiero wtedy zerknęła, unosząc kąciki warg w niewielkim uśmiechu. Miał na sobie jedynie spodnie od dresu, stare blizny wokół lśniącego, niemal opalizującego ramienia odcinały się bladością nawet na jego torsie od dawna niemuśniętego słońcem, a splątane, niemal czarne kosmyki okalały w nieładzie zaciśniętą szczękę. Gdy dostrzegła jego gładko ogolone policzki, dwubarwne spojrzenie mimowolnie ociepliło się na ten widok. Musiał to zrobić parę godzin wcześniej po treningu, wyraźnie czuła na nim przyjemny zapach wody kolońskiej, i nie mogła powstrzymać się od rozmyślań, czy dalej robił to tylko brzytwą.
    Zamknęła folder, nie przejmując się, że zgubiła ostatnie przeczytane zdanie, i wstała, cały czas pod uważną obserwacją Wisa. Zimne tęczówki śledziły ruchy Eny z taką szczegółowością, że każdy inny pewnie zdążyłby się już speszyć, ona jednak zdołała się do tego już dawno przyzwyczaić.
    - Chodź, zrobię nam kakao – zaproponowała i podążyła do kuchni, pstrykając włącznik światła. Nagła jasność zmusiła Wisa do chwilowego przerwania obserwacji, lecz zabójczyni wcale się tym nie przejęła. – Ponoć pomaga szybko zasnąć. Możemy przetestować tę teorię, co ty na to? – kontynuowała, po porzuceniu dokumentów na usytuowanym po środku kuchni stole, i w końcu spojrzała z uśmiechem na milczącego towarzysza.
    Przez moment wahał się, mierząc jej sylwetkę z pewną dozą podejrzliwości, i wcale się temu nie dziwiła. Kiedy już niemal była pewna, że znajdzie wymówkę i odwróci się, wzruszył ramionami.
    - Pewnie jest równie skuteczna co wszystkie jej podobne – mruknął bezbarwnie, przekroczywszy próg kuchni. Drgnęła, a w dwubarwnych tęczówkach zalśniło rozbawienie.
    - Wezmę to za zgodę.
    Nie odpowiedział, lecz Ena tylko zaczęła szukać po półkach odpowiednich ingrediencji – przecież nawet w bazie wojskowej powinni mieć porządne kakao! Bucky w tym czasie podszedł do stołu i przyjrzał się uważnie zamkniętemu folderowi, po czym zerknął na kobiecą postać z niewielkim zaciekawieniem.
    - Dali ci dostęp do swoich informacji już pierwszego dnia?
    - Trochę z nimi pracuję, choć w ukryciu, to fakt. Ale i tak większość jest już w Internecie – odpowiedziała, wzruszając ramionami. – Wolę po prostu papierową wersję, łatwiej wszystko zapamiętać. – Skinął ze zrozumieniem, sam musiał być dobrze obeznany z technologią, jednak w tych aspektach też wolał klasykę. Ena uśmiechnęła się do niego lekko, stawiając na blacie wyciągnięte z jednej półki pudełko z ciemnym proszkiem w środku. – Śmiało, zajrzyj, jeśli chcesz. Tylko ostrzegam, że może ci się nie spodobać.
    Zmarszczył brwi, trochę pytająco, jednak ciemnowłosa już zwróciła się w stronę lodówki, wyjmując kolejny karton, tym razem z mlekiem. Nie wiedział, czy bardziej go to zirytowało, czy bardziej był wdzięczny, że traktowała go tak zwyczajnie, swobodnie, wręcz w pewnym sensie ignorując; to pozwalało mu nieco się rozluźnić, nawet poczuć pewniej. Mimo to z wahaniem otworzył folder pełen dokumentów dotyczących lat pięćdziesiątych, jak się okazało już na pierwszej stronie. Przejrzał pobieżnie zapisaną kartę, wychwytując słowa takie jak „niezwykła szybkość”, „obiekt wpada w dziwny szał” i „niezwykle niebezpieczny”, a jego serce na moment stanęło. Czy to…? Odwrócił stronę i zamarł. Spodziewał się własnej twarzy na zdjęciu, ale dostrzegł tylko wykrzywioną w zimnej furii i mocno zmaltretowaną twarz Eny zamkniętej w kriokomorze.
