środa, 26 listopada 2014

"Rozpalić wspomnienia" Rozdział 3

[Kolejny fragment, bo mnie chęci napadły, a ich marnować nie wolno. Mam już dużo napisane w zapasie, gdyż fick ten nie miał ujrzeć światła Internetu i tworzony był czysto dla ćwiczenia, tak na luzie bardzo, więc póki co fragmenty mogą się pojawiać zależnie od mego "widzimisię" i czasu na wstępną edycję. Znów wiele z tego to moje wyobrażenie, zwłaszcza miejsce akcji", gdyż potrzebowałam tła dla wydarzeń. Ogólnie niewiele się dzieje, to taki fragment całkiem na spokojnie, następny zaś będzie w głównej mierze dla wyjaśnienia wielu kwestii.
Więcej póki co nie zdradzam i zapraszam serdecznie do czytania! Opinie również bardzo mile widziane ^^]


Rozpalić wspomnienia

Rozdział 3


    Obecnie, rok 2014
    Nowa baza TARCZY była dość specyficzna w swej zwyczajności i jakkolwiek dziwnie to brzmi, tylko tak mogła to określić. Całkiem spory budynek, przypominający raczej kamienicę niż tajną siedzibę, z wieloma mieszkaniami dla agentów na górnych piętrach, salami treningowymi na parterze i oczywiście częścią podziemną, czyli centrum dowodzenia tej jednostki. Na pewno nie była to główna baza, raczej tylko służąca do mniejszych celów - miejsce przejściowe, szkoleniowo-informacyjne, pełniące mniej ważne funkcje, zaakceptowane przez rząd. Musiała przyznać, że było to całkiem niezłe rozwiązanie, zwłaszcza widząc, jak sprawnie wszystko odbywało się wewnątrz. Kiedy tylko przybyli, została powitana przez jednego z agentów i odprowadzona do całkiem przytulnie urządzonego mieszkanka. Oczywiście wpierw chciała widzieć się z Furym, jednak odprowadzający ją mężczyzna przekazał, że dyrektora nie było w budynku i miała stawić się u niego następnego dnia o świcie. Trochę zdziwiła się faktem, jak cicho i potajemnie przekazał jej tę informację, ale dopiero potem uświadomił sobie, że oficjalnie Nick był martwy a dyrektorem został inny agent, którego niestety nie miała okazji poznać.
    Westchnęła, wkładając ostatnie rzeczy do drewnianej, zasuwanej szafy. Na cyfrowym wyświetlaczu budzika widniała godzina jedenasta w nocy. Sporo czasu zajęło im dotarcie od jej domu do bazy, tak samo jak znalezienie odpowiedniego schronienia w mieszkaniu, w którym mogła umieścić swoją broń. Wiedziała, że nie ma czego obawiać się w miejscu tak dobrze strzeżonym, jednak, cóż, przyzwyczajenie wygrało. Gdy już zrobiła wszystko, co zamierzała, a ostre przedmioty schowała, ciekawość zawładnęła umysłem Eny. Powinna właściwie kłaść się do łóżka, ale za bardzo chciała zobaczyć, jak wygląda reszta piętra.
    Zostało ono przeznaczone dla agentów najwyższej rangi, w tym również członków Avengers, którzy nie rzadko zostawali tutaj, gdy nie mieli gdzie się podziać. Większość agentów znajdowało się na misjach, więc aktualnie było dość puste, ale też nie zawierało wielu mieszkań. Gdy została poprowadzona do jej własnego na czas przebywania w bazie, po drodze przeszli przez pomieszczenie służące za pokój dzienny połączony  przejściem z kuchnią. Właśnie tam postanowiła się udać.
    Wymknęła się na korytarz, zamykając drzwi z lekkim szmerem, automatycznie zachowując całkowitą ciszę. Lubiła spokój nocy, ciemność chowającą się w zakamarkach pomieszczeń; choć zdecydowanie mniej, gdy ktoś się w niej ukrywał. Tym razem jednak kroczyła przez jedno z prawdopodobnie najbezpieczniejszych miejsc w tym mieście, a nawet jeśli takim nie było, szanse na spotkanie ukrytych szpiegów spadały na tyle znacząco, by nie musiała sprawdzać każdego zakątka korytarza. Co i tak to robiła. Instynktów trenowanych latami nie powinno się wyłączać – lekcja życia, którą otrzymała już dawno.
    Nie zaszła za daleko, kiedy wyostrzone zmysły wychwyciły nieprawidłowość we wszechobecnej ciszy. Delikatny, właściwie rezonujący na granicy słuchu szmer, który sprawił, że znieruchomiała zaraz przy drzwiach prowadzących do mieszkania umiejscowionego obok jej własnego. W pierwszym momencie nie była pewna, czy aby na pewno dobrze usłyszała, jednak już po chwili dźwięk się powtórzył, nieco głośniejszy. Rozpoznała go. Zupełnie, jakby ktoś mający koszmary tłumił krzyk. Głos wahający się na granicy jęku i warkotu, wściekły, ale rozpaczliwy.
     Na ułamek sekundy straciła panowanie nad własnymi reakcjami, wspomnienia poczęły zalewać jej szalejący umysł, serce przyśpieszyło w niekontrolowanym biegu, pompując adrenalinę do żył, a oddech uwiązł w gardle. Zaraz potem lodowaty spokój spłynął na rozedrgane ciało i Ena w całkowitej ciszy nacisnęła klamkę, wślizgując się do środka mieszkania niemal bezdźwięcznie. Skradając się, zmuszając do zachowania nerwów z żelaza, rozglądała się wokół i zmierzała do sypialni, skąd ponownie rozpaczliwy dźwięk uderzył w najczulszy punkt. Wypuściła powietrze z płuc, po czym przyśpieszyła, w jednej chwili przekraczając próg pokoju, by w świetle padającym z okna dostrzec sylwetkę mężczyzny leżącego na boku i zaplątanego w prześcieradła. Metal błysnął srebrzyście, gdy się poruszył, ściskając dłonie w pięści i dygocząc na całym ciele. Kolejny tłumiony jęk opuścił jego wargi, kiedy Ena podbiegła do posłania.
    Kucnęła przy brzegu łóżka za plecami śpiącego i już chciała wyciągać dłoń, kiedy zorientowała się, że nie wie, jak Żołnierz zareaguje. Możliwe, iż wcale nie będzie jej pamiętał, a możliwe też, że zwłoka tylko pogorszy sytuację. Przygryzła wargę, postanawiając zaryzykować, jednak zanim sięgnęła do spiętej sylwetki, w ostatnim przebłysku zdrowego rozsądku zablokowała mechanizmy na przedramionach. Nadal ich nie zdjęła, odkąd przybyli do bazy.
    - Wis – szepnęła, czując dziwną suchość w gardle, gdy pierwszy raz od kilku lat wymówiła na głos stare przezwisko. Żołnierz poruszył się, ale kolejny zduszony dźwięk dobiegł jej uszu. Przezwyciężywszy obawy, wyciągnęła dłoń i przesunęła palcami po umięśnionych barkach mężczyzny, który drgnął pod delikatnym dotykiem. – Bucky – mruknęła cicho, ostrożnie, by nie ocknął się zbyt gwałtowanie. – Bucky, obudź się. Bucky! – podniosła nieco głos, przesuwając dłoń wyżej i wtedy poczuła, jak jego ciało tężeje.
    Nie miała czasu na zareagowanie, kiedy w jednej chwili klęczała przy brzegu łóżka, a w drugiej leżała na ziemi, przygwożdżona przez chłodne, metalowe ramię ułożone na linii obojczyków. Musiała siłą powstrzymać swoje instynkty, zmuszając się do pozostania całkowicie bierną. Właściwie cieszyła się, że nie dał jej możliwości na zablokowanie nagłego ataku. Gdyby próbowała się bronić, sytuacja mogłaby przybrać jeszcze gorszy obrót, a w tym momencie wszystko, czego chciała, to by dostrzegł, że nie przyszła go w jakikolwiek sposób zranić. Zauważyła również, że nie użył całej swojej siły – jakby w ostatnim odruchu się przed tym powstrzymał. Zrobiła o tym mentalną notatkę w umyśle, po czym rozluźniła mięśnie i czekała.
    Przez chwilę nic się nie działo. Brunet oddychał ciężko, oparty na prawym ramieniu i kolanach, ze wzrokiem utkwionym w spokojnej twarzy kobiety. Ciemne, zwichrzone włosy prawie muskały policzki Eny, okalając męską szczękę pokrytą lekkim zarostem.
    Jeszcze moment wcześniej znajdował się wewnątrz koszmaru, a teraz nie mógł oderwać spojrzenia od oczu nieznajomej. Jego umysł przeszyło dziwne uczucie, że skądś znał tę twarz, głos, którym wyrwała go ze snu, delikatny dotyk; nawet sposób, w jaki całkowicie rozluźniona pozwoliła mu, by sam wrócił do rzeczywistości. Cała sytuacja wydawała się znajoma.
    - Co tu robisz? – zapytał głosem noszącym jeszcze ślady wcześniejszego koszmaru, zachrypniętym i szorstkim, który wysłał dreszcz po ciele ciemnowłosej.
    - Ena Sinatri, miło poznać – odpowiedziała beztrosko, zupełnie jakby wcale nie leżała uwięziona przez metalową rękę. – Usłyszałam, jak się rzucasz, więc postanowiłam cię obudzić. – Wzruszyła ramionami na tyle, na ile było to możliwe. – Mógłbyś…?
    Zawahał się. Nie, żeby specjalnie mu się dziwiła. Widziała, jak w jasnych oczach toczą bitwę dwie różne osobowości, każda podpowiadająca inaczej. Przez cały ten czas nie spuścił wzroku z jej twarzy, co wytrzymała ze stoickim spokojem. Pozwalając sobie na powolne zbadanie ostrych rysów, zauważyła, jak niewiele się zmienił. Fakt ten zabolał znacznie bardziej, niż się spodziewała, choć przyniósł równocześnie pewną ulgę.
    Trwało to chwilę, zanim cofnął ramię i odsunął się na bok, by mogła swobodnie wstać. Usiadł na podłodze, przyglądając się zabójczyni z uwagą, kiedy podążyła w jego ślady.
    - Wybacz – mruknął cicho – to było odruchowe.     
    Skinęła ze zrozumieniem, krzyżując nogi. Miała przeczucie, że gdyby chciał pozbyć się jej jak najszybciej, wtedy po prostu by wstał, a nie pozostał na miejscu obok. Musiał trzymać w umyśle pytania, które zaczęły wypełniać również badawcze spojrzenie.
    - Nic się nie stało – odpowiedziała. – Rozumiem, też czasem miewam koszmary… - zawiesiła głos, mierząc zaciekawionym wzrokiem spiętą sylwetkę Żołnierza. Cisza wypełniła powietrze, kiedy Ena cierpliwie czekała na następne słowa bruneta:
    - Trenowałem cię – bardziej stwierdził, niż zapytał, odwzajemniając spojrzenie zabójczyni, w którym odmalowało się zaskoczenie, jak też pewne zadowolenie. Takiego obrotu sytuacji się nie spodziewała i choć broniła się, jak mogła, nie potrafiła zdławić nadziei ledwie zasianej w sercu.
    - Czyli jednak mnie pamiętasz. – Lekki półuśmiech zagościł na jej twarzy, kiedy ponownie zamilkli, jakby fakt ten oboje przyprawił o nowe, a równocześnie znane poczucie ciepła w piersi. – Jak bardzo? – zapytała w końcu.
    W chwili, w której dojrzała konsternacje w jasnych oczach, znała już odpowiedź.
    - Tylko przebłyski, kilka treningów – przerwał, zbierając myśli, przy czym na jego wysokim czole pojawiła się niewielka, pionowa zmarszczka – urywki misji, jeden ze sparingów, kiedy…
    -… skopałam ci tyłek?
    - Zbyt mocno ujęte. – Rozbawione iskierki zatańczyły w dotąd twardym spojrzeniu i Ena poczuła, jak coś ściska ją od wewnątrz na ten ulotny widok. Zdystansowany wyraz szybko wrócił na twarz Żołnierza. – Jak dobrze się znaliśmy?
    Powaga tego pytania zawisła między nimi, zagęszczając atmosferę tak, aż wydawało się, jakby mogli kroić powietrze w kostki.   
   - Byliśmy… dość blisko. – W ostatniej chwili ugryzła się w język, zanim powiedziałaby za dużo, decydując, by nie zrzucać na głowę Jamesa zbyt wielu nowych informacji w jednym momencie. W jej sercu zdążyła zakiełkować nadzieja, że może z czasem sam odzyska wspomnienia, choć wiedziała, jak złudną i bolesną mogła się okazać. 
    Żołnierz poruszył się nieznacznie, ze zmarszczonymi brwiami analizując słowa zabójczyni. Nie potrafił powiedzieć dlaczego, ale był niemal pewny, że nie mówiła mu wszystkiego.
    - Jak blisko? – zapytał, podejrzliwa nuta pobrzmiała w męskim, zachrypniętym głosie.
    - To już musisz sam odkryć, Wis.
    Delikatny uśmiech ponownie rozciągnął pełne wargi Eny, a w jasnych oczach zaiskrzyło zaskoczenie, ale także rozpoznanie. Kolejne kawałki układanki poczęły wskakiwać na swoje miejsca wraz z nowymi urywkami wspomnień zalewającymi jego umysł. Ciemnowłosa od razu rozpoznała ten wzrok i podniosła się z podłogi, wiedząc, że teraz musiała zostawić go samego. Taki natłok nowych informacji powinien przetrawić samotnie, a przynajmniej zawsze tak robił.
    Brunet wpierw podążył uważnym spojrzeniem za jej ruchami, po czym sam również wstał, na końcu języka mając prośbę, której nie odważył się wypowiedzieć. Rozumiejące, dwubarwne tęczówki zabójczyni zmierzyły go z jeszcze inną pobłyskującą w nich, bliżej niezidentyfikowaną emocją, zanim zwróciła się do wyjścia z sypialni.
    - Bądź jutro na sali treningowej, punkt ósma – wygięła usta ku górze nieco złośliwie – zobaczymy, czy wciąż jesteś tak dobry jak kiedyś.
    Przez chwilę nie wiedział, jak zareagować, wpatrując się w miękki chód i plecy okryte czarnym materiałem bokserki. W końcu jednak zdołał zebrać myśli i na pożegnanie odpowiedzieć:
    - Raczej czy wciąż mi dorównujesz.
    Parsknąwszy tylko śmiechem na tę uwagę, opuściła pomieszczenie, a po chwili również mieszkanie, zamykając za sobą drzwi z cichym kliknięciem. Słowa na jego języku wydawały się nowe, a równocześnie dziwnie znajome, jak zresztą większość rzeczy, które dotyczyły tajemniczej ciemnowłosej. Wciąż musiał sobie wiele przypomnieć, w dodatku z każdym dniem odkrywając kolejne luki, ślady wielokrotnego prania mózgu, jakiemu poddawała go HYDRA. Gdy o tym pomyślał, zawsze odczuwał palącą wnętrze wściekłość; złość na swoją bezsilność, na to, że się nie sprzeciwił, na to, co zrobił przez te wszystkie lata.
    Westchnął bezgłośnie, przeczesując palcami przydługie kosmyki. Powrócił do iskrzących się złośliwie dwubarwnych tęczówek i delikatnego uśmiechu. Sposób, w jaki całkiem kontrastowe emocje malowały się w tych dwóch kręgach, poruszył coś głęboko w nim ukrytego, gdzieś na dnie samej duszy. Zamazane, niewyraźne, ale odczuwalne. Przetrwało, pomimo starań dawnych pracodawców, by całkiem je usunąć. Czym było – nie wiedział. Jeszcze nie.
    Kątem oka zerknął na zmierzwioną pościel, sceny z koszmaru przewinęły się przez umysł. Nie miał ochoty znów zasypiać, jednak potrzebował sił na następny dzień. W końcu doczekał się wyzwania.
    Z niezadowolonym grymasem sięgnął po małe, białe pudełeczko schowane w szufladzie szafki nocnej i wysypał kilka tabletek, by połknąć wszystkie naraz. Zwykle zapewniały mocny sen bez snów. Zwykle, bo czasem wspomnienia okazywały się zbyt silne. Mały prezent od TARCZY, który przyjął z wdzięcznością, choć początkowo nieufnie.
    Tym razem położył się z cichą nadzieją, że jeśli wrócą do niego jakiekolwiek obrazy, będą dotyczyć raczej znajomej zabójczyni, niż kolejnej walki na śmierć i życie.

~***~

     Krótkie, cienkie ostrze zalśniło w sztucznym świetle lamp, kiedy z niebywałą precyzją przecięło powietrze i utknęło w samym środku drewnianej tarczy. Głuchy odgłos uderzenia rozