poniedziałek, 30 czerwca 2014

Pożegnanie (mini)


[Z nieco innej perspektywy, bo ona się czasem bardzo przydaje. Zapraszam.] 

 

„Pożegnanie”


    W niewielkim, jasnym pokoju panowała cisza, którą umilała jedynie spokojna muzyka najsławniejszych kompozytorów świata dobiegająca z radia. Delikatne promienie zachodzącego słońca prześwitywały przez kremowe zasłony, otulając ciepłym blaskiem wnętrze. W dużym, wygodnym łożu pod wzorzystą narzutą leżał lekko uśmiechnięty staruszek, którego mlecznobiałe włosy łapały blask wpadający przez otwarte okiennice. Spoglądał łagodnie na córkę. Siedziała przy jego boku, trzymając sękatą dłoń w długich, gładkich palcach. Pod pozornie niezmartwionym, wesołym obliczem próbowała ukryć łzy, lśniące w kącikach brązowych oczu.
    Starzec przechylił głowę, ściskając dłoń córki delikatnie.
    - To nie koniec świata – powiedział cicho, głosem przypominającym szum letniego wiatru w koronach drzew. Ciemne oczy patrzyły ciepło, gdy kobieta poruszyła się niespokojnie.
    - Nie, oczywiście, że nie – odparła szybko, wymuszając szerszy uśmiech. – To tylko chwilowe, jutro będzie lepiej. – Brzmiała, jakby próbowała przekonać bardziej siebie niż ojca, który zaś z pobłażaniem przyglądał się dorosłemu dziecku.
    - Wątpię, kochana – stwierdził łagodnie, szorstkimi palcami gładząc wnętrze kobiecej dłoni – ale się nie boję, już nie.
    Ból smutku ukuł go w piersi, kiedy dziewczyna pociągnęła nosem i szybko otarła samotną łzę, która zdołała wyrwać się spod kontroli. Westchnęła głęboko, jakby wewnętrznie toczyła ze sobą walkę. Podniosła dłoń ojca do ust, by ucałować knykcie, po czym schowała ją we własnych, opierając nań czoło. Zobaczywszy to, uczuł, że nie chce nadkładać cierpień osobie, która powinna radować się własnym szczęściem. Położył drugą dłoń na gładkich włosach kobiety, uczesanych w zgrabny kok.
    - Wracaj do męża, dziecko – polecił, uśmiechając się czule. Kolejne łzy spłynęły z wielkich, brązowych oczu, pozostawiając smugi na policzkach.
    - Ale…
    - Nie ma żadnego ale, powinnaś być z nimi. Twój staruszek sobie poradzi.
    Przez chwilę patrzyła niepewnie w ciepłe oczy ojca, po czym ostatni raz pociągnąwszy nosem, rozluźniła uchwyt i odłożyła jego dłoń z powrotem na pościel.
    - Przyjdę jutro – powiedziała cicho, niemal szeptem. Wzrokiem śledziła linie żył na starczych palcach, aż w końcu otarła kolejną łzę i, nic więcej nie mówiąc, wyszła z pokoju.
    Spoglądał na zamknięte drzwi jeszcze kilka minut, myślami wybiegając do wnuków, które zapewne wesoło się bawiąc, czekają na przybycie mamy. Z cichym westchnieniem odwrócił wzrok, lokując go na ciemniejącym krajobrazie za oknem. Czuł, że nadchodzi ten moment.
    Myśl opłynęła jego umysł spokojem kojącym niczym delikatny, chłodny powiew bryzy na rozgrzanej skórze. Gdy utrwalił za siatkówką ostatni promień zachodzącego słońca, lekkość uniosła wdzięczną duszę i ukołysała do ostatniego snu. Powieki w końcu opadły. Ciemność opanowała świat, otulając samotnie ulatującego ducha.

    Stanął po środku pustki. Zimnej i rozległej, która zdawała się nie mieć ani końca, ani początku. Nie wiedział, czy stoi na ziemi, na szkle, czy może wisi w powietrzu, pod stopami mając jedynie iluzję twardego podłoża. Powietrze wydawało się rześkie i suche. Z żadnej strony nie dochodziło nawet echo jakiegokolwiek odgłosu, z nikąd nie przybywało światło. Opanował go nieprzyjemny chłód - mroził aż do szpiku kości, a jednak nie był dotkliwy. Zupełnie jakby przestał mieć świadomość własnego ciała, choć mógł nim kierować. 
    Odwrócił się powoli. A przynajmniej sądził, że wykonał jakiś ruch. W przeraźliwej ciemności nie mógł być pewien. Miał wrażenie, jakby utknął w płynnej melasie, mimo że równocześnie czuł się całkowicie nieskrępowany i wolny. Ciemna pustka okazywała się pełna paradoksów. Uświadomił sobie, że w pojedynkę nie uda mu się jej opuścić. Nigdzie nie dotrze, krążąc bez celu, w miejscu, gdzie nawet świadomość zaczynała powoli zanikać.
    Wtem coś zaburzyło spokój, jaki otaczał jego duszę. Niewyraźna plama na horyzoncie. Ciemniejsza niż jednolicie czarne tło, choć wydawało się to niemożliwe. Zbliżała się powoli, nieśpiesznie, nabierając coraz to dziwniejszych, ale znajomych kształtów. Po chwili, która wydawała się ciągnąć godzinami, w końcu go ujrzał.
    Znacznie wyższy od każdego żyjącego człowieka, otulony był czarnymi szatami lekko falującymi od niewyczuwalnego tchnienia wiatru. Nad jego ramionami wznosiły się ogromne, pierzaste skrzydła, po których sunęły z wolna całe galaktyki, skrząc się i mieniąc. Twarz skrywał pod kapturem, tak że tylko ostre spojrzenie wyzierało z ciemności. Oczy jasne jak dwa diamenty wwierciły się w niego, jakby mogąc przejrzeć wszystkie sekrety duszy. Przystanął. Nieznajomy czekał, nie odezwawszy się słowem.
    Gdyby duch starca ciągle miał świadomość ciała, pewnie w tym momencie poczułby nieprzyjemny dreszcz na kręgosłupie.
    - Kim… - wyszeptał drżącym głosem, przytłoczony przeszywającą głębią dwóch gwiazd. – Kim jesteś?
    Postać nie odpowiedziała, wciąż przyglądając mu się bacznie. Cisza przedłużała się. Wdzierała się nieprzyjemnie do umysłu, drążąc bolesną ścieżkę, a te oczy ciągle oceniały. Nawet nie mrugnęły. Nie odbiła się w ich głębi żadna emocja, ani jedna iskra nie ociepliła zimnego blasku. Ich właściciel zdawał się całkowicie pozbawiony uczuć.
    - Boisz się? – odparł w końcu bezcielesny głos. Był niski, ale nadzwyczaj melodyjny i spokojny. Brzmiał chłodno, aczkolwiek łagodnie, jakby przemawiał do kogoś, kto ciągle nie wie, że wszystko jest w porządku i niepotrzebnie panikuje.
    - Nie – odrzekł nieznanej postaci, od razu czując się pewniej. – Nie boję się. Jestem gotowy – dodał, bez strachu lub zawahania odwzajemniając spojrzenie dwóch gwiazd.
    Ogromne skrzydła zakołysały się, czemu towarzyszył delikatny szelest piór. Galaktyki zafalowały, nabierając nowego, cieplejszego blasku, a za plecami czarnego rozmówcy pojawiło się nikłe światło. Odległe, ale niezwykle jasne. Wydawało się tak piękne, białe i… czyste.
    Spomiędzy fałd cienistego materiału wysunęła się dłoń o długich palcach. Wydawała się utkana z kryształu, półprzezroczysta, ale trzymająca w sobie blask gwiazd. Wyciągnięta ku niemu, zapraszała. Ujął ją, odkrywając, że jest równie twarda i chłodna jak prawdziwe diamenty, a jednak przyjemnie gładka w dotyku.
    Dał się poprowadzić w stronę światła, które rosło z każdym ich krokiem. Czarna postać obok sunęła milcząco, nie wydając żadnego dźwięku. On szedł z sercem napełniającym się radością. Niecierpliwie wyczekiwał spotkania z czystą energią bijącą z ów blasku. Gdy w końcu białe światło niemal opanowało cały jego świat, w końcu zdał sobie sprawę, kim był milczący towarzysz.
     Szedł ramię w ramię ze Śmiercią i dotarł do kresu podróży. Nie bał się jednak. Był gotowy.
     Wkroczył w blask, by serce napełnić miłością, jakiej nie można sobie wyobrazić.

piątek, 27 czerwca 2014

Zapomniana Legenda (opowiadanie)

[Przyznam, że tekst ten jest mi bardzo bliski. Został wysłany na konkurs, jednak nic nie osiągnął. Pomimo to jestem z niego zadowolona, dużo się nauczyłam podczas pisania. Dość długi, więc jeśli ktoś zechce przeczytać, będzie mi bardzo miło. Wszelkie prawa zastrzeżone, postaci, świat przedstawiony, fabuła, etc. - wszystko jest mojego autorstwa.]

„Zapomniana Legenda”


        Ciepły blask ognia, płonącego wewnątrz kominka, otulił swymi ramionami piękne, rzeźbione meble sypialni, zagłębiając się w krzywiznach wyrytych nań obrazów, pnących się roślin i wspinających po nogach łóżek zwierząt. Długie cienie falowały spokojnie, to wydłużając się, to skracając, zależne od kaprysu płomieni wesoło igrających z delikatnymi podmuchami letniego wiatru, wpływającego do pomieszczenia przez rozchylone okiennice. Wokół unosił się zapach palonego drewna, słonej bryzy morskiej i rosnących w ogrodzie cytrusów, a szum morza zdawał się powoli kołysać do snu. Ostatnie promyki czerwonego słońca dawno już zniknęły za horyzontem, pozostawiając za sobą pomarańczową łunę na niebie, powoli pochłanianą przez barwy nocy. Okolica ucichła, kupcy poskładali swe stragany, rzemieślnicy zamknęli warsztaty i wrócili do rodzin, a dwie małe sieroty siedziały na miękkim dywanie w oświetlonej blaskiem płomieni komnacie. Czekały, aż przybędzie ich nauczyciel, by jak co wieczór opowiedzieć im kolejną z wielu legend Dawnych Krain.
Jedna z dziewczynek rozejrzała się uważnie po pomieszczeniu, jej czujne oczy zdawały się poszukiwać czegoś w ciemnych zakamarkach.
– Nineth, wiem, że tu jesteś – powiedziała w przestrzeń. Siedząca obok, młodsza siostra bliźniaczka pozostała na to niewzruszona, głaszcząc dłonią łebek malutkiej sowy śnieżnej, która przycupnęła na jej nodze i mrużyła ślepia z zadowoleniem. – Chodź tu, Noriakis zaraz przyjdzie – dodała stanowczo i w końcu dostrzegła ruch po swej lewej stronie, w cieniu za ogromnym fotelem, gdzie uwielbiał przesiadywać nauczyciel.
Młoda, czarna pantera wyszła zza mebla i w kilku susach doskoczyła do swej opiekunki, która ze śmiechem złapała ją w swoje ramiona. Cichy warkot bawiącej się kotki prawie zagłuszył delikatne skrzypnięcie otwieranych drzwi komnaty.
– A co to ja widzę? – ciepły, choć niepozbawiony nagany głos rozległ się w pomieszczeniu i obie dziewczynki skierowały spojrzenia na pomarszczone oblicze Noriakisa. Stary mędrzec westchnął cicho, siłą hamując uśmiech. – Liran, ile razy powtarzałem ci, żebyś nie uczyła towarzyszki agresji?
– Ale my się tylko bawimy! – odrzekła od razu z oburzeniem, jednak pantera, zrozumiawszy przytyk, przycupnęła przy boku swej pani i położyła pysk na łapach, zadowalając się czujnym obserwowaniem.
Noriakis machnął ręką lekceważąco, pozwalając sobie na niewielki uśmiech, kiedy zasiadł w miękkim fotelu o fantazyjnie zdobionym oparciu.
– Niech ci już będzie, ale pamiętaj, że tylko ty sobie możesz na to z nią pozwalać.
– Wiem, wiem.
Skinął z rozbawieniem na niecierpliwe słowa dziewczyny i jak zwykle czekał, aż padną magiczne słowa:
– O czym nam dzisiaj opowiesz? – zapytała druga siostra z ciekawością w głosie typową dla dzieci, które zafascynowane były legendami, mimo że w białych oczach o przymglonych źrenicach i otoczonych fiołkową obwódką odbijał się tylko blask płomieni.
– Trafne pytanie, Maewi – pochwalił Noriakis podopieczną, która zarumieniła się lekko, ledwie widocznie w jasnym blasku ogniska, a nieśmiały uśmiech rozświetlił jej okrągłą twarzyczkę. Starzec odnotował to sobie w myślach, ale widząc już otwierające się usta Liran, pierwszy rozpoczął opowieść: – Dzisiaj chcę wam przybliżyć legendę, którą niegdyś znali wszyscy mieszkańcy Północnych Krain. Przekazywana była z pokolenia na pokolenie, póki nie wybuchła Wielka Wojna i nie poczęła ona niknąć w umysłach ludzkich. Los jednak chciał, że pewien bard ułożył kiedyś pieśń o królu Rengarcie i oddanym mu, walecznym Nahaeth… – zamilkł, by spotęgować zafascynowanie słuchaczek, z zadowoleniem obserwując wbite w niego spojrzenia. Nawet towarzysze bliźniaczek zwrócili nań swe ślepia; zwłaszcza Nineth zdawała się zaintrygowana, nastawiwszy czujnie uszy na sztorc, żeby móc złowić każde słowo.
– Nahaeth – szepnęła Liran, wymieniając spojrzenie z leżącą u boku panterą, zanim zwróciła się do nauczyciela. – Czy to znaczy, że on był…?
– Tak – potwierdził poważnie Noriakis, choć uśmiechał się nieco pobłażliwie. – Powszechnie uważany był za demona, ale bard, spisując jego historię, nadał mu tytuł „błogosławionego przekleństwem”.
– To nie ma sensu – stwierdziła Maewi, marszcząc zabawnie cienkie brwi.
– Tylko pozornie, moja droga, jego błogosławieństwo było zarazem darem i ciężkim brzemieniem – wyjaśnił, zerkając na drugą z bliźniaczek. Jej grobowa mina i ostre spojrzenie jasno wskazywały, że w głębi duszy wiedziała, dlaczego nauczyciel użył takich a nie innych słów.
– Więc król musiał się go bać – powiedziała z założonymi na piersi rękoma. Chciała zmienić temat i tym razem Noriakis na to pozwolił.
Skinął poważnie głową, wygodniej sadowiąc się w fotelu, i dziewczynki, zapomniawszy o wszystkim innym, od razu pochyliły się do przodu, bowiem dobrze wiedziały, że mistrz zaraz zacznie swą opowieść.
– Owszem, początkowo się bał, jednak strach był zbyt słabym uczuciem w porównaniu z jego wielką dobrocią, by zaważył na decyzji. Musicie wiedzieć, moje drogie, że król Rengart był bardzo młodym władcą; wstąpił na tron mając zaledwie dwadzieścia dwa lata! (Nawet w dzisiejszych czasach to rzadkość, a co dopiero wtedy!) Na szczęście miał przy swoim boku zaufanego przyjaciela ojca, i później jego samego, dowódcę królewskiego wojska, bardzo mądrego sir Carricka, który zawsze przedkładał dobro władcy nad swe własne. Niestety byli w królestwie również lordowie przeciwni młodemu Rengartowi, a wśród nich największy z żyjących w tamtych czasach okrutników: lord Sinnaari…
– Zdradził go! – wyrwała się z dziecięcym zapałem Liran, spoglądając na nauczyciela szeroko otwartymi, pałającymi wewnętrznym ogniem oczami.
– Kto kogo? – Noriakis uniósł brwi, średnio zadowolony z przerwania opowieści.
– Lord Sinnari króla Rengarta – odpowiedziała, wcale nie speszona uważnym spojrzeniem jasnych oczu.
– Owszem – potwierdził, darując podopiecznej nagany i podejmując rozpoczęty wątek – stało się to w kilka lat po objęciu przez Rengarta tronu. Lord zdołał zebrać sporą liczbę popleczników, których czarną, złą sztuką pozamieniał w bezwzględnie posłuszne bestie o szerokich pyskach, ostrych kłach i szponiastych dłoniach – opisał, roztaczając wokół sióstr złowieszczą wizję o przerażających potworach i okrutnym lordzie. – Doprawdy, okropne rzeczy musiał zrobić i ogromną moc posiadać, by osiągnąć coś takiego. Zapamiętajcie lepiej ku swej przestrodze: magia to potężna siła, a każdy nią obdarzony winien wiedzieć, że użyta do złych zamiarów, przynosi jeszcze gorsze konsekwencje.
– Czy lord o tym wiedział? – spytała cicho Maewi, trzymając w dłoniach białą sówkę, jakby była ukochaną maskotką, ochroną przed złym urokiem postaci z legendy.
– Wiedział – odparł poważnie Noriakis – ale sądził, że jest sprytniejszy i prawa od zawsze rządzące światem go nie będą dotyczyć.
– Sinaari był błogosławiony, prawda? – padło kolejne pytanie, tym razem od trony Liran, co wcale nie zdziwiło mędrca.
– Tak, moja droga, jednak wykorzystał swe błogosławieństwo do niecnych celów. – Dziewczyna spuściła wzrok na dłonie i pozostała tak, póki nauczyciel nie zaczął znów mówić: – Pozwólcie, że wrócimy się do miejsca, w którym rozpoczyna się moja dzisiejsza opowieść; kiedy lord jeszcze nie miał wystarczających wojsk, by bezpośrednio zaatakować fortecę króla. Wysyłał tedy niewielkie oddziały, aby nękały wioski i małe miasteczka, sam ukrywając się w górach na południu kraju, gdzie Rengart nie mógł go dosięgnąć. Bard spisujący legendę nie wspominał, jak to się stało, ale Sinaari usłyszał o mieszkającym w jednym z miasteczek rzemieślniczych młodym Nahaeth. (A musicie wiedzieć, iż bardzo się demona obawiał, albowiem tylko inny błogosławiony miał moc, dzięki której mógłby go zgładzić.) Lord wolał nie ryzykować i wysłał swe bestie, żeby usunęły zagrożenie. – Noriakis westchnął cicho. – Niestety przy okazji paląc i niszcząc wioskę, domy wielu rodzin, które potem nie miały gdzie się podziać.
Przerwał, zamyślonym wzrokiem spoglądając w płonący ogień, pogrążając się głęboko w myślach, a kto wie, może nawet wspomnieniach. Dziewczynki, choć pałające szczerą i gorliwą ciekawością, nie odważyły się przerwać zadumy nauczyciela. Czekały cierpliwie, aż podejmie swą opowieść.
– Los chciał (choć może była to wola samego przeznaczenia) że tegoż dnia, po wielkiej i krwawej walce, jaka miała tam miejsce, do miasteczka przybył Rengart wraz ze swym najwierniejszym oddziałem dowodzonym przez sir Carricka. Doszły bowiem do nich wieści, jakoby w tej okolicy panoszyły się bestie, paląc, niszcząc i mordując niewinnych poddanych. Król, wtedy już bardziej doświadczony, niespełna trzydziestoletni mężczyzna, uwielbiany przez mieszkańców królestwa, chciał na własne oczy zobaczyć, kto nęka jego lud. Wierzcie mi na słowo, widok, jaki zastał na progu wioski, wrył mu się w pamięć bardzo głęboko.
Wyda wam się to niemożliwie, zresztą tak jak początkowo samemu władcy, ale w miasteczku nie zastał ani śladu mieszkańców, czy to prostych rzemieślników, czy ich rodzin. Nikt nie został, by bronić swych domów, wszyscy uciekli do pobliskich lasów; wszyscy prócz jednej pary, która nie zdążyła. Kiedy król przybył, ulice pełne były martwych bestii, wszędzie, gdzie tylko spojrzał, widział ogromne ciała w zbrojach z czarnej stali.
„Skoro nikt nie został, by się bronić” – myślał król – „w takim razie kto przyczynił się do ich zguby?”
Długo mógłby się zastanawiać, a nie doszedłby do żadnych prawidłowych wniosków. Wy już zapewne wiecie, kim mógł być tajemniczy obrońca – stwierdził z lekkim uśmiechem mędrzec, spoglądając na zafascynowane i strwożone twarze swych słuchaczek. Obie skinęły poważnie głowami, jednak nie wydobyły z siebie słów, jakby bojąc się zburzenia magicznej harmonii legendy.
Zadowolony z takiego efektu poprawił się w obszernym fotelu i podjął opowieść:
– Nie będzie więc dla was zdziwieniem, że kiedy król wysłał część oddziału z zadaniem przeszukania uliczek miasta, wierny Carrick wrócił doń z informacją, jakoby odnaleźli obrońcę:
„Wasza wysokość” – zwrócił się do władcy z należnym szacunkiem, głosem nieco zadyszanym od szybkiej jazdy, bowiem chciał wiadomość przekazać jak najpilniej – „chyba znaleźliśmy sprawcę… Panie, chłopak wygląda na obłąkanego.”
„Chłopak?” – zdziwił się szczerze młody władca. „Prowadź, kapitanie” – zarządził więc i, zdradzę wam, w najśmielszych nawet snach nie spodziewał się tego, co zobaczył kilka chwil później.
Na placu rynkowym, gdzie odbyła się najbardziej zaciekła obrona miasteczka, sam jeden wojownik próbował odeprzeć ataki czterech rycerzy. Biedny, nie miał pojęcia, że wykonywali oni tylko rozkazy swego dowódcy i chcieli go pojmać bez zbędnej przemocy. – Mędrzec pokręcił smutnie głową, gładząc przystrzyżoną, siwą brodę, zanim powrócił do opowiadania. – Kapitan wraz z Rengartem zatrzymali się w bezpiecznej od nich odległości, jednak władca zdawał się bardzo zafascynowany nieznajomym młodzieńcem. Nie uszło jego uwadze, jak pewnie trzymał w dłoniach piękne miecze o delikatnie zakrzywionych klingach, jak zwinnie się poruszał, niemal bez zastanowienia parując każdy cios; było w nim coś niesamowitego i niepokojącego równocześnie, jakaś nieznana dzikość, ale także niezwykła wola walki, wola życia.
Wszystko to sprawiło, iż przybyłym wydawało się nagle, że oglądają raczej piękny taniec aniżeli próbę ujęcia kogoś nad wyraz niebezpiecznego. Gdy podobna myśl uformowała się w głowie władcy, dał znak kapitanowi, by zaniechali walki. Carrick, choć początkowo się zawahał, okazał ogromną wierność królowi i nakazał walczącym wycofanie się.
„Wasza wysokość” – odezwał się zaalarmowany kapitan, kiedy Rengart zeskoczył z grzbietu swego karego wierzchowca i całkiem nie przejmując się zaniepokojonymi podwładnymi, postąpił w kierunku tajemniczego młodzieńca. Kapitan próbował jakoś przemówić swemu władcy do rozumu, jednak ten tylko uciszył dalsze ostrzeżenia.
„Nic mi nie zrobi” – stwierdził z pewnością, której nie zrozumiał żaden z jego żołnierzy, ba, on sam nie do końca rozumiał, dlaczego w ogóle to robi! – Noriakis pogładził wąsa z niewielkim uśmieszkiem. – Trzeba przyznać, że choć wojownik był chłopcem zaledwie kilkunastoletnim, odzianym skromnie, to w dłoniach trzymał broń, o jakiej śnili najwaleczniejsi ludzie wszystkich krain. Skąd miał taką broń? Hmm, tego się pewnie nigdy nie dowiemy. Cóż, gdyby nie te piękne klingi, żaden z rycerzy króla, a zapewne także żadne z nas nie domyśliłoby się, kim chłopiec był naprawdę. – Odchrząknął, zorientowawszy się, iż począł zbaczać z tematu. – A zatem, kiedy władca zbliżył się do chłopca, przemówił doń głosem spokojnym i łagodnym, jakby mówił do rannego zwierzęcia.
„Nie musisz się już bać, synu” – rzekł. Chłopak drgnął i w tej samej chwili zwrócił mrożące krew w żyłach spojrzenie na mężczyznę w połyskującej zbroi z emblematem smoka wymalowanym na błękitnej tunice. Ponieważ to smok zdobił herb rodowy króla i Rengart zawsze nosił coś z jego wizerunkiem przy sobie, nie dziwota, że znak ten wydał się młodemu wojownikowi znajomy…
– Nahaeth nie rozpoznał króla? – Liran przerwała nauczycielowi z niekłamanym zdumieniem. Nineth przy jej boku ziewnęła, ukazując białe kiełki i przeturlała się na drugi bok, łapą trącając nogi swej opiekunki, zbyt pochłoniętej opowieścią, by obdarzyć towarzyszkę należnymi pieszczotami.
Noriakis tylko się uśmiechnął, gdyż opowiadanie legendy wprawiło go w tak dobry nastrój, że nawet niegrzeczne wtrącenie się przez jedną z podopiecznych nie wzbudziło w nim irytacji.
– Musisz zdawać sobie sprawę, Lirani, że w tamtym momencie umysł młodego Nahaeth został całkowicie pochłonięty przez bitewny szał. Nie mogłaś tego wiedzieć, ale tym właśnie był jego dar: błogosławieństwo i przekleństwo zarazem. Kiedy wpadał w ten stan, nikt i nic nie mogło go powstrzymać; stawał się niemal niepokonany.
– Czy to nie było groźne dla innych? – zapytała druga z sióstr, głosem bardziej smutnym aniżeli zafascynowanym, zupełnie jakby martwił ją los demona z legendy.
– Było – przyznał mędrzec, wzdychając cicho – dlatego nigdy później sobie na to nie pozwalał, prócz pewnego, wyjątkowego dnia, kiedy zmusiły go okoliczności i własne zasady. Nie myślcie jednak, że w takim wypadku był nieśmiertelny, o nie, zbyt dobrze wiedział, że poza tym jednym darem jest niemal całkiem zwykłym człowiekiem.
– Ale mógł go zabić tylko inny błogosławiony – zgadła Liran i Noriakis przypomniał sobie, że rozmawia właśnie z dwoma bardzo inteligentnymi dziewczynami, a nie tylko sierotami. Spojrzał bystro na podopieczną, która, nie przestając wpatrywać się w nauczyciela, głaskała panterę po miękkim futrze.
– Owszem, inny błogosławiony byłby w stanie stawić mu czoła na równych warunkach. – Skinął jeszcze kilkakrotnie głową z zamyśleniem, po czym podjął: – Na czym to ja… A tak, nasz król Rengart, widząc chłopca w tym niezwykłym stanie, starał się za wszelką cenę go uspokoić, bowiem wiedział już, do czego był zdolny.
„Odłóż broń, proszę” – poprosił łagodnie, a gdy zobaczył oczy chłopca, wiedział już na pewno, z kim ma do czynienia. (Musicie wiedzieć, że stare porzekadło mówiące, iż w oczach ukryta jest cała moc duszy, to wcale nie zwyczajne ludowe powiedzonko.)
       Były one złote, barwy najwspanialszej biżuterii, bez białek czy źrenic, i wpatrywały się w Rengarta z tak przeszywającą wnikliwością, że niemal miał wrażenie, jakby ktoś przejrzał wszystkie jego zamiary. Widniała w nich tak wielka wola walki i niczym nieujarzmiona dzikość, jaka z pewnością w każdym wzbudziłaby przestrach. Wierzcie mi, wejrzenie osoby obdarzonej błogosławieństwem jest wejrzeniem, którego nie zapomina się do końca życia.
„Młody Nahaeth” – pomyślał król z trwogą, ale i podnieceniem – „a więc legendy mówiły prawdę…”
Trudno się dziwić temu podekscytowaniu; zawsze fascynowały go stare podania i legendy, sam także pochodził z rodu obdarzonego błogosławieństwem, przezwanego błękitnokrwistymi, gdyż byli niezwykle bladzi, o oczach koloru nieba i błękitnych żyłach widocznych pod delikatniejszą skórą.
– Więc pochodzili od jednego z Pięciu Wielkich Rodów? – znów wtrąciła się Liran, uprzedzając swym pytaniem siostrę, która siedziała z do połowy otwartymi ustami.
– Nie. Legenda nie podaje dlaczego, jednak wiadomo mi, że Piątka szczególnie umiłowała sobie ten ród, szczycący się symbolem smoka, i błogosławiła mu. – Noriakis zmarszczył krzaczaste brwi, bo nagle kwestia ta poczęła dręczyć jego myśli. Cóż, mędrcom sławnym w wielu krainach rzeczy niewiadome zawsze przysparzały wielu godzin rozmyślania.
– Może to ma związek z tym smokiem? – podsunęła nawinie Maewi.
– Może, może – odparł trochę lekceważąco nauczyciel, jakby zupełnie nie dosłyszał cienkiego głosiku dziewczyny. Podrapał się po zarośniętym policzku, postukał palcami w podłokietnik i w końcu westchnął z rezygnacją. – W każdym razie nie to jest tematem mojej dzisiejszej opowieści, wróćmy zatem do naszego króla i wciąż ogarniętego szałem bitewnym Nahaeth. – Nauczyciel wziął spokojny oddech i zniżył nieco głos, nadając mu ton często używany przez wędrownych bajarzy, po czym kontynuował:
„Jestem Rengart” – przedstawił się władca – „Pan na zamku Klaren-sprit. Ja i moi ludzie przyszliśmy ci pomóc” – ciągnął, dalej niezwykle opanowany – „nie zrobimy ci krzywdy. Możesz mi zaufać…”
Wierzcie albo nie, ale to właśnie wtedy, gdy tylko ostatnie słowa opuściły wargi króla, złoto w oczach młodzieńca zaczęło topnieć, bo nagle zrozumiał, kto właśnie doń przemawiał.
„Król” – wyjąkał strwożony chłopiec – „Król Rengart.”
I w końcu zdawszy sobie z tego sprawę, Nahaeth opuścił ramiona wzdłuż boków, a ostrza błękitnych kling upadły z delikatnym brzękiem na twardą ziemię u jego stóp. Długą chwilę wpatrywał się z niedowierzaniem w postać stojącą naprzeciw niego, całkowicie przy tym zapominając, jak należało zachować się w obliczu władcy. Rengart podszedł tedy do chłopca i położył mu dłonie na ramionach, nie zważając wcale na zaniepokojone spojrzenia swych obrońców. „Gdzie twoja rodzina?” – zapytał łagodnie. W głębi duszy jednak przeczuwał, jaka będzie odpowiedź.
Młodzieniec potrząsnął jedynie głową, łzy zebrały się w kącikach jego ciepłych, brązowych oczu, ale żaden dźwięk nie wyszedł z rozwartych w niemej rozpaczy ust. Nie powiedziałem wam tego wcześniej, ale mogę powiedzieć teraz – powodem, przez który młody Nahaeth wpadł w szał, było morderstwo. Na własne oczy widział, jak bestie zabijają jego rodziców, a to obudziło ukryty w nim głęboko dar.
– To była ta para, która nie zdążyła uciec? – dopytywała się Maewi.
Noriakis skinął smutnie głową, ale w porę przypomniał sobie, że dziewczyna nie może tego dostrzec.
– Tak, moja droga, nie zdołali się uratować. – Ponownie zamilkł na krótką chwilę, tym razem jednak by dziewczynki mogły oswoić się z nową wiadomością, która bliska była ich sercu. Choć niewiele pamiętały z tego dnia, to jedno wiedziały na pewno; przed kilkoma laty ich rodzice zginęli podobnie. Mędrzec chrząknął cicho, skupiając na sobie uwagę bliźniaczek. – Rengart także bardzo szybko zorientował się, co chłopiec musiał przeżyć i odczuł doń niewysłowiony żal, bo chociaż wiedział, jak bardzo niebezpieczną był on istotą, wciąż wyglądał i żył jak zwykły mieszkaniec wioski.
„Jak ci na imię?” – zapytał.
W odpowiedzi chłopiec wykrztusił tylko: „Abbadon, wasza wysokość” – tak cicho, iż Rengart ledwie dosłyszał imię. Usłyszał za to kroki zbliżającego się do nich wojownika, a obejrzawszy się przez ramię, ujrzał idącego w ich stronę, zaniepokojonego sir Carricka.
„Panie” – zaczął, zerkając ukradkiem na drżącego młodzieńca – „co zamierzasz?”
Młody władca długo rozważał w głowie wszystkie za i przeciw, jednak to bezradność widoczna w oczach i całej postawie chłopca, a nie racjonalna argumentacja, czego można by się spodziewać, zaważyła na jego decyzji.
„Abbadonie, czy chciałbyś zamieszkać w mym zamku i szkolić się na rycerza?” – zapytał go.
„Tak, wasza wysokość” – odpowiedział chłopiec, przy czym starał się zabrzmieć spokojnie i godnie – „będę zaszczycony.”
Król uśmiechnął się, z niejakim rozbawieniem obserwując poważną minę i roziskrzone oczy, w których mimo radości widniało także coś znacznie bardziej niepokojącego, mroczniejszego i tajemniczego – znak tego, kim chłopak był naprawdę, co drzemało ukryte głęboko w duszy. Rengart wiedział, czym było, ale już się nie obawiał. Całkowicie świadomie młody władca wziął pod swe skrzydła i postanowił wychować jak syna postać wprost wyjętą ze starożytnych legend, które opowiadano mu za czasów dzieciństwa. Młodego Nahaeth, co znaczy: nieustępliwego demona. – Tutaj mędrzec zamilkł i oparł się wygodnie na miękkim obiciu fotela, z zadowoleniem obserwując mieszankę różnych emocji na twarzach dziewczynek. Długo milczeli, wsłuchując się w trzaskającą muzykę płomieni i dochodzący zza okna szum morza, zanim Liran zdołała zapytać:
– I co było dalej?
Noriakis uśmiechnął się pod wąsem i przetrzymał ciekawość bliźniaczek w ryzach jeszcze krótką chwilę, aż powziął znów:
– Dziesięć lat później już nie tak młody (bo w kwiecie wieku) Nahaeth został wyszkolonym wojownikiem i jednym z najbardziej zaufanych ludzi króla. Choć sir Carrick nigdy w pełni nie zaakceptował obecności demona i odnosił się doń chłodno, jego najstarszy syn, prawie równolatek Abbadona, zdobył przyjaźń Nahaeth. Stali się oni nierozłącznymi towarzyszami wielu wypraw, bliscy sobie jak rodzeństwo; niemal jak wy dwie, moje drogie. – Bliźniaczki spojrzały po sobie, lekkie uśmiechy rozświetliły ich twarze o różnych, acz podobnych rysach, po czym na powrót skupiły się na słowach mędrca: – Pamiętacie jeszcze, jak mówiłem wam o Sinnaarim? – Obie skinęły poważnie głowami. – No, to dobrze, głowy macie młode, to musiałyście pamiętać – odchrząknął – w każdym razie, po tych dziesięciu latach, kiedy królestwo żyło we względnym spokoju, czasami tylko musząc poradzić sobie z niewielkimi atakami na niektóre z wiosek, Sinnaari w końcu się ujawnił i na czele ogromnej armii zmierzał na zamek króla.
Właśnie w dniu, gdy Carrick został wezwany na tajną naradzę do komnat władcy, Abbadon spędzał popołudnie w towarzystwie swego przyjaciela i świeżo upieczonego rycerza. Aidan, syn naszego wspaniałego kapitana, irytował się bardzo, ponieważ ojciec nie powiedział mu o celu narady i kazał zostać z przyjacielem, choć zawsze był temu przeciwny. Muszę wam także powiedzieć, że mimo iż wiadomość o nadciągających wojskach zdrajcy rozeszła się już wśród wojowników stolicy, ciągle nie wiedzieli, kiedy dokładnie wróg zjawi się u bram miasta.
„Wyglądasz prawie jak twój ojciec, gdy zauważy, że któryś z adeptów nie przykłada się do ćwiczeń” – odezwał się Abbadon, a wspomnienie wściekłego sir Carricka sprawiło, iż rycerz parsknął cichym śmiechem.
Musiało to być naprawdę zabawnym widokiem, bo od razu lekka wesołość opanowała zmęczone stresem umysły dwójki braci – choć nimi nie byli, wielu tak ich nazywało. Później razem obserwowali wysiłki młodych kandydatów do tytułu rycerskiego, którzy z zapałem okładali ćwiczebne kukły ustawione na placu. Co jakiś czas komentowali któryś źle wykonany ruch i dawali cenne wskazówki, póki nie przerwał im posłaniec króla. Przybył z wiadomością dla Abbadona, co wzbudziło w synu dowódcy niewielką zazdrość, mimo iż wiedział, jak wielkim zaufaniem z dawien dawna Rengart darzył swego przyszywanego syna.
– Król nie miał dzieci? – wtrąciła się ze zdziwieniem Liran, zaprzestając na krótką chwilę głaskania Nineth, która cichym miauknięciem upomniała się o należne pieszczoty.
– Miał jedno – odpowiedział tajemniczo Noriakis i zanim dziewczynka mogła zadać kolejne pytanie, kontynuował: – Posłaniec przekazał Abbadonowi wiadomość, by jak najpilniej udał się do jego komnat, albowiem musi z nim porozmawiać. Nahaeth oczywiście zapewnił, że od razu uda się do władcy; takiego polecenia nie sposób zignorować. Szybko pożegnał się z bratem i ruszył w stronę osobistych komnat króla Rengarta. Po drodze mijał wspaniałe obrazy dawnych władców, w pięknie zdobionych ramach z najlepszego drewna dostępnego tylko w okolicach zamków. Królewscy rzemieślnicy sprowadzali je z puszczy, która niegdyś rosła prawie na samym brzegu stolicy, jednak część jej została wycięta, by ewentualni napastnicy nie mogli schować się w cieniu drzew i…
– Ale po co król go wezwał?! – po raz kolejny Liran przerwała nauczycielowi, prawie nie mogąc wytrwać na miejscu z niecierpliwości. Maewi za to wciąż siedziała spokojnie, trzymając w dłoniach sówkę i spoglądając na Noriakisa niewidzącym wzrokiem.
– Cierpliwości, Lirani, nie wszystko możesz dostać od razu podane na tacy i gotowe do zabrania – odpowiedział mędrzec spokojnie, obdarzywszy podopieczną pobłażliwym spojrzeniem. Postanowił jednak oszczędzić dziewczynkom szczegółowych opisów i pominął opowiadanie o wspaniałym wystroju zamku. – Król wezwał Nahaeth, ponieważ postanowił powierzyć mu misję, która w przyszłości mogła zaważyć na losach całego królestwa, a także (co równie istotne) miała dla władcy bardzo osobisty wymiar. Długie spędził godziny z Carrickiem w swej komnacie, studiując mapy i przygotowując możliwie najlepszą strategię obrony stolicy, ale ich plany wciąż posiadały jeden, słaby punkt. Mianowicie – Noriakis uśmiechnął się skrycie pod wąsem – córkę samego Rengarta.
– Księżniczkę? – zdziwiła się szczerze Maewi. – Ale dlaczego?
– Bo była dziewczyną – burknęła z niezadowoloną miną druga siostra. Zmarszczyła nos, nachmurzyła gładkie czoło i zacisnęła gniewnie usta, jakby wypowiedziała właśnie słowa ciążącej na nich klątwy. Cóż, poniekąd tak właśnie uważała; wolałaby raczej urodzić się chłopcem niż księżniczką. Znając jej temperament i waleczną duszę, mędrzec nie dziwił się temu wcale.
– Bardzo chciałbym zaprzeczyć twym słowom, Lirani, ale nie mogę zmieniać historii; masz słuszność, przez to, iż urodziła się kobietą (w dodatku niezwykle piękną), była zagrożona podwójnie, jednak nie w sposób, jaki mogłabyś przypuszczać. Na jedynym dziecku zawsze ciąży największy ciężar i odpowiedzialność, zwłaszcza, gdy rodzic chce za wszelką cenę je ochronić.
– Co stało się z królową? – zapytała cicho Liran.
– Zmarła, prawdopodobnie podczas porodu.
Nauczyciel pozwolił im na przyswojenie nowej wiadomości i aby nie pozostawiać zbyt długo umysłów bliźniaczek w zasmuceniu, powrócił do opowiadania:
– Pewnie domyśliłyście się już, dlaczego król wezwał demona do siebie; kiedy zjawił się w komnacie, gdzie nad stołem zasłanym mapami i meldunkami pochylał się zgarbiony władca, wydało mu się, jakby Rengartowi w jeden dzień przybyło najmniej kilka lat. Wiekiem co prawda zbliżał się już do lat czterdziestu i włosy jego wciąż lśniły złotem, gdzieniegdzie tylko przetkane jaśniejszym pasmem, a wokół błękitnych oczu pojawiły się niewielkie zmarszczki, jednak nadciągające wojny i troska o córkę całkiem odmieniły to zwykle pogodne oblicze. Właśnie wymieniał się wieściami z Carrickiem, gdy ujrzał przy wejściu do komnaty wiernego Nahaeth. Nikły uśmiech rozświetlił zmęczoną twarz, bo widok Abbadona wlał w niespokojnego serce nieco otuchy, tak potrzebnej w chwilach zwątpienia.
„Wasza wysokość” – przywitał się demon, w najdawniejszym geście powitania przykładając trzy palce do ust i potem kłaniając się z pięścią położoną na sercu. (Zapamiętajcie sobie lepiej to powitanie; jeśli kiedyś zawędrujecie do Północnych Krain i przyjdzie wam witać ważne osobistości, wtedy znajomość tego może się bardzo przydać. Kiedyś opowiem wam, skąd się wziął ten gest i co oznacza, ale to materiał na inną opowieść.)
Władca równie serdecznie powitał Nahaeth i przywołał go do siebie, aby przekazać najświeższe wieści: „Sinnaari zacieśnia swe pęta wokół królestwa, zwiadowcy podają, że za dwa dni powinien zjawić się u bram stolicy” – wyjaśnił powoli, ostrożnie ważąc słowa – „nie będę mydlił ci oczu, obawiam się, że obrona może nie wytrzymać.”
Tedy, bez chwili zastanowienia lub nawet śladu wahania, Abbadon odpowiedział: „Dla ciebie, mój królu, będę walczył do ostatka sił, nawet jeśli wyda się to szaleństwem.”
„Nie” – odparł Rengart – „twoje zadanie będzie inne.”
– Uratuje księżniczkę! – wyrwało się po raz któryś tego wieczoru niecierpliwej słuchaczce, która z płomiennym obliczem wpatrywała się w nauczyciela.
– Liranthiel – mędrzec upomniał podopieczną z nachmurzonym czołem, a dziewczynka zrazu jakby przygasła na dźwięk swego pełnego imienia. – Czyżbyś chciała za mnie opowiedzieć resztę?
Lirani pokornie spuściła wzrok, rozumiejąc przytyk: mimo ognistego temperamentu, zwykle wiedziała, kiedy należało schować dumę do kieszeni.
– Nie, wolałabym posłuchać…
– No, właśnie, więc słuchaj – zakończył z niewielką naganą w głosie, po czym odchrząknął cicho, by ponownie powziąć tonem bajarza: – Król wielce był zadowolony z gorliwości i szczerego oddania swego przybranego syna, jednak jak bardzo chciał go zatrzymać przy sobie, tak równie mocno czuł, że zrobić tego nie może. Wybór okazał się trudny tylko w pierwszej chwili, bo gdy już podjął decyzję, wiedział, iż jest ona słuszna.
„Abbadonie” – zaczął, zwracając się do demona niemal ojcowskim tonem, choć brzmiał jak zawsze królewsko – „jesteś mi bliski jak rodzony syn i tobie też najbardziej tutaj ufam; wyjąwszy oczywiście sir Carricka, ale on jest mi potrzebny tutaj, ty zaś dostaniesz inne, równie ważne zadanie. Weźmiesz kilku rycerzy, jakich uznasz za najodpowiedniejszych, i będziecie ochraniać lady Netrai aż do Perłowych Wzgórz, gdzie stacjonują wierne mi oddziały.”
Nahaeth, zdjęty trwogą, a równocześnie przejęty zaszczytem ochraniania samej księżniczki, przez chwilę nie wiedział, co winien władcy odpowiedzieć. „Wasza wysokość” – rzekł w końcu – „nie wiem, czy jestem odpowiednią osobą do tego zadania…”
„Wątpisz w słuszność mej decyzji?” – przerwał mu Rengart, unosząc brwi w zdumieniu (udawanym, rzecz jasna, jednakże nasz bohater nie mógł tego wiedzieć).
„Ależ skąd, nie śmiałbym” – zaprzeczył szybko.
„A więc jesteś odpowiednim kandydatem” – oświadczył król i Abbadon nie odważył już się odzywać, a Rengart kontynuował: – „Miej również na uwadze, że nikomu innemu prócz ciebie lub sir Carricka nie byłbym w stanie powierzyć życia własnej córki. Ufam twym umiejętnościom równie mocno co tobie samemu; nie zawiedź mnie.”
Wyobraźcie sobie, jak wielkie wrażenie musiały zrobić na demonie te słowa z ust samego władcy. Były jak gnający do boju hymn, róg wzywający do walki na śmierć i życie, do złożenia tej wiążącej samą duszę przysięgi; i Nahaeth podjął wezwanie. Odpowiedział:
„Przysięgam na własne przekleństwo – panie, będę chronić twą córkę aż do ostatniej kropli krwi w żyłach i ostatniego tchu świadomości; przy mnie nie stanie jej się żadna krzywda” – przysiągł, a w chwili, w której wymówił ostatnie słowo, choć w królestwie panowało słoneczne lato, przez otwarte okiennice do komnaty wpadł lodowaty podmuch północnego wiatru. Zrzucający papiery z ogromnego stołu i szarpiący ich włosami, przygnał wprost znad białych szczytów, przejmując zimnem do samego szpiku kości. Obaj wtedy poczuli, jak wielką moc miała ta obietnica, bo Nahaeth zawsze dotrzymywali danego słowa. – Noriakis zamilkł, uważnie obserwując twarze swych podopiecznych; spokojną, siedzącą nieruchomo i wsłuchującą się Maewi, która trzymała w dłoniach przysypiającą sówkę śnieżną, a także przejętą, o zarumienionych od emocji policzkach i pałających wewnętrznym blaskiem fiołkowych oczach Liran, niemal automatycznie głaskającą sierść leżącej obok pantery. Obie na swój własny sposób wyrażały zainteresowanie i nauczycielowi w pełni to, jak i wyczekująca cisza wypełniająca pomieszczenie, wystarczyło, by podjąć opowieść:
– Gdy wiatr ucichł i komnata ponownie wypełniła się ciepłym, suchym powietrzem, władca nakazał demonowi, by zebrał ludzi i wyruszył jak najszybciej, bowiem nie mają czasu do stracenia, a cała operacja musiała pozostać ścisłą tajemnicą. Abbadon skłonił się i zamierzał odejść, gdy spojrzenie kapitana zatrzymało go w miejscu.
„Mój syn będzie chciał udać się z tobą” – powiedział i nie było w tym krzty zwątpienia. Nahaeth tylko potwierdził skinieniem głowy; wiedział, że przyjaciel nie będzie chciał słyszeć odmowy i nie opuści ani jego, ani księżniczki. Sir Carrick westchnął cicho i, zdobywając się na ten niezwykły akt wiary, rzekł: – „niech tak będzie, zabierz go ze sobą i nie pozwól mu zginąć.” Nie chciał jednak obietnicy, gdyż słowami tymi kierowała ojcowska troska, a umysł podpowiadał, że dla rycerza był to zaszczyt, który Aidan przyjąłby bez wahania. Toteż Nahaeth w milczeniu skłonił się, dłoń przycisnąwszy do piersi, i odszedł, by zebrać swych najbardziej zaufanych towarzyszy broni; nie było ich wielu. Tak jak się spodziewał, przyjaciel na opowiedzianą nowinę zapalił się do działania natychmiast, jego wyobrażenie o misji było jednak nieco inne. Jak większość młodych rycerzy wyobrażał sobie, że dokona bohaterskich czynów, wyprawa przyniesie mu tylko chwałę i sławę oraz poważanie w oczach dowódców, może nawet samego króla. Abbadon zaś zdawał sobie sprawę, że nie będzie to ani tak piękne, ani tak chwalebne.
– Ale czemu? – wtrąciła Lirani. Noriakis zmarszczył brwi i dziewczyna, zrozumiawszy swój błąd, od razu uzupełniła: – Czemu nie miałoby być chwalebne? Przecież uratowaliby córkę króla…
– Gdyby im się udało – uzupełnił, zanim podopieczna zdążyła zebrać powietrze potrzebne do zadania kolejnego pytania – a czy się udało, dowiecie się na końcu. Idzie o to, że nasze wyobrażenia bardzo często mijają się z rzeczywistością, która nie raz okazuje się okrutna. Księżniczka musiała uciekać, bo była jedyną następczynią tronu, ponad to, odkąd ukończyła lat siedemnaście, Sinnaari pragnął pojąć ją za żonę i tym samym zostać przyszłym władcą. – Obie sieroty wciągnęły ze świstem powietrze do płuc, jedna z zaskoczenia, jedna z oburzenia. – Gdyby została, a miasto by upadło, dla królestwa nie byłoby już ratunku, a jeśli uratowałaby się, w odpowiednim czasie mogłaby upomnieć się o swe prawa do tronu i lud poparłby ją bez wahania, gdyż była księżniczką bardzo lubianą i szanowaną.
– Też była błogosławiona? – zapytały obie dziewczynki równocześnie, choć każda z innymi emocjami malującymi się w głosie.
– Oczywiście, dodatkowo w bardzo wyjątkowy sposób; gdy nadchodził czas, potrafiła ujrzeć w oczach innych ich przeznaczenie – wyjaśnił poważnie i widząc, że bliźniaczki nie posiadają się ze zdumienia, niewielki uśmiech rozjaśnił jego twarz. Ukrył go jednak i kontynuował: – Tak się stało, że już w kilka godzin Nahaeth zdołał zebrać swych najwierniejszych przyjaciół, a było ich wraz z Aidanem pięciu, i wyruszyli równo ze słońcem zachodzącym na horyzoncie. W gasnącym blasku dnia udali się na północ, w stronę Perłowych Wzgórz, klucząc mało znanymi ścieżkami leśnymi a potem szlakami górskimi, które poprzedzały najważniejsze szczyty o białych stokach, mieniących się w ostatnich promieniach słońca odcieniami kremowego i różu. Od nich właśnie wzięła się nazwa tego pasma gór, jednego z najbardziej wysuniętych ku morzu. W ciągu dwóch dni przebyli niemal połowę drogi i dalej szli z trwożącą świadomością, że oto oni uciekają, a na zamku toczy się zaciekła obrona. Podróżowali ponurzy, choć kto lepiej by się przyjrzał, na pewno dojrzałby ukradkowe spojrzenia, jakimi obdarzali się od czasu do czasu syn kapitana i jasnowłosa piękność, wymieniając nikłe uśmiechy, mające im obu dodać otuchy. W czasie tym, gdy już niewiele ponad dzień dzielił ich od twierdzy ukrytej między dwoma masywami Perłowych Wzgórz, Abbadon odczuł nagle potrzebę, by spojrzeć wstecz. Dojrzał tedy plamę czerni gdzieś na ścieżce za nimi; zniknęła za granią tak szybko, iż nie był pewny, czy rzeczywiście ją dojrzał, jednak na ten widok w jego sercu zaczaił się lęk o los misji.
– Ścigali ich – szepnęła Liran, zbyt przejęta opowieścią, by wyrywać się, jak zwykła to robić wcześniej.
Noriakis skinął poważnie w odpowiedzi, dobrze rozumiejąc zafascynowanie dziewczyny, skrycie nawet ciesząc się, że historia ta wzbudziła w niej tyle emocji, a równocześnie odczuwając z tego powodu niewypowiedziany żal.
– Nahaeth był przezorny. Kazał jednemu ze swych przyjaciół pozostać w tyle; gdyby okazało się, że są ścigani, miał jak najszybciej przynieść mu o tym wiadomość. Niestety już tego samego dnia, w którym Abbadon ujrzał za sobą niby tylko plamę na odległej części szlaku, zwiadowca na swym chyżym koniu dogonił ich grupkę i oznajmił, że oddział nieprzyjaciela depcze im po piętach.
„Są niespełna parę godzin drogi stąd, dogonią nas, zanim zdołamy dotrzeć do warowni” – powiedział i demonowi nagle zdało się, jakby ktoś usunął mu spod stóp stały grunt. Przeczucie go nie zmyliło, właśnie misja zawisła na cienkim włosku niepowodzenia, a kolejne słowa wojownika tylko pogorszyły sprawę. „Był wśród nich rycerz w czarnej zbroi, ogromnej postawy, nosił przy boku miecz wysadzany rubinami, a na piersi miał znak krwawiącego serca. Dowodził…”
Więcej nie trzeba było mówić, bowiem Nahaeth wiedział już, kogo przygnał za nimi los – sam Sinnaari rzucił się w pościg za upragnioną zdobyczą, pozwalając swym wojskom szturmować zamek i zapewne nie przejmując się zbytnio, ilu poddanych umrze w walce. To było dlań jak cios w plecy, bo nagle utracili jedyną przewagę. Chytry plan na nic się zdał, gdy zabrakło im tak cennego czasu… jednakże misja ciągle miała szansę powodzenia i Abbadon ją dostrzegł.
Nie bez podstaw to właśnie jego król wybrał; ufał osądom demona i wierzył, że jeśli nadejdzie taka chwila, on będzie wiedział, co należy uczynić. Istotnie, w chwili, w której napotkał błękitne spojrzenie księżniczki, a chłodny północny wiatr zmierzwił mu włosy, podjął decyzję.
„Nie zostało wam dużo drogi do przebycia” – zwrócił się do swego najbliższego przyjaciela, niemal brata, nierozumiejącego teraz myśli krążących po głowie demona. „Potrzebujecie czasu i ja wam go zapewnię.”
„Niby w jaki sposób?” – zapytał Aidan, choć dojrzawszy powagę w brązowych oczach Nahaeth, począł przeczuwać, co usłyszy w odpowiedzi.
„Zostaję” – odpowiedział bez chwili wahania Abbadon, pewny swego jak jeszcze nigdy dotąd. – „Zatrzymam ich, wy w tym czasie dotrzecie do twierdzy.”
To musiała być trudna decyzja, zarówno dla samego Nahaeth, jak i jego wiernego przyjaciela; zwłaszcza dla niego. Wiedział, że nie przekona demona, by mógł zostać z nim, choć tak bardzo tego pragnął. Abbadon był nieugięty i kiedy poprosił Aidana na stronę, powiedział mu tak: „Teraz los lady Netrai jest w twoich rękach, bracie, nie zawiedź jej” – to wystarczyło, by uparty syn kapitana w końcu zgodził się zostawić mężczyznę na pastwę nadciągającego oddziału.
Żegnali się z ciężkimi sercami, choć nie ukazując przy tym zbyt wielu emocji. Gdy nadszedł czas, aby się rozdzielić, sama księżniczka podeszła do Nahaeth i rzekła: „Dobrze robisz. To tutaj miała doprowadzić cię twoja ścieżka, a ja nigdy nie zapomnę, co dla nas uczyniłeś.”
– Ale… – zająknęła się Liran, jakby sama nie wiedząc, co właściwie chciała powiedzieć. Podniosła spojrzenie na pełną zrozumienia twarz nauczyciela, który wiedział, że dziewczyna zaczyna dostrzegać powód, dla którego opowiadał im tę historię. Przełknęła ślinę bardzo powoli, zanim zdołała wykrztusić resztę: – Czemu Aidan go nie powstrzymał? Przecież, mogli jeszcze zdążyć, prawda?
– Tego nigdy nie zdołamy się dowiedzieć, jak być mogło, a jak nie, wiedz jednak, jeśli doda ci to otuchy, że Abbadon sam podjął tę trudną decyzję i nic już by go od niej nie odwiodło – powiedział łagodnie Noriakis, z pewnym rozczuleniem obserwując zmianę, jak zaszła na twarzy podopiecznej: od niemal dławiącej trwogi do spokojnej i zaciętej pewności. W tym momencie wiedział już, że wybrał odpowiednią opowieść. – Nahaeth nie spojrzał za odchodzącymi przyjaciółmi, w myślach tylko zmówił cichą modlitwę do Stwórcy i każdego z Pięciu o opiekę nad nimi, po czym usiadł na powalonym pniu sosny rosnącej na uboczu szerokiego, górskiego szlaku i czekał.
Słońce zdołało przebyć połowę swej drogi na nieboskłonie, ozłacając promieniami białe i szare stoki majaczące w oddali, gdzie wędrowała grupka rycerzy wraz z księżniczką, zbliżając się wciąż do bezpiecznej twierdzy. Kiedy usłyszał tupot kilkudziesięciu stóp i stukot końskich kopyt na kamienistej drodze, nie miał żadnej pewności, czy im się udało, a tylko nadzieję, iż jego decyzja była słuszna. Widok zaskoczenia na twarzy wysokiego wojownika odzianego w czerń dodał mu więcej otuchy niż jakikolwiek znak na niebie czy ziemi mógłby, bo oto okazało się, że Sinnaari nie przewidział takiego posunięcia.
„Sławetny Nahaeth” – ozwał się do Abbadona, wykrzywiając blade wargi w paskudnej parodii uśmiechu – „co tutaj robisz? Czyżbyś odmówił ochrony jedynej córce swego ukochanego władcy?”
Wielka pogarda rozbrzmiała w głosie zdrajcy i była niemal jak bicz smagający serce demona, który znieść nie potrafił, gdy Sinnaari takim tonem mówił o królu; człowieku bliskim mu niemal jak ojciec. Choć złoto poczęło przebłyskiwać w jego ciemnych oczach, na twarzy zachował spokój, wiedział bowiem, iż stojący przed nim wróg osiągnął mistrzostwo w prowokowaniu, a nie mógł przecież dać się zmanipulować. Sinnaari pojął w lot, że oto właśnie nadeszła prawdopodobnie decydująca chwila tej wojny i nie miał nią być wcale szturm na zamek, czy nawet ujęcie księżniczki, tylko ta jedna walka. Nahaeth rzucił mu swą rękawice, zdrajca widział to w oczach nieugiętego demona.
„Ach, więc myślisz, że w ten sposób ją ochronisz?” – zakpił zeń, jednak żadne złośliwości czy jadowite słowa nie mogły teraz zachwiać pewnością Abbadona. Dostrzegłszy to, złość zagotowała się w czarnym wojowniku. – „Zginiesz dziś, demonie, i dołączysz do swej rodziny w podziemnym świecie duchów.”
Wtem bestie u boku swego pana poruszyły się niespokojnie, cofając się, jakby właśnie ujrzały nadchodzącą zagładę. Spokojny niczym morze tuż przed sztormem Nahaeth sięgnął do umocowanych między barkami mieczy, dwóch pięknych kling, które wciąż pamiętały pierwsze swe ofiary, dziesięć lat wstecz zaściełające jego rodzinną wioskę. Błękitnawa stal rozbłysła w popołudniowym słońcu, a kiedy spojrzenie Sinnarina napotkało płynne złoto oczu przeklętego demona, trwoga zmroziła mu serce w piersi, bowiem oto dojrzał w nich swój własny koniec.
„Zginę” – przyznał bez wzruszenia Abbadon – „ale do świata duchów zabiorę cię ze sobą…”

Noriakis zamilkł.
Ogień powoli dogasał, ostatnie leniwe płomyki tańczyły jeszcze po rozżarzonych węglikach, roztaczając wokół nikłą poświatę, znacznie słabszą od wlewającego się przez otwarte okno srebrzystego blasku księżyca w pełni. Powietrze nadal pachniało morską solą i rosnącymi w ogrodzie cytrusami, a szum fal rozbijających się o brzeg przyjemnie kołysał do snu, jednak dwóm sierotom wydawało się, jakby to wszystko nagle przestało mieć znaczenie. Zagłębione w świecie starej legendy wciąż widziały oczyma wyobraźni górską ścieżkę i dwóch przeciwników, którzy mieli stoczyć ostatnią bitwę.
Czarna pantera przy boku jednej z sióstr ziewnęła, szeroko rozwierając swój niewielki pyszczek i ukazując mlecznobiałe kiełki. Lirani, nadal tkwiąca wewnątrz opowieści, stała się nadzwyczaj cicha i poważna, za to Maewi spokojnym głosem zapytała:
– Jakie jest zakończenie?
– Szczęśliwe, oczywiście – odpowiedział mędrzec, udając, jakoby nie dostrzegał zadumy na twarzy jednej z podopiecznych. – Oddział nigdy nie dotarł do murów twierdzy, gdzie lady Netrai przeczekała kilka dni w napięciu, zanim dotarła doń wieść o sukcesie wojsk ojca i udanej obronie stolicy. Wszyscy wrócili bezpiecznie do zamku, a w kilka lat później księżniczka i syn kapitana wzięli ślub, radując tym całe królestwo równie mocno jak samego króla, który pragnął wnucząt. Swoją drogą, doczekał się ich całkiem sporo…
– Nie wszyscy wrócili – przerwała nauczycielowi Liran, zwróciwszy nań twarde spojrzenie. – Nahaeth zginął, prawda? Więc jak zakończenie może być szczęśliwe?
Noriakis powstrzymał ciche westchnienie, ponieważ domyślał się, gdzie błądziły myśli podopiecznej i dlaczego postać demona tak bliska stała się jej sercu.
– Masz rację, Lirani, zginął, jednak nie bierzesz pod uwagę tego, że gdyby nie został wtedy i nie stawił czoła Sinnaariemu jak równy równemu, wtedy zakończenie mogłoby być o wiele mniej szczęśliwe. Dzięki temu poświęceniu księżniczka była bezpieczna, a największy wróg królestwa odszedł i jego wojska rozpierzchły się, nie mające celu bez silnego dowódcy. Umarł śmiercią chwalebną, zapewniając pokój całemu królestwu i dotrzymując danej królowi obietnicy – wyjaśnił łagodnie, choć dobrze wiedział, że mimo tych słów dziewczyna długie godziny jeszcze będzie analizować historię Nahaeth i zastanawiać się, czy nie mogła skończyć się inaczej. Wyjrzał mimochodem przez otwarte okiennice i uniósł brwi, niby w zdziwieniu. – To już tak późno, hm? Cóż, moje drogie, powinniście dawno leżeć w łóżkach i zbierać siły na następny dzień; dzisiejsza opowieść dobiegła końca.
Wstał, dostrzegając, jak Maewi ziewa szeroko i bez zbędnego marudzenia udaje się do własnego posłania; na żerdzi tuż przy wezgłowiu usadowiła się jej biała sówka, niemal od razu zapadając w sen. Nieco mniej chętnie Liran podniosła się, by również udać się na spoczynek, jednak nauczyciel zatrzymał ją, kładąc dłoń na szczupłym ramieniu. Spojrzała nań nieco zirytowana.
– Czy nie podobała ci się dzisiejsza opowieść? – zapytał cicho, nie chcąc zakłócać snu drugiej siostry.
– Podobała…
– Ale?
– Ale myślę, że nie potrzebnie zostawał sam, nie musiał przecież walczyć w pojedynkę – wyrzuciła z siebie na jednym wydechu, przejęta własnymi słowami. – Gdyby tylko przełknął dumę i pozwolił Aidanowi zostać, może obaj by przeżyli.
Noriakis westchnął, gdyż nie miał intencji w tym, by w podobny sposób odebrała zachowanie bohatera legendy.
– Oczywiście, że mógł, ale czy przyszło ci na myśl, iż nie chciał przyjaciela narażać na niebezpieczeństwo równające się śmierci? – Liran nabrała powietrza do płuc, jakby chciała odpowiedzieć, ale już po chwili wypuściła je ze zrezygnowaniem. Mędrzec uśmiechnął się lekko, gdy zobaczył szkliste łzy w oczach podopiecznej. – Nie smuć się jego losem, sam go bowiem wybrał, a teraz opiewają to bardowie w wielu krainach i wielu pieśniach. Czasem wielkie zwycięstwa wymagają równie wielkich poświęceń, a kto poświęca się w imię dobra swych przyjaciół, ten już na zawsze będzie zwycięzcą. Zapamiętaj to, moja droga, i uciekaj do towarzyszki, bo jutro pracowity dzień.
Skinęła głową, odwzajemniając uśmiech nauczyciela, po czym pognała zagrzebać się w swym posłaniu wraz z panterą już leżącą na własnym miejscu. Jednak zanim jeszcze Noriakis ugasił ostatnie płomyki na kominku i opuścił komnatę, zatrzymał go pytający głos Liran:
– Bard opisał tę legendę tak dokładnie?
– Nie, nie aż tak, ale nie był jedynym, który dobrze poznał historię Nahaeth – odpowiedział tajemniczo mędrzec i zamknął za sobą ciężkie, drewniane drzwi, pozostawiając za nimi całą magię i niesamowite historie, panujące teraz w snach dwóch śpiących sierot.


[Oświadczam, że jestem jedynym autorem niniejszej publikacji oraz dysponuję wszystkimi prawami autorskimi do treści zgodnie z Ustawą z dnia 4 lutego 1994 r. (z późniejszymi zmianami) o prawie autorskim i prawach pokrewnych.]

czwartek, 19 czerwca 2014

Wyścig bez wygranej (mini)

[Naszła mnie ochota na próbę napisania czegoś klimatycznego i kiedy zrodził się pomysł, powstał też ten króciutki tekst. Pierwsza taka moja próba. Pisane przy tym-> klik! Zapraszam do przeczytania.]


Wyścig bez wygranej


       Spokojna noc czule objęła leśny krajobraz, zaglądając w zakamarki między gałęziami i krzewami, ciemnością wypełniając wszystkie kryjówki, wzięła w posiadanie świat. Tylko samotna tarcza księżyca rozpraszała delikatnym blaskiem cienie, oświetlając polany i w nielicznych miejscach przebijając się przez gęste korony drzew. Zwierzęta już dawno pochowały się w norkach, a nocni drapieżcy kryli się w ciemnościach, jedynie zielonymi punktami ślepi dając znać o swej obecności. Las jeszcze nigdy wcześniej nie był tak cichy i niespokojny równocześnie.
Siedziała nieruchomo, plecami oparta o chropowatą powierzchnię potężnego dębu. Rozbieganym spojrzeniem obserwowała otoczenie, nie skupiając wzroku na niczym konkretnym i próbując nie wydać przy tym najmniejszego dźwięku. Czuła dławiącą gulę w gardle, żelazną pięść zaciśniętą wokół wnętrzności oraz trzepoczące zapamiętale serce. Tak głośne, iż miała wrażenie, jakby wszystko w pobliżu zdawało się słyszeć jego desperacką walkę. Dłonie, spocone i zaciśnięte w pięści, trzymała ciasno przy bokach, za mocno skupiona na próbie uspokojenia oddechu, by wytrzeć je o zabrudzone ziemią spodnie.
Huczenie sowy poniosło się między drzewami, sprawiając, że niemal podskoczyła w miejscu. Po chwili trzepot skrzydeł doszedł z tej samej strony i zbliżył się, przesuwając po kręgosłupie nieprzyjemnym dreszczem. Ptak przeleciał nad jej głową, by przycupnąć na gałęzi dębu. Wielkie, błyszczące w ciemności oczy spoglądały bez wyrazu, wydając się tylko płonącymi pierścieniami na tle bezkresu czerni.
Zagryzła wargi, wpatrując się w sowę, jakby ta mogła udzielić odpowiedzi na niezadane pytania lub pokazać drogę ucieczki. Desperacko szukała zrozumienia w bezdusznych ślepiach, jednak ptak tylko mrugnął leniwie i huknąwszy jeszcze raz żałośnie, odleciał.
„Nie” – jęknęła w myślach, odprowadzając ciemny kształt spojrzeniem – „nie zostawiaj mnie tu…”
Szelest poruszył krzewami przy prawym boku, dźwięk łamanych gałęzi przeciął powietrze.
Odskoczyła, ledwie powstrzymując krzyk i zapominając, że tym samym pozbawiła się jedynej kryjówki. Dzikim wzrokiem obserwowała nieruchome badyle, czekając, aż oprawca ukaże się w pełnej krasie. Krzew jednak milczał uparcie, jawiąc się tylko ciemniejszą plamą na równie posępnym obrazie lasu. Jej urywany oddech był jedynym dźwiękiem, jaki zakłócał ciszę.
Zacisnęła pięści, przełknąwszy niewielkie ilości śliny przez spierzchnięte i bolące gardło, prawie się przy tym dławiąc. Suchość w ustach wzrosła, kiedy poziom adrenaliny w żyłach ponownie został zaburzony, a wyczerpanie zaczęło ogarniać organizm. W końcu zdawszy sobie sprawę, że stoi całkiem na widoku, zaczęła rozglądać się i w panice szukać nowego schronienia. Ledwie zdołała dojrzeć ciemną wnękę przy drzewie opodal, gdy szelest się powtórzył, tym razem jednak tuż za jej plecami.
Znieruchomiała, z nikłą nadzieją, że nie została jeszcze zauważona. Czekała, napięta niczym struna, powtarzając w myślach, by się nie ruszyć, by nie wydać żadnego dźwięku.
Ktoś zachichotał. Zgrzytliwy śmiech poniósł się echem między pniami i przesunął zimnym dreszczem wzdłuż ciała, kiedy zerwała się do biegu.
Uciekała, potykając się i łkając w duszy, ale nie ośmielając się wydać żadnego dźwięku prócz urywanych oddechów. Odbijała się od pni, aż zahaczyła nogą o ciernistym krzew. Kleista, ciepła ciecz spłynęła po nogawce, jednak nawet tego nie poczuła. Delikatny odgłos kroków rozbrzmiewał za plecami, wolny i rytmiczny, niezmiennie ten sam; nie rósł, ani nie cichł. Wciąż śledzona podążała ślepo przed siebie, mijała bez zastanowienia tysiące ciekawskich ślepi, które zaraz kryły się przed sunącym dalej cieniem, mroczniejszym od samej nocy. Jego chłód powoli obejmował tył zmęczonych mięśni nóg, muskał niematerialnymi palcami barki i pieścił odsłoniętą skórę szyi, przeczesując związane włosy.
Potknęła się, stopą zahaczywszy o wystający z ziemi korzeń. Zaszurała ciałem o szorstkie podłoże, pełne suchych liści i połamanych gałęzi, boleśnie obcierając przy tym ręce. Stłumione stęknięcie ledwie opuściło zaschnięte gardło, które zdawało się wysypane żwirem.
Skulona podczołgała się za masywny konar i przylgnęła do nieprzyjemnej w dotyku kory, jakby chciała zatopić się wewnątrz drzewa. Przycisnąwszy okaleczone dłonie do serca, przymknęła powieki i nasłuchiwała kroków, jednak one zamilkły w chwili, w której tylko uderzyła o ziemię. Las znów był spokojny, choć cichy jak jeszcze nigdy wcześniej. W tym momencie powitałaby z radością nawet pohukiwanie sowy i płonące ślepia, ale wszystkim, co zdołała dojrzeć, okazywały się ledwie zarysy kształtów pośród ciemności.
Podciągnęła kolana do piersi, ponownie nie zauważając lepkiej, ciepłej krwi, powoli spływającej w dół łydki. Zamknęła oczy i oparła głowę o pień. Dudnienie serca wypełniło ciszę, pulsując w czaszce, jednak nie uśmierzyło zimna, które zdawało się z każdą chwilą przybierać na sile. Obejmowało konar, sięgało po nogawkach, sunąc wzdłuż nóg i wspinając na koszulkę. Przenikało przez skórę, zdając się zamrażać bolące mięśnie i spowalniać wrzącą krew. Ciemna stróżka na nodze zastygła, a samotna kropla zamieniła w lśniący kryształ.
Łkanie wstrząsnęło zziębniętym ciałem, jednak żaden dźwięk nie opuścił lekko rozwartych warg. Chłód powoli przytulał się do jej sylwetki i sięgał wprost do serca, pieszcząc delikatnie wrażliwą skórę. Zadrżała, w końcu uchylając ciężkie powieki.
– Proszę – wychrypiała cicho, głosem nie mocniejszym od szumu liści. Kolejna fala dreszczy objęła ciało, gdy samotne łzy spłynęły po zmarzniętych policzkach. – Proszę, nie…
– Shhh – zasyczało spokojnie widmo. Niematerialna plama cieni, ogromny kształt, tylko z pozoru ludzki.
Pochylił się nad drżącą formą, zimno biło odeń mrozem nocy. Ujął w dłonie jej twarz, noszącą w sobie jeszcze śladowe ilości ciepła. Palce, które zdawały się utkane ze szkła, osuszyły ślady łez, zamieniając słoną ciecz w strużki błyszczącego lodowato szronu.
– Nie mogłaś uciec – wyszeptał łagodnie, zsunąwszy dłonie na smukłą szyję.
Ciężkie powieki w końcu opadły. Żałosny szloch opuścił zaschnięte gardło, drapiąc niemiłosiernym bólem, zanim poczuła, jak widmo znów się pochyla i zacieśnia uchwyt. Lodowate, twarde niczym diament usta złapały jej wargi w delikatnym pocałunku spragnionego kochanka.
W odległym prześwicie świadomości szarpnęła się, jednak pewny uchwyt trzymał mocno, zaś zimne wargi powoli wysysały całą siłę i energię, rozlewając się po sylwetce falą chłodu. Ciepło dawno opuściło kończyny, kiedy w końcu mróz zacisnął swą pięść na trzepoczącym słabo sercu, a krew zamieniła się w tysiące maleńkich rubinów. Ostatnie tchnienie otuliło kryształowe wargi lekką mgiełką i bezwładne ciało opadło na miękkie poszycie, uwolnione z ramion śmierci.