    - To… - zdołał tylko wydusić, zanim zawiódł go własny głos. Wpatrywał się w fotografię, w końcu zdając sobie sprawę z tego, że pozwoliła mu zobaczyć swoje akta, które pewnie przejęli w jednej z misji, i świat zaczął rozmazywać mu się przed oczami.
    Zabójczyni odwróciła się od razu zaalarmowana tonem Wisa i nie zdążyła się nawet odezwać, kiedy zobaczyła, jak cierpienie wykrzywia jego twarz. Potem wszystko wydarzyło się w ułamkach sekund. Zacisnął powieki, unosząc dłonie do głowy, a z otwartych ust zdołał wymknąć się cichy na wpół warkot, na wpół jęk, zanim ból powracających wspomnień nie przygiął dotąd wyprostowanej sylwetki. Ena bez chwili wahania doskoczyła do bruneta, nurkując pod metalową ręką, którą automatycznie wyciągnął i próbował brutalnie odepchnąć. Kolejny, żałośnie bolesny dźwięk opuścił jego gardło, tym razem bardziej przypominając warknięcie, kiedy wyprostowała się odległa zaledwie o centymetry. To było niebezpieczne. Cholernie niebezpiecznie, ale nie miała innego wyjścia.
    - Wis!
    Prawą dłoń umieściła na tyle głowy Żołnierza, lewą od razu blokując jego zdrową, którą dalej ściskał własną skroń, w razie gdyby jednak zdecydował się na dalszy atak. Na szczęście znieruchomiał, kierowany nabytym przez lata odruchem lub może świadom, że wcale nie chce wyrządzić jej krzywy. Nie wiedziała, ale to nie miało znaczenia.
    – Wis, spójrz na mnie. Nie jesteś tam. Jesteś tu, ze mną, to tylko wspomnienia – mówiła pewnie, ale delikatnie, niemal nucąc niczym uspokajającą kołysankę. Oparła czoło o jego, na co szarpnął się wściekle, ale nie odsunął. Poczuła jeszcze tylko zaciskającą się na jej boku, zaraz pod ramieniem, metalową dłoń. – Wis, spójrz na mnie. Wyrwij się z tego. Otwórz oczy i spójrz na mnie – ostatnie słowa zabrzmiały w ustach Eny prawie jak rozkaz, ale podziałały.
    Po raz ostatni szarpnął się, nieświadomie przyciągając zabójczynię do siebie, i otworzył lodowate, dzikie oczy. Nawet nie zdawał sobie sprawy, że oderwał rękę od własnej głowy i ułożył na tyle szyi Eny, ściskając nieco, jakby próbował zbliżyć ich jeszcze bardziej, choć nie uczynił w tym kierunku nic więcej. Oddychał ciężko i płytko, a w tęczówkach widniało więcej, niż kiedykolwiek mógłby wyrazić słowami. Przypatrywała mu się uważnie przez cały ten czas. To było niebezpieczne, i to cholernie.
     Powoli, bardzo ostrożnie zaczęła gładzić splątane kosmyki palcami. Drgnął na ten niespodziewany ruch i zobaczyła, jak na miejsce bólu oraz furii w stalowe oczy wstępuje zmieszanie. Uniosła wargi niemal w niezauważalnym uśmiechu i tym razem sama przymknęła powieki na krótką chwilę w napływie niewysłowionej ulgi. Odetchnęła cicho, czując, jak zbyt mocny uchwyt metalowej dłoni promieniuje bólem głęboko pod skórę na jej boku, i jakby na zawołanie rozluźnił palce.
    - Ja… - odezwał się łamliwie, tylko by znów głos mógł go zawieść. Chciał się odsunąć, jednak nie pozwoliła mu na to. Nie protestował zbyt mocno.
   - Przeprosiny przyjęte – mruknęła, dalej gładząc delikatnie ciemne kosmyki i czekając na ten jeden, jedyny decydujący moment.
    W bardzo długim, niezdecydowanym i przerywanym ruchu przesunął metalową rękę na plecy zabójczyni, drugą delikatnie umieszczając u nasady szyi, rozluźniwszy wcześniej palce, i z przeciągłym westchnieniem pozwolił swojej głowie oprzeć się na czole zabójczyni. Nie musiała sprawdzać, by wiedzieć, że też przymknął powieki. Trwali tak długą chwilę, pogrążeni we własnych myślach, w znajomej, spokojnej atmosferze.
    - Dziękuję – wyszepnął z dziwnym napięciem, jakby miała zaraz obrócić się przeciw niemu. To jedno słowo wypowiedziane w taki sposób bolało i przynosiła ulgę jednocześnie, uświadamiając równocześnie, jak bardzo musiało mu być trudno przez ostatnie miesiące. 
    - Nie dziękuj – mruknęła z goryczą w głosie. Wis cofnął nieco twarz, wpatrując się w zabójczynię z podejrzliwie zmarszczonymi brwiami. – Po wydarzeniach w D.C. – pokręciła głową, jakby chcąc coś wyrzucić z myśli – wolę nie wyobrażać sobie, jak bardzo to musiało boleć…
    Zacisnął szczękę niby gniewnie, a jednak w lodowatych oczach widziała ślad smutku i bólu, który znała zbyt dobrze. Nie przestała gładzić splątanych, czarnych kosmyków i delikatnie zacieśniła obejmującą go w pasie rękę. Przymknął powieki, odetchnął, a chwilę potem dojrzała, jak opuszcza nieco ramiona, jakby rozluźniając się. Nie zdążył się odezwać, może nawet wcale nie chciał, kiedy sama podjęła wypowiedź z niemal zablokowanym gardłem.
    - Przeszło mi nawet przez myśl, by cię odszukać.
   Podniósł wzrok z zaskoczeniem i… nadzieją? Wolałaby nie widzieć akurat tego w stalowo-błękitnych tęczówkach. Wszystko, byle nie te iskierki, które łamały jej serce.
    - Więc dlaczego…
    -… tego nie zrobiłam? – dokończyła, smutny uśmiech uniósł kąciki warg Eny, w dwubarwnych oczach zalśniło odbicie jego poprzednich przeżyć. – Chyba stchórzyłam. Po naszym… ostatnim spotkaniu nie byłam pewna, czego mogłam się spodziewać. I czy nie sprawiłabym ci jeszcze więcej bólu.
    Wyprostował się, niezrozumienie i zmieszanie zalśniło w błękitnym spojrzeniu, pod zmarszczonymi brwiami. Nie była pewna, czy dobrze zrobiła, przytaczając ten temat.
    - Co masz namyśli, mówiąc „naszym ostatnim spotkaniu”? – zapytał, czując, jak serce w jego piersi niezrozumiale przyśpiesza. Smutek i uśmiech Eny tylko pogłębiło to uczucie.
    - Kilka lat po mojej ucieczce i upozorowanej śmierci udało ci się mnie odszukać – wyznała, niespotykane ciepło zabrzmiało w kobiecym głosie, a Wis miał wrażenie, jakby ktoś usunął mu grunt pod stopami. – Nie mam pojęcia, jak tego dokonałeś. Ukrywałam się wtedy w Polsce, bardzo dobrze wszystko zaplanowałam, właściwie nie było szans, by ktokolwiek mnie odnalazł, a jednak tobie się udało…
    - Miałem cię zlikwidować? – zabrzmiał niezwykle zimno, zdystansowanie, nie chciał dopuścić do siebie tej myśli, ale od razu ją zdemontowała.
    - Tak myślałam i nie byłam gotowa, by znów z tobą walczyć, ale… - zacięła się, kręcąc głową z niedowierzaniem – wyznałeś, że mnie pamiętasz. Nie miałeś wiele czasu. Nie powinieneś tam być, mimo to zostałeś. Po tej nocy już więcej cię nie widziałam.
    Choć bardzo pragnął przypomnieć sobie dzień, o którym mówiła, umysł nie chciał z nim współpracować. Próbował szukać w głębi zapomnienia, ale odnajdywał tylko pustkę. Kojącą zazwyczaj nicość, która tym razem przesyłała przez serce igły irytacji. Nie potrafił znaleźć słów na odpowiedź. Jedynym, co kłębiło się teraz w nim niczym wielka, burzowa chmura, były kolejne pytania. Ile więcej przeżyli takich nocy? Ile razy zapominali i odzyskiwali pamięć? Ile stracili? Chciał umieć złożyć słowa w pocieszającym zdaniu, ukoić nie tylko swoją wzburzoną duszę, lecz i szalejący w dwubarwnych oczach sztorm. Tylko że to leżało daleko poza jego zdolnościami.
    Widziała to, więc po raz ostatni przesunęła pieszczotliwie dłonią przez ciemne kosmyki, aż na gładki policzek, i rozluźniła objęcia. To jeszcze nie był ten moment. Jeszcze nie przyszedł ich czas.
    - Jutro – powiedziała cicho, kojącym głosem składając niepisaną obietnicę. Czego? Tego jeszcze oboje nie wiedzieli.
    Skinął i cofnął ręce z ociąganiem, a wcześniej grzany ciałem zabójczyni tors owionęło chłodne powietrze. Czuł się, jakby coś mu umknęło, ale zignorował to całkowicie. Jutro.
    Przyjrzała mu się uważnie, podejrzliwość z nutą smutku przez sekundę błysnęła w dwubarwnym spojrzeniu, mimo to powstrzymała się od zadawania kolejnych pytań. Zwróciła się w stronę blatu i dziękowała sobie w duchu, że jeszcze nie postawiła mleka na gorącym palniku.
    - To co, wracamy do poprzedniego planu?
    - Możemy spróbować…
    Usłyszała jeszcze szelest zamykanego folderu i zaraz potem oboje wzięli się do robienia cudnego, słodkiego płynu. Nie była zaskoczona tym, że został i nawet chciał, by pokazała mu, jak wygląda tak trywialny proces robienia kakao. W takim momencie, po chwilowym nawrocie wspomnień, każda aktywność wydawała się dobra, byle tylko czymś zająć myśli. Rozumiała to. Przechodzili przez ten proces już nie raz, a jednak zawsze czuła wtedy, jak żal i zimna furia zaczynają wiercić sobie drogę do jej serca i umysłu, niczym robak przeżerający się przez słodki miąższ jabłka. Dlatego równie chętnie dotrzymała mu towarzystwa, pokazała i odpowiadała na pytania. Byle tylko nie myśleć o tym, nie czuć. Znów na chwilę zapomnieć…
 

poniedziałek, 17 sierpnia 2015

Opowiadaniowe info x2

    Tak, pojawia się ponownie, ponieważ zostawiałam Was w niepewności już dostatecznie długo. Zanim jednak konkretnie, coś Wam muszę wyznać. Jakiś tydzień temu dostałam mini ataku serca. Dlaczego?- zapytacie. Już wyjaśniam.
     Mniej więcej przed zakończeniem roku szkolnego, na trochę przed ostatnią notką, dostałam zastrzyku weny i napisałam naprawdę sporą część kolnego rozdziału do FFa. Wspomniałam o tym również w ostatnim "Opowiadaniowym info" - oraz o tym, że chciałam jeszcze przed wstawieniem dopisać inną perspektywę sceny kończącej rozdział pierwszy. Zatem otwieram plik Worda, w którym znajdowały się początki Rozdziału 2. i z niedowierzaniem szukałam tego, czego nie mogłam tam znaleźć. Została kiedyś, kiedyś napisana scena, którą już przeniosłam w zupełnie inną część historii, i jeden akapit pozostałego tekstu. Zatem gdzie podziała się reszta? Wpadłam w panikę. Word mi nie zapisał? Przepadło? Wtedy przypomniałam sobie, że pisałam w szkole, w porządnym zeszycie do opowiadań. Odetchnęłam z ulgą, kilka dni temu zaczęłam przepisywać i odkryłam, że jednak brakuje mi kilku scen... Od teraz mam włączone tworzenie kopii zapasowych w Wordzie i mam nadzieję, że to już nigdy mi się nie przytrafi.
    Wiecie, co jest w tym najśmieszniejszego (oczywiście mam tu na myśli śmiech przez łzy)? Że teraz nie jestem nawet pewna, czy pisania jednego wydarzenia sobie nie uroiłam, chociaż pamiętam zarówno sam proces pisania, jak i scenę w szczegółach- pomijając kwestie bohaterów, które nawet po zapisaniu zdarza mi się zapomnieć. Boleję nad tym, bo nawet nie mogę tego sprawdzić, niestety to nie zmienia faktu, że spora część tekstu przepadła. Głupio mi strasznie i źle się z tym czuję, że osoby, które faktycznie czytały, muszą czekać, jednak zapewniam - praca nad fickiem znów ruszyła.
    Przechodząc zatem do szczegółów.
    "Rozpalić wspomnienia" FF The Winter Soldier Rozdział 2 jest w trakcie prac, będzie znacznie dłuższy, czyt. będzie miał znacznie więcej fragmentów, a oznaczenia znów będą takie same jak w przypadku rozdziału 1., czyli 2.1 - Rozdział 2, fragm. 1 - 2.2 - Rozdział 2, fragm 2- i tak dalej. Tym razem skupię się pewnie bardziej na wspomnieniach, w których znajdzie się więcej akcji, a potem nastąpi Rozdział 3, kulminacja i te sprawy. Muszę jeszcze przemyśleć konstrukcję pierwszego fragmentu, dopisać utraconą scenę, przepisać całą resztę i do końca miesiąca powinien się pojawić. Dla przeciwników romansów słaba wiadomość - jedna scena się przewinie, jednak, nie uprzedzając faktów, mogę powiedzieć, że romans został skopany na znacznie bardziej poboczny plan. Raczej razić nie powinien... Także akcja, spokój, akcja, spokój, akcja i więcej akcji aż do końca! Tak upraszczając. I ponownie przypominam, że wzoruję się na filmach oraz własnej wyobraźni, czyli na próżno tu szukać połączenia z komiksami - przykro mi, niestety zbyt wielkim laikiem w tej kwestii jestem, a też tworzę to totalnie dla zabawy.
     Mogą się też pojawić za niedługo Przemyślenia #02, bardzo luźno i ogólnie, kiedy w końcu najdzie mnie na trochę smutniejsze przemyślenia - temat już jest.
     Jak niektórym wiadomo - lub nie - udzielam się też na forum pisarskim, z którego planujemy w przyszłości wydać zbiór naszych opowiadań w klimacie fantasy. Gdyby był ktoś zainteresowany nabyciem takowego, gdy już zostanie zrealizowany, proszę o wiadomość, chętnie powiadomię.

    To byłoby już chyba wszystko na dziś. Niestety nie mam w zanadrzu żadnego tekstu, który mógłby się tu pojawić... chociaż jeden, starszy i do dopracowania jeszcze, może się tu za jakiś czas znaleźć. Bitwa w klimacie fantasy, którą napisałam na wyzwanie forumowe. Jeśli jesteście zainteresowani, dajcie znać w komentarzu, wiadomości lub na asku, jak wolicie!

    Dziękuję serdecznie za uwagę i pozdrawiam!
    Raksh