piątek, 25 grudnia 2015

"Świąteczna chandra" - Demoniczne Rozmówki #01

[Króciutki tekst trochę innego rodzaju, bo naszła mnie ostatnio taka właśnie chandra, bardzo mocna i frustrująca, więc w przypływie irytacji postanowiłam to z siebie wyrzucić. Przedstawiam Wam mojego Demona i moje alter ego, z którym czasem prowadzę podobne konwersacje - pomagają mi rozjaśnić myśli. Tytuł taki a nie inny z licznikiem, bo bardzo możliwym jest, że uczynię z tego taką mini serię. W końcu nazwa bloga zobowiązuje!
Zapraszam serdecznie do czytania i komentowania! Dajcie znać, jeśli coś Wam nie gra, coś się nie podoba, lub wręcz przeciwnie spodobało się, będę bardzo wdzięczna. Wesołych świąt! ^^]


Świąteczna chandra


Stukam w klawisze, choć nie do końca wiedząc, w jakim celu. Dźwięk ten przebija się ponad przygrywającą w tle muzykę, ale mnie nie zadowala. Zdania nie kleją się ze sobą, pokraczne i łamane, brzmiące raczej jak pierwsze próby sprzed lat, nad którymi załamuję głowę. Wzdycham z poirytowaniem, kasując całą zapisaną linijkę. Co właściwie chcę przekazać? O kim pisać? Gdzie ta chęć przelewania światów na papier? Zanikła gdzieś, ulotniła się podczas marnych prób wykrzesania z siebie czegokolwiek kreatywnego. Opuściła mnie, choć tak bardzo jej teraz potrzebuję. Jak mam tworzyć coś, czego nie potrafię poczuć? Empatia milczy, czając się w odmętach myśli i odczuć tak bardzo niestosownych w ten wesoły, świąteczny czas. Fukam już bardziej wściekle niż wcześniej i zatrzaskuję laptopa, muzyka cichnie.
Zza zamkniętych drzwi słychać krzątającą się po parterze rodzinkę. Mamę w kuchni, kończącą potrawy na wspólną kolację, tatę składającego w piecu, by nie było nam zimno, i wszechobecne w radiu kolędy. Magia świąt. Ta, jasne. Krzywię się, choć wiem, że wcale nie mam powodów do niezadowolenia. Mam cudowną rodzinę, spokojny czas, zero fałszu, wszystkich, szczęśliwych i zdrowych w domu, a nie potrafię się cieszyć. Zagubiłam gdzieś tę umiejętność? Irytujące…
- Nic dziwnego, skoro zamykasz się sama w pokoju – stwierdził prosto dobrze mi znany, zachrypnięty głos. Rosły mężczyzna usadowił się na łóżku naprzeciw biurka, za którym siedziałam, i z ciekawością rozglądał się po pokoju. – I nawet nie masz żadnych ozdób. No wiesz, wstydziłabyś, zero ducha świąt – zakpił.
- Wolałbyś zobaczyć śniegowe bałwanki na moim oknie?
- Pewnie, pasowałyby do ciebie. – Uśmiechnął się, puszczając mi oczko. Złośliwiec jeden.
- Jasne, już lecę je zrobić – mruknęłam – a zaraz potem dorysuję między nimi twoją podobiznę, idealne się wpasujesz. – Sparodiowałam jego uśmiech, choć ze znacznie większą dawką goryczy. Pochylił się, opierając odziane w skórę ręce na kolanach. Czerwone kosmyki zsunęły się z szerokich ramion, żółte światło żarówki odbijało się w ich gładkiej powierzchni. Miał zadziwiająco ładne włosy.
- Nieźle – stwierdził, świdrując mnie uważnym spojrzeniem – ale to jeszcze za mało, bym uwierzył.
Prychnęłam, odchylając się w fotelu. Chciałam znów się odgryźć, jednak przeszło mi zadziwiająco szybko. Nie byłam w nastroju na podobne przekomarzanie się.
- Nie zależało mi na tym – odmruknęłam tylko, nie patrząc na niego.
- Widać. Wyglądasz, jakbyś się prawie utopiła i jakiś cudem wylazła na brzeg.
- Dzięki. Wiesz, jak poprawić mi humor – syknęłam.
- Mówię, co widzę – odparł prosto.
Podniosłam na niego wzrok, krzyżując z niespotykanie szczerym spojrzeniem. Nie był złośliwy, teraz to widziałam. Czarne oczy obserwowały mnie uważnie, ale bez szyderstwa, choć nic więcej nie mogłam z nich wyczytać. Odetchnęłam ciężko i spuściłam wzrok.
- Po prostu… nie wiem, co ze sobą zrobić.
- A to nowość – skomentował znów nieco złośliwie. Posłałam mu ostrzegawcze spojrzenie, ale tylko uśmiechnął się na ten swój konkretny sposób, unosząc jeden kącik pełnych warg. – Tkwisz w tym już kilka dni. I nie widać, byś robiła postępy, a coś z tym w końcu zrobić musisz.
- Kiedy nie wiem, co z tym zrobić! – Trochę wybuchłam, podrywając się ze swojego miejsca. Zacisnęłam wargi, odwracając wzrok. Nie potrafiłam znów na niego spojrzeć. – W tym problem…
Mój demoniczny kolega oparł się wygodnie o ścianę za plecami, obserwując mnie spod swobodnie opadających mu na czoło włosów. Na jego wargach nadal błąkał się uśmiech. Naprawdę zaczynał działać mi tym na nerwy.
- Słyszałaś, że ponoć szkopuł tkwi w twoim podejściu do problemu a nie w samym problemie? – zagaił z pewnym rozbawieniem.
 - Proszę cię, nie wyjeżdżaj mi z tym tekstem…
 - Ale jest w nim sporo racji, czy tego chcesz, czy nie. Wyrzuć to z siebie albo podejdź do tego jak do… nie wiem, fabularnej zagwozdki czy czegoś w tym stylu. – Wzruszył ramionami, robiąc niby lekceważący gest dłonią, jakby chciał ukryć fakt, że właśnie próbował mi pomóc. Zmarszczyłam brwi, mierząc go wzrokiem.
- To… nie jest głupi pomysł.
- Oczywiście, że nie. W końcu mój – odparł, mrugając porozumiewawczo. Tym razem odwzajemniłam jego zawadiacki uśmiech.
- Więc poniekąd mój, bo ty jesteś moją kreacją – mruknęłam z pewnym rozczuleniem.
- I to najlepszą – odpowiedział, w czarnych oczach lśniły diabliki, które tak dobrze znałam. Pokręciłam głową z rozbawieniem, ale nie mogłam zaprzeczyć, dobrze o tym wiedział. – Więc na co czekasz? – Zmarszczyłam brwi, nie rozumiejąc. – Napisz o mnie… - Uśmiechnął się szeroko, diabelsko, w sposób, który kradł serca. Uwielbiałam, gdy to robił.
Spuściłam wzrok, przesuwając palcami po zamkniętej obudowie laptopa. Czy to mogło być takie proste? Wyrzucić to z siebie, zapełnić utraconą cząstkę czymś innym, przelać niezrozumiałe emocje na papier, by nie zaprzątały głowy. Podniosłam wzrok, ale miejsce na łóżku pozostało puste, zimne, jakby nigdy nietknięte, odkąd opuściłam je rankiem. Westchnienie uniosło moją pierś, jednak gdzieś w środku coś się zbudziło. Zacisnąwszy wargi, uniosłam klapę laptopa. Cicha muzyka znów rozbrzmiała w pustym pomieszczeniu, a chwilę potem, cichutko, niepewnie dołączyło do niej rytmiczne bębnienie. 
    „Stukam w klawisze, choć nie do końca wiedząc, w jakim celu…”

wtorek, 22 grudnia 2015

"Rozpalić wspomnienia" Rozdział 9

[Wyrobiłam się w miesiąc, jestem z siebie dumna. Ale tylko z tego, ogółem nie jestem zadowolona z rozdziału. Głównie przegadany, chociaż powoli zmierzamy do większych akcji. Następnego możecie spodziewać się w podobnym odstępie czasu, mam nadzieję już w lepsze jakości. Za błędy z góry przepraszam! Oraz wszystkim czytającym życzę serdecznie Wesołych Świąt i miłego Sylwestra! 
Zapraszam serdecznie do czytania i komentowania. Enjoy!]

Rozpalić wspomnienia

Rozdział 9


    Nadgryziony zębem czasu papier szeleścił lekko przy każdym ruchu, gdy sprawne palce jak najdelikatniej przekładały strony folderu, który pamiętał jeszcze czasy wojny. Złoto-brązowe oczy z uwagą śledziły linijki tekstu, a pełne wargi krzywiły się nieco, napotykając zamazane informacje. Choć znała treść dokumentu niemal na pamięć, nadal próbowała doszukać się w nim czegoś nowego – jakby w nadziei, że wywoła to z pamięci coś istotnego, coś, co niegdyś przegapiła. Posiadła już tak wiele poszlak i domysłów, lecz wciąż brakowało jej dowodów, które jak na złość znikały szybciej, niż zdołała je dostrzec.
    Zamknęła folder, odrzucając go na niewielki stolik. Szmer tego ruchu poniósł się po salonie, w którym powoli zapadał zmrok wraz ze słońcem chowającym się za linią horyzontu, już niknąc za fasadami wieżowców. Nie licząc Eny, piętro mieszkalne stało całkiem opustoszałe, a cisza zdawała się wyzierać z każdego zakamarka. Zazwyczaj towarzyszący jej Wis kilka godzin wcześniej wybył do sali treningowej, gdzie ponoć ktoś miał na niego czekać. Wiedziała kto – i to napawało ją pewnym optymizmem.
     Wróciła wzrokiem do podniszczonej teczki, wypchanej dokumentami.
     Zdradzili ją. Ba, zdradzili całą ojczyznę.
     Był tam. Tego dnia, w którym wszystkie ich plany i nadzieje runęły w gruzach. Zauważyła go, chociaż tylko na kilka sekund i kątem oka, by dopiero znacznie później zrozumieć, kim tak naprawdę był. Mimo to w dokumentach nie znalazła żadnego potwierdzenia ani nawet nazwiska, od którego mogłaby zacząć, gdyż tego jednego nie zdołała zachować w pamięci. Ukryli całą sprawę tak dobrze, że powoli zaczynała wątpić w siły Tarczy. Miała swoje domysły i podejrzenia, lecz to było za mało, by pozwolili jej ruszyć w teren. Nie, nie szukała zemsty, a przynajmniej nie tylko. Mogli mieć coś, co musiała im odebrać, co było zbyt niebezpieczne w ich rękach. I musiała odkryć prawdę.
    Przejechała dłonią po twarzy, rozcierając powieki. Sama zaczynała gubić się w swoich domysłach i motywach. Do czasu przyjazdu była pewna, że chce ich dopaść, odpłacić za to, co jej zrobili, i wycisnąć wszystkie możliwe informacje, ale odkąd zobaczyła Jamesa, już nie czuła dawnej determinacji. Odkąd poprosił, by została… choć odnosiło się to tylko do tej nocy, miała wrażenie, jakby złożyła tym obietnicę, której pragnęła dotrzymać wbrew wszystkiemu i wszystkim. Obietnicę w końcu nadającą sensu pełnemu śmierci i okrucieństwa życiu ich obojga. A jednak nadal służyła Tarczy. Jeśli zażądaliby pościgu, ruszyłaby w drogę i nikt by się przed nią nie ukrył. Gdyby tylko mogła…
    Drzwi windy rozsunęły się z cichym sykiem i półmrok wnętrza rozproszyło światło z wnętrza. Ena zerknęła na przybysza, nie unosząc opartej na dłoni twarzy, ale ulotna nadzieja na zobaczenie Jamesa przeminęła od razu.
    – Witam, Kapitanie – przywitała mężczyznę miękko. Niewielki uśmiech wpełzł na jej twarz, gdy Steve nieco zesztywniał i dopiero po chwili dostrzegł kobiecą sylwetkę w fotelu. Odetchnął, rozluźniając się, i skinął na powitanie. Wyglądał na zmęczonego, jednak nie nosił śladów walk, co – o dziwo – ucieszyło Sinatri, i nadal emanował charakterystycznym dla siebie spokojem.
    Drzwi windy zasunęły się, znów otulając ich delikatnym półmrokiem. Nie trwało to długo; Rogers od razu nacisnął włącznik światła, na co Ena skrzywiła się nieznacznie.
    – Buck jest tutaj? – zapytał, całkowicie zawodząc w próbie ukrycia oczywistej nadziei. Przewróciła oczami, ale uśmiechnęła się, prostując nieco w siedzeniu.
    – Tutaj, czyli na piętrze nie, ale w bazie tak – odpowiedziała, posyłając mu tylko trochę znaczące spojrzenie.
    Spuścił wzrok, odwzajemniając uśmiech z pewnym zakłopotaniem. Potarł okryte materiałem niebieskiej koszulki ramię i podszedł do niej, przystając przy sofie sąsiadującej z fotelem, w którym umościła się kilka godzin wcześniej. Wtedy dostrzegł leżący na stoliku folder i uniósł brew.
    – Szukam pewnych informacji – wyjaśniła lakonicznie.
    – Niedokończone sprawy?
    – Coś w tym rodzaju.
    Przez chwilę przyglądał się Sinatri niepewnie, zastanawiając, czy warto drążyć temat.
    – Wiesz – zaczął ostrożnie – może to zabrzmieć dziwnie, skoro ledwie się znamy, ale… jeśli potrzebowałabyś pomocy, możesz się do nas zwrócić – mówił szczerze, widziała to w cieple niebieskich tęczówek, a jednak poczuła się z tym dziwnie niekomfortowo.
    – Mówisz to ze względu na niego? – zapytała, nie spuszczając wzroku.
    – Częściowo – przyznał – ale skoro mamy być w jednej drużynie, chyba warto od tego zacząć. – Uśmiechnął się nieznacznie, na swój uroczy sposób. Skinęła ze zrozumieniem.
    – Będę pamiętać, dzięki – odparła tylko, nawet nie próbując odwzajemnić uśmiechu. Coś ściskało ją w piersi, ale nie chciała się nad tym rozwodzić, więc uniosła brew, widząc, że Steve nadal sterczy w miejscu. – Chcesz o coś zapytać? – Skinął, więc opadła na oparcie i podkuliła nogi, wskazując mu pustą sofę po swojej lewej, przy której zresztą stał. – Więc nie krępuj się, Kapitanie, jesteś przecież u siebie.
   – Nie do końca.
   Złożył dłonie i potarł nimi o siebie, w końcu zajmując miejsce na kanapie. Na ustach Sinatri wykwitł rozbawiony uśmiech, a chcąc nieco rozluźnić atmosferę, zapytała:
    – Czyżbym cię onieśmielała, Kapitanie? – Podniósł na nią wzrok dość znacząco.
    – Proszę cię, Eno, oszczędź. Wystarczy Steve.
    Stłumiła parsknięcie.
     – Wiem, Steve – odpowiedziała ciepło, tak że Rogers spojrzał na nią zaskoczony. – Coś cię trapi, Steve, za bardzo to po tobie widać. I mam dziwne wrażenie, że to też dotyczy mnie, nie mylę się?
    W pierwszym odruchu chciał pokręcić głową i zaprzeczyć, jednak koniec końców i tak skinął lekko.
    – Też, ale to musi jeszcze trochę zaczekać, wybacz – powiedział, zerkając przepraszająco.
    – Przyzwyczaiłam się - westchnęła, machnąwszy ręką. Poprawiła się w fotelu, obracając bardziej w stronę Kapitana. – Więc? O co dokładnie chciałeś zapytać?
    – Jak… jak mu idzie? – wypalił po dłuższej chwili. – Radzi sobie?
    – Tak. Nawet całkiem dobrze – przyznała i z uśmiechem patrzyła, jak ramiona Kapa opadają z napięcia. – Było kilka gorszych momentów, ale trzyma się. Nigdy nie był słaby.
    – To prawda, cały Buck – wtrącił niemal z rozczuleniem. Skinęła.
    – Odzyskał już dużo wspomnień, chociaż nadal nie jestem pewna, jak wiele.
    – To bardzo istotne?
    – Trochę. – Przygryzła wnętrze policzka, milknąc na chwilę. – Niektóre są gorsze od innych, bardziej bolesne, i mają tendencję do wracania w bardzo przekonujący sposób. Czasem wręcz trudno potem oddzielić je od rzeczywistości.
    Gdy mówiła, Steve spuścił wzrok na złączone dłonie, próbując to sobie jakoś wyobrazić, lecz nie potrafił. Podejrzewał, że po tym świecie chodziło naprawdę niewiele osób, które mogłyby to zrozumieć.
    Uniósł na nią niebieskie oczy, w których tliła się ciekawość, ale też niepewność. Ena jednak zamilkła i trochę nieobecnie wpatrywała się w gasnący za oknem świat, głęboko w myślach, w które bał się ingerować. Zamrugała, wyrywając się z otępienia, po czym z westchnieniem przeczesała rozsypane wokół twarzy włosy.
   – Obawiam się, że zostały te z najgorszych lat – dodała z pewnym roztargnieniem, ale Steve skinął tylko, odbiegając do trochę innego tematu.
    – A jak to wygląda… między wami, teraz, po tym wszystkim? – zapytał delikatnie, po czym niemal speszył się na widok uniesionej brwi Sinatri. – Oczywiście, jeśli mogę…
    Zaśmiała się cicho, chociaż w jej uśmiechu nie pozostało krzty wesołości.
    – Niewiele mogło się zmienić w tak krótkim czasie, nie sądzisz?
    – Z wami to nigdy nie wiadomo – doparł rozbrajająco, a kąciki jej warg drgnęły lekko.
    – Przypomniał sobie to i owo – przyznała – ale to jeszcze za wcześnie.
    Pokiwał głową ze zrozumieniem. Choć mógł o nich nic nie wiedzieć i nie znać ich historii zbyt dobrze, to już z samego zarysu, jaki otrzymał, potrafił domyślić się, jak trudne to musiało być w rzeczywistości. Mimo wszystko jednak cieszył się, że przez cały ten okropny czas Buck nie został całkowicie sam.
    – Więc gdzie jest teraz? Chyba powinien siedzieć tu z tobą…
    – Może cię to trochę zdziwi, ale ma teraz inne towarzystwo – odpowiedziała z rozbawieniem. – Jest na sparingu z twoim nowym przyjacielem, Sokołem, o ile pamięć mnie nie myli.
    Uniósł brwi, zabawnie przekręcając głowę, po czym niewielki uśmiech rozjaśnił jego twarz. No tak, mógł się tego po części spodziewać, nawet jeśli Sam dalej nie ufał Barnesowi.
    To była miła rzecz do usłyszenia.
    – To nawet dobrze, muszę wam wszystkim coś przekazać.
    – Więc nie traćmy czasu – zarządziła z uśmiechem, wstając z wygodnego fotela i rozciągając się w akompaniamencie niewielkiego ziewnięcia.
    – Ciężka noc? – zapytał łagodnie Steve, idąc w jej ślady. Uśmiech Sinatri drgnął wachlarzem emocji, nie był jednak w stanie oddzielić ich od siebie.
    – Można tak powiedzieć.

~*~

    Tym razem wysiłek nie pomagał. Cios, unik, blok, unik, cios – jechał na czystym instynkcie bojowym, nawet nie do końca zauważając, co dzieje się wokół niego. Wystarczyło tylko zahamować mocniejsze ataki, przystosować do walki treningowej, by nie uszkodzić Wilsona, a cała reszta płynęła sama. Miał nadzieję tym wyrwać się z rozmyślań o wydarzeniach nocy, ale wspomnienia ze snu prześladowały go jak nigdy wcześniej. Jakby wgryzły się w mózg i zawsze czuwały na granicy świadomości, za siatkówką i pod skórą, gotowe znów zawładnąć umysłem. Zaciskał zęby i skupiał się na instruowaniu Sama, ale po chwili jego myśli znów wracały. Był tego dnia wycofany, w defensywie, i gdyby to w ogóle było możliwe, ktoś mógłby powiedzieć, że rozproszony – Zima nie bywał rozproszony. Tylko że… Zima odchodził. Czuł to, gdzieś w środku, że coś się zmienia. Odkąd zaczęły wracać wspomnienia z czasów Hydry, zachowywał się i myślał inaczej. Nie wiedział, co mu strzeliło do głowy, by prosić Sinatri o zostanie przy nim tej nocy – kilka dni wcześniej nigdy by nawet o tym nie pomyślał, a teraz to zajmowało go prawie całkowicie. Czemu się zgodziła? Nie chciał przyznać się sam przed sobą, ale bał się tego, co stało za tą decyzją. Bał się, ale równocześnie pragnął poznać, dowiedzieć się, jak to jest, oddać, co tak chętnie mu ofiarowała. Miał dość samego brania. Chciał coś zrobić, ruszyć z miejsca, wyrwać z tej stagnacji, ale Sinatri miała rację – na to było za wcześnie. Wspomnienia… Tak niewiele jeszcze wiedział…
    Senne koszmary minionej nocy stanęły Jamesowi przed oczami, tak rzeczywiste i silnie oddziałujące, że niemal czuł jej skórę pod palcami i ciepło krwi na policzku. Czemu to musiało wracać w taki sposób? Czerwień zalała pole widzenia Barnesa, w powietrzu uniósł się dźwięk przewracanych stolików i stukających o posadzkę przyrządów, na własnym ciele poczuł ból ciosów, a gdzieś głęboko w piersi niewidzialna obręcz zaciskała się wokół najważniejszego narządu. Potem powietrze rozdarł krzyk. Niósł się echem w umyśle, potęgując się, rosnąc i rozdzierając inne myśli, póki ciepło posoki na policzku nie zastąpiło inne, gładkie, przyjemne, wyrywające ze spirali wspomnień i zakotwiczające w rzeczywistości. Nie mógł pozwolić, by odeszła. Nie tym razem, gdy szansa była tak realna do spełnienia. A sny, które potem go nawiedziły… Dlatego musiał dzisiaj spędzić trening z kimś innym, nie potrafiłby spojrzeć na Enę bez wspomnień z tyłu głowy. Wspomnień, które odbierały mu dech w zupełnie inny sposób niż dotąd.
    Odgarnął z twarzy kosmyki, które zdołały wymknąć się z zaimprowizowanego spięcia i przykleić do czoła. Serce w piersi dudniło mu przyjemnym, mocnym rytmem, lekko przyśpieszonym. Uniósł dłoń do szyi, rozmasowując mięśnie i kilka razy kręcąc głową w różne strony. Mimo to nadal czuł się napięty niczym dobrze nastrojona struna.
    – Ty się naprawdę nie męczysz, co? – wydyszał stojący obok Sokół, podpierając się pod boki.
    – Trzymasz się lepiej niż wczoraj – skomentował nieco bezbarwnie Barnes. Sam pokręcił głową, po czym uśmiechnął się pod nosem.
    – Jeszcze kilka takich sesji i cię dogonię.
    – Nie liczyłbym na to za bardzo.
    – No tak, ty masz te super bajery. – Zrobił nieokreślony gest w stronę Bucky’ego, ogarniając gestem całą jego sylwetkę i metalową rękę przede wszystkim. James w końcu odwzajemnił spojrzenie, unosząc nieco brew.
     – I siedemdziesiąt lat doświadczenia – dodał, pochylając głowę niemal znacząco.
    Sokół roześmiał się, choć z pewnym zmęczeniem.
    – Ale szkoliłeś innych? – zaczął, unosząc brwi. Bucky tylko skinął niemrawo. – I wyszkoliłeś naszą nową piękność? Więc mo…
    Żołnierz poderwał na niego wzrok z niebezpiecznie lśniącą szarością tęczówek.
    – Nie powiedziałbym, że waszą – przerwał mu nisko, w jego głosie zabrzmiała głęboka szorstkość, od której ciarki przeszły po kręgosłupie Sama. Nim Bucky zorientował się w swojej reakcji, jego nowy znajomy uniósł ręce w obronnym geście.
    – Masz rację, mój błąd. Od niej pewnie już dostałbym za to w zęby. – Uśmiechnął się, jednak mimo to obserwował byłego zabójcę Hydry uważnie i z rezerwą.
    James ściągnął łopatki, odwracając się nieznacznie. Wiedział, że zareagował zbyt gwałtownie i przeklinał się za to w myślach, teraz jednak nie mógł się rozwodzić nad błahostkami. Tylko odwrócić uwagę…
     – Szkoliłem wielu, ale niewielu to przetrwało – powiedział chłodno. – Z En było inaczej. Była już wyszkolona, kiedy do nas trafiła, ja musiałem tylko… odświeżyć jej pamięć. Potem… potem chyba szkoliliśmy nowych razem, też… - przerwał, marszcząc brwi z wzrokiem utkwionym gdzieś w podłodze i myślami niebezpiecznie uciekającymi w dawne, nieodkryte lata.
    – Ale mógłbyś mnie nauczyć tego i owego, kilku sztuczek. Miękki nie jestem, tyle bym wytrzymał – głos Sokoła wyrwał go z zamyślenia, jednak ani przyjazny ton, ani uśmiech nie ociepliły bryły lodu, która zaległa mu w żołądku.
    – Może kiedyś… - odparł tylko bezbarwnie i zaczął odwiązywać taśmy z dłoni, nim Sam był w stanie jeszcze coś powiedzieć. A mu nie umknęła subtelna zmiana w imieniu, jakim Bucky nazwał swoją byłą podopieczną. I choć nie znał tego człowieka, zaczynał coraz bardziej mu współczuć.
    Wtedy po sali poniósł się szmer otwieranych drzwi i do środka weszła Sinatri, a zaraz za nią Kapitan.
    – Już skończyliście? Pora jeszcze młoda – zawołała do nich z nieco kpiącym uśmiechem. Dobrze wiedziała, że spędzili tu co najmniej parę godzin.
    – A co? Chcesz się dołączyć? – zagaił Sam, unosząc brew z podobnym wyrazem twarzy. Niemal się zaśmiała, stojąc na krawędzi mat.
    – Nie nadążyłbyś za mną, Sokole.
    – A może byś się zdziwiła, za nim już prawie nadążam. – Uniósł kciuk za siebie, wskazując na Barnesa. Sinatri spojrzała na niego znacząco – kąciki jego warg drgnęły lekko, po czym zszedł z mat i niemal niezauważalnie pochylił głowę.
    – Możemy to zaraz sprawdzić, jeśli nalegasz – odparła z uśmiechem, jednak wyczuwający, co się szykuje, Sokół pokręcił głową ze śmiechem.
    – Chętnie, ale nie dziś. Moje zmęczenie wpływa na twoją korzyść, a to jest nie fair – zaznaczył, a potem, jakby nagle doznając olśnienia, zapytał: - Ale może ty byś mnie czegoś nauczyła? Bucky nie tryska entuzjazmem.
    – Nie dziwię mu się, za dużo gadasz – podsumowała, na co milczący dotąd Steve parsknął pod nosem.
    – Nie byłaś wcale lepsza – wtrącił cicho James i ich spojrzenia powędrowały na nieruchomą sylwetkę. Spoglądał na Enę inaczej niż zwykle, z sympatią, ciepło, w sposób, jakiego dawno nie widziała.
    – Prawda – przyznała – ale nie narzekałeś jakoś specjalnie.
    – I tak nic by to nie dało.
    Ich spojrzenia stopiły się ze sobą i choć między nimi leżała szeroka mata, czuli ciepło płynące po skórze, jakby stali tuż obok siebie. Twarz Sinatri złagodniała, Jamesa ociepliła się, trochę nieobecna. Sam w tym czasie usunął się spomiędzy dwójki dawnych towarzyszy i podszedł do Steve’a, witając się z nim serdecznie. Kapitan przyglądał im się uważnie, ale też z rosnącą, delikatną i kruchą jeszcze radością, że sytuacja powoli się normuje.
    – Ponoć masz coś dla nas – zagaił Sam, wyrywając kumpla z zamyślenia. Skinął, odkrywając, że Ena i James też ponownie skupili na nim uwagę.
    – Czeka nas mała wycieczka – oznajmił. Cała trójka niemal równocześnie zmarszczyła brwi. – Przenoszą bazę w bezpieczniejsze miejsce, musimy się gdzieś zaszyć na ten czas…
    – Nie możecie po prostu zostać w nowej? – zapytał Sam, ale nim w ogóle skończył, Steve pokręcił głową.
    – Ochrona będzie zbyt słaba, a Bucka wciąż chcą dorwać – wyjaśnił i na chwilę zapadła cisza. Ena zaczynała mieć złe przeczucia. W końcu Kapitan z westchnieniem dodał: - I Stark też chce was poznać.
    – Stark? – Skinął ponownie. – No, tego się nie spodziewałam. A przynajmniej nie tak szybko.
    Steve zrobił ruch, jakby chciał wzruszyć ramionami, ale zrezygnował. Przedłużające się milczenie nie wpływało na niego pozytywnie. Powoli zaczynał się denerwować. Od początku czuł, że to nie jest dobry pomysł, bo jak mógł być, skoro gośćmi mieli być ścigani zabójcy. Wyczuwając narastające napięcie, Sam w końcu wypalił:
    – Czyli szykuje się impreza? Ponoć Stark organizuję najlepsze.
    Spojrzał na Rogersa, unosząc brwi. Kapitan, wdzięczny za to pytanie, odetchnął z lekkim uśmiechem.
    – Nie tym razem. Tylko my i kilka zaufanych osób. Stark nie jest głupi, nie będzie nam robił rozgłosu.
    – A jednak chce zaprosić do siebie dwoje najlepszych zabójców ostatniego stulecia – dodała Ena, zerkając na Kapitana uważnie. Bucky z tyłu poruszył się niespokojnie, zaciskając szczęki i pięści.
    – Nam to odpowiada, tam będziecie bezpieczni – odparł, odwzajemniając spojrzenie Sinatri. Widział w jej oczach, że rozumiała i z pewną niechęcią, ale popierała jego słowa, jednak lśniło w nich coś jeszcze. Obawa? Odwróciła głowę w stronę Jamesa i wtedy zrozumiał.
    – Buck? – jego ostrożny głos poniósł się po sali. Chwila milczenia wydłużała się, nim w końcu zachrypłym tonem odpowiedział:
    – To nie jest dobry pomysł. – Pochylił głowę tak, że włosy opadły mu na twarz.
    – Nie, nie jest – przyznała Ena, ich spojrzenia skrzyżowały się – ale Steve ma rację. Stark Tower to chyba najbezpieczniejsze miejsce w tym mieście.
    – Właściwie to już chyba nie Stark Tower… - wtrącił Sam z konsternacją. Rogers skinął, ale Ena machnęła tylko ręką.
    – Szczegóły, mniejsza z tym. Pytanie, na ile Stark nie boi się o swoje życie – powiedziała spokojnie, bardziej w formie pytania niż groźby. Na szczęście Kapitan od razu zrozumiał.
    – Nie będziecie trzymani pod kluczem – zapewnił od razu, po czym pochylił głowę delikatnie. – Prawdopodobnie będziecie mieć nawet więcej swobody niż tutaj, Stark nie ma na swoich piętrach ochroniarzy, Jarvis mu wystarcza. – Oboje jak na komendę popatrzyli na Steve pytająco, Wilson jednak podejrzewał, o co chodzi. Kapitan uśmiechnął się tyko trochę znacząco. – Zobaczycie, nie da się go dobrze opisać.
    Po tej odpowiedzi na chwilę zapadła cisza. Wis zacisnął i rozluźnił pięści, aż w końcu zerknął na Enę, chwytając jej ciepłe spojrzenie.
    – Kiedy? – zapytał ochryple, nie patrząc na Rogersa.
    – Jutro.
    Skinął, zacisnąwszy wargi.
    – Niech będzie.

~*~

    Kapitan i Sam wyszli, pozostawiając dwójkę dawnych partnerów w pustej sali treningowej. Ciepłe, jasne światło lamp otulało całe pomieszczenie, nadając mu przyjemnego kolorytu nawet pomimo wszechobecnej szarości sprzętów, worków i ringu. James przyglądał się metalowej protezie, niby coś sprawdzając. Tak naprawdę po prostu nie chciał wychodzić, zostawiać tu Eny i siedzieć bezczynnie w pustym pokoju, roztrząsając po raz kolejny wydarzenia nocy. Odwrócił się, gdy usłyszał podchodzącą Sinatri.
    – Raczej nie piszesz się na kolejną rundkę? – zapytała, przystając obok szafki, gdzie znajdowały się przydatne w treningach sprzęty i uniosła brew z lekkim uśmiechem. Zacisnął zdrowe palce na metalowych i odwzajemnił krótko spojrzenie.
    – Nie dzisiaj – wychrypiał tylko. Obawiał się dalszych pytań, jednak jak zazwyczaj Sinatri jedynie skinęła ze zrozumieniem.
    – Tak myślałam. – Otworzyła szafkę i wyjęła sporą rolkę taśmy. – Muszę przyznać, że to mi nawet odpowiada. Mam dzisiaj ochotę na coś nieco innego.
    Uśmiechnęła się szerzej i przeszła do pustego miejsca przed lustrami. Zdjęła przez głowę szarą bluzę, a potem buty wraz ze skarpetkami i pozostawił wszystko na uboczu. W samym tylko topie i czarnych, materiałowych spodniach, rozciągliwych niemal jak kostium, zaczęła zawiązywać taśmy na dłoniach, ale w zupełnie inny sposób niż do sparingów. Cieniej, elastyczniej, jakby tylko do ochrony przed otarciami. Ze stopami postąpiła podobnie, również nie zawiązując całych. James przyglądał się temu ze zmarszczonymi brwiami, aż w końcu zdołał wydobyć z siebie głos:
    – Co chcesz…?
    – Byłam też tancerką… nadal jestem. Tego się nie zapomina – wyjaśniła miękko, a jej twarz przybrała zupełnie inny wygląd. Ciepły, sentymentalny, choć też niezwykle smutny. –  Taniec pomógł mi przez ostatnie lata…
    Zerknęła na niego z tym na pół złamanym uśmiechem i ledwie powstrzymał się, by pozostać na miejscu. Skąd to się brało? Od kiedy? Odwróciła się i podeszła do ściany, na której znajdował się elektroniczny panel. Uruchomiła go i po pomieszczeniu poniosły się pierwsze dźwięki. Wis drgnął, od razu rozglądając się za źródłem. Głośniki umieszczono w rogach pomieszczenia, tak że dźwięk rozchodził się równomiernie i rozbrzmiewał czysto, podczas gdy Ena szukała dla siebie odpowiedniego utworu. Wymruczała pod nosem coś, czego nie usłyszał, po czym zapadła cisza. Sinatri wykonała kilka szybkich kliknięć, wstukując nazwę, i wtedy z głośników popłynęła niezbyt szybka, rytmiczna i jakby pulsująca muzyka, jakiej nigdy nie słyszał. Zadowolona skinęła do siebie i wróciła przed lustra. James poruszył się z pewnym zakłopotaniem, nie bardzo wiedząc, co ze sobą począć.
    – Możesz zostać, jeśli chcesz.
    Skrzyżował wzrok z Sinatri i przez długą chwilę nie potrafił zdobyć się na żadną decyzję. Wiedział, jaką powinien podjąć, ale wiedział też, że wcale nie chce jej urzeczywistniać. I wtedy odetchnął, pochylając głowę w geście trochę wdzięcznym, trochę zmieszanym. Ena posłała mu ostatni, ciepły uśmiech i zwróciła się do luster, rozpoczynając swój własny trening.
    Przysiadł na matach, znów odgarniając włosy, które uparły się, by utrudniać mu widzenie. Opierając łokcie na kolanach, zaczął podążać wzrokiem za ruchami Eny. Z czasem zaczął mieć wrażenie, że nie widzi już niczego więcej, prócz jej tańca. Nawet nie zorientował się, kiedy z rozgrzewki przeszła dalej; wszystko odbywało się tak płynnie, że wydawało się, jakby całą choreografię miała z góry ustaloną. Mimo to doskonale wiedział, że tak nie mogło być. To, jak się poruszała, jak płynęła wraz z muzyką, było zbyt… prawdziwe i szczere, by mogło dziać się według schematu.
     Nie potrafił wpasować tego w żadne ramy. Wyglądało niczym powolny pokaz przeplatającego się z gimnastyką tańca z rodzaju tych, które zadziwiały pięknem i opanowaniem, ale też pewną… Nie wiedział, jak to określić. Ena, choć zazwyczaj wojownicza, wyglądała niesamowicie kobieco. Z gracją, siłą i wytrzymałością, jakiej można by jej pozazdrościć. Oglądał ten pokaz z nieznaną sobie wcześniej przyjemnością i ciekawością. Śledził ruchy, podziwiał ich dopasowanie do muzyki, która zdawała się przenikać ciało, i coś dziwnego rosło w jego piersi. Niemal zaczął kołysać się w rytm piosenki, wtedy jednak znów przed oczami stanął mu zupełnie inny obraz.
     Ena zatoczyła wyprostowaną w szpagacie nogą szerokie koło, pozostając w idealnej równowadze, a on zobaczył jeszcze, jak kopnięciem posyła młodą dziewczynę na matę. Od razu było widać, że nie użyła całej siły, a zaledwie marnego namiastka, mimo to dziewczyna odleciała na sporą odległość. Obrazy nałożyły się na siebie. Przy wyimaginowanych ścianach stali w rzędzie nastolatkowie z przerażeniem wymalowanych na twarzach. Podczas gdy Sinatri zatoczyła piruet w rytm muzyki, ta ze wspomnień spokojnie czekała, aż dziewczyna pozbiera się z maty. Kiedy w końcu jej się udało, rozpoczęła na nowo. Wciągnął powietrze ze świstem, nie mogąc odegnać obrazu. Do niego samego podszedł chłopiec, najwyżej piętnastoletni. Zaatakował, ale słabo, niepewnie, ze strachem w oczach, co przypłacił pięścią w brzuch i wylądowaniem na matach.
    James zaczął się trząść, oddychając spazmatycznie. Nie chciał tego widzieć! Obraz powoli zaczynał przysłaniać mu całe pole widzenia, póki zaniepokojony głos nie zapytał:
    – James? – Drgnął, zaskoczony brzmieniem swojego imienia w jej ustach. – Wszystko dobrze?
    Zatrzymała się zwrócona w jego stronę. Kiedy odważył się spojrzeć w dwubarwne tęczówki, obrazy powoli się rozpłynęły, jakby wcale nie miały miejsca.
    – Tak – odpowiedział nieco zdławionym głosem. – Jest okey…
    Nie odwróciła się i nie wróciła do swojego treningu, a jej wzrok zdawał się wypalać na jego skórze. Nie trwało to długo, zaledwie parę sekund zawahania. Westchnęła cicho, odpuszczając, ale już została wybita z rytmu. Skierowała kroki w stronę panelu, jednak w pół drogi ponownie zatrzymał ją szorstki głos:
    – En? – Odchyliła głowę, nie spoglądając jednak. – Mogłabyś… dzisiaj też…
    – Zostanę – powiedziała miękko, dopiero wtedy napotykając na wpół zbolałe, na wpół wdzięczne spojrzenie, które za każdym razem rozdzierało gorzej niż poprzednio.
   
~*~

    Przytłumiony warkot silnika mieszał się ze spokojnym utworem płynącym z radia, wypełniając wnętrze pojazdu. Kapitan za kółkiem rozmawiał swobodnie z siedzącym obok niego Samem, z tyłu jak zazwyczaj spięty Wis wyglądał przez szyby na ruchliwą ulicę. Ena położyła mu dłoń na kolanie, nieco tym uspokajając, a sama wyglądała niemal, jakby spała. Zatopiona w myślach, z zamkniętymi oczami ułożyła się wygodnie i znieruchomiała, tylko delikatnym oddechem zdradzając oznaki życia. Trochę przypominało to medytację, jednak Wis nie potrafił pojąć, jak mogła być na tyle spokojna, by tak maksymalnie się wyciszyć.
    Zdrową dłonią z roztargnieniem badał metalową protezę, to przebiegając opuszkami po płytkach, to zaciskając na palcach, mimo to nie umiał wyzbyć się napięcia. Prócz wżerającego się w jego kolano ciepła równie mocno odczuwał regularne zerkanie Steve’a w lusterko, który chyba uparł się sprawdzać jego stan z częstotliwością raz na pół minuty – ewentualnie całą, gdy za szybą stało się coś absorbującego. Ta nadgorliwość wcale mu nie pomagała.
    Westchnął bezgłośnie, w końcu opuszczając ramiona. Bezwiednie powędrował spojrzeniem do sylwetki Sinatri, od której emanował tak nadzwyczajny spokój, że niemal zaczynał się w dziwny sposób obawiać. Jakby wyczuwając jego skonsternowany wzrok, uśmiechnęła się lekko, a dłoń dotąd spoczywającą na kolanie Wisa odwróciła wierzchem do dołu. Przez chwilę wpatrywał się w nią, szarpiąc sam ze sobą, co powinien zrobić, aż w końcu odetchnął i delikatnie splótł swoje place z jej, ostrożnie, jakby dostał do dłoni granat. To było dziwne. Nieznane i niepokojące. Tak jak cisza, która zaraz potem rozległa się w samochodzie. I właśnie wtedy, na milisekundy przed, wyczuł, że coś jest nie tak.
     Rozległ się przeszywający świst i kilka rzeczy wydarzyło się równocześnie. Ena poderwała się z siedziska, krzycząc do Steve’a, by skręcił, Steve szarpnął za kierownicę, a tuż przy boku samochodu wybuchł pocisk. Nim w ogóle się zorientował, jego ciało zareagowało samo. Chwycił Sinatri w pasie, zasłaniając własny ciałem, a ogłuszający huk wybuchu poniósł się po ulicy, odrzucając pojazd na metry po asfalcie. Zgrzyt metalu wypełnił powietrze wraz z kakofonią ludzkich krzyków, w górę strzeliły płomienie. Pojazd zahamował, wyważone drzwi wyleciały w powietrze. Wygramolili się na zewnątrz, posiniaczeni i odrapani odłamkami szkła, szybko wyciągając najważniejsze sprzęty, a w uszach piszczało im od wybuchu. Wis rozejrzał się, wciąż przy boku Sinatri.
    – Wszyscy cali? – dobiegł gdzieś z boku głos Steve’a. 
    – W jednym kawałku, chyba… - odpowiedział mu Sam, ale dawni zabójcy już nie słuchali.
    Z budynków i uliczek wypadli ubrani na czarno, całkowicie zakryci napastnicy z bronią w gotowości, było ich co najmniej dwudziestu. Kobra i Żołnierz zadziałali automatycznie. Metalowa pięść zacisnęła się na drzwiach, wyrywając z zawiasów i od razu posyłając w stronę trzech najbliższych, kolejni padli z nożami Eny w gardłach. Nim ktokolwiek zauważył, w dłoniach już trzymała lśniące srebrzyście sztylety. Rozległy się strzały, przeszywając krzyki ludzi i odbijając się od metalu tarczy, ostrz i ramienia, rykoszetem trafiając jednego z żołnierzy. Kap i Sam ochraniali ostatnich uciekających, korzystając z niewielkiej luki, jaką im zapewnili. Kobra i Żołnierz całkowicie przejęli pałeczkę w tej walce, idealnie zsynchronizowani działali, jakby cale życie nie robili nic innego. Co, niestety, niemal zgadzało się z prawdą.
    Szkarłatna posoka polała się po asfalcie, rozbryzgując z otwartych ran strumieniami, a napastnicy padali jeden po drugim, krztusząc się własną krwią. Chrzęst łamanych kości i zaśpiew przesuwających się płytek protezy wypełnił umysł Żołnierza, skupiony tylko na jednym – zabić i nie dać im tej szansy. Bez problemu skręcił kark rosłemu mężczyźnie, zaraz potem ciskając nim w kolejnego, który celował w plecy Sinatri. Nawet nie mrugnął. Kap, zatrzymawszy się na sekundę w całym tym zgiełku, przyjrzał im się uważnie i poczuł, jak groza ściska go za gardło. Nie byli sobą, nie mogli…
     Napastnicy szybko się wykruszyli, nie potrafiąc wytrzymać fali furii i zabójczej precyzji. Gdy zostało zaledwie paru, coś jednak zdołało zatrzymać passę dawnych partnerów. W powietrzu rozległ się dziwny, melodyjno-elektroniczny zaśpiew trochę jak z syntezatora i rozbłysło intensywnie błękitne światło, zmiatając ostatnich napastników. Wis i Ena w sekundy znaleźli się przy sobie, gotowi zasłonić się nawzajem lub dalej walczyć.
     – Zaczęliście zabawę beze mnie? Kapitanie, ranisz mnie – rozległ się głos, a przed nimi wylądował ciężko czerwono-złoty kombinezon bojowy. Przód hełmu uniósł się, odsłaniając dobrze znaną mediom twarz. Stark.
    Kap i Sam przycisnęli dwóch bandytów, którzy próbowali uciec, i odetchnęli głęboko.
    – Zapomniałem wysłać zaproszenie – odpowiedział ciężko Steve. Chciał coś dodać, ale wtedy właśnie Sokół szturchnął go w ramię i wskazał podbródkiem na nierozłączną parę.
    – Chyba mamy kolejne kłopoty.
    Ena drżała. Wyraźnie i mocno, choć nadal w idealnie utrzymanej, bojowej pozie, z uniesionymi nieco sztyletami, gotowymi w każdej chwili do błyskawicznego ataku. Jej sylwetka emanowała czymś dziwnym i bardzo niepokojącym, a lśniące płynnym złotem oczy wwiercały się w pozornie nieznany obiekt. James przy boku Sinatri prezentował się znacznie spokojniej, wręcz nieruchomo, mimo to nadal sprawiał odpowiednie wrażenie. Oboje wyglądali zupełnie różnie, o całkowicie skrajnych temperamentach, a jednak łączyło ich coś konkretnego – coś, co nie podobało się nikomu.
     – Xena i niesławny kumpel Kapa? – zagaił Tony, wskazując na nich i spoglądając na Steve’a. Ten posłał Starkowi ostrzegawcze spojrzenie.
     – Tony…
     – Faktycznie wyglądają imponująco.
     – Stark! – nacisnął Rogers i Tony już się nie odezwał, powstrzymując niewielki uśmiech. Steve odetchnął i ostrożnie zwrócił się w stronę napiętej dwójki. – Buck… wszystko gra?
     Bucky zacisnął pięści i minimalnie skinął, jednak nie spuszczał wzroku z czerwono-złotej machiny z ludzką twarzą i nadal stał przy zabójczyni, jakby czekając na jakiś znak. Steve utkwił w niej wzrok jak cała reszta, a widząc Sinatri w tak niestabilnym stanie, zaczynał coraz bardziej obawiać się, co aktualnie siedziało w jej głowie. Czytał akta. To mogło się źle skończyć. Bardzo źle.
    – Sinatri – zaczął ostrożnie, a zabójczyni drgnęła lekko, ale nie ruszyła się z miejsca. – Eno, już po wszystkim…
    Szarpnęła głową, jakby chcąc na niego spojrzeć, ale zrezygnowała. Oddychała ciężko, niemal spazmatycznie, a jej zaciśnięte na sztyletach dłonie pobielały jeszcze bardziej od mocy uchwytu. Zamrugała kilkakrotnie, biorąc parę głębszych oddechów. Wis, już znacznie bliżej zmysłów, przyglądał się zabójczyni z niezrozumiałym bólem. Wiedział, co przeżywała. A przynajmniej potrafił się domyślić. Strach był jedną z najpotężniejszych broni, zwłaszcza przeciwko nim. Strach przed ujęciem, kolejnymi torturami, wspomnienie wielokrotnych porażek, nikt nie mógł być na to gotowy. Rozumiał już znacznie więcej.
     Posłał Steve’owi krótkie spojrzenie, więc od razu zamilkł. James miał nadzieję, że Kapitan dostrzegł w jego lodowatych oczach wdzięczność za ten kredyt zaufania, a potem odwrócił się i postąpił krok w stronę Sinatri. Zesztywniała, napinając się niczym struna. Na sekundę wstrzymali oddech, gotowi, ale wtedy spojrzała w lodowatą głębię. Długą, ciągnącą się nieznośnie chwilę nie spuszczała wzroku, aż złoto zaczęło opuszczać brąz tęczówki, a jej oddech wyrównał się. Parę sekund później opuściła sztylety i wyprostowała się powoli, nie drżąc już w żaden sposób.
      Z wnętrza swojej zbroi Tony przyglądał im się uważnie – z niepokojem, ale też niekłamaną fascynacją. Widział z daleka, jak walczyli w idealnej harmonii, a teraz mógł zobaczyć, jak w całkowitej ciszy oddziałują na siebie w zupełnie inny, konkretny sposób, jakby jedno dla drugiego stanowiło spokojną przystań. Ponadto – Barnes go zaskoczył. Spodziewał się raczej odwrotnej sytuacji, a to jednak nieznana figura okazała się potencjalnie groźniejsza, bo bardziej nieopanowana.
    – Jarvis, znajdź wszystko, co zdołasz na jej temat – zarządził, tak by reszta nie usłyszała. Miał przeczucie, że znów mógł odkryć coś co najmniej ciekawego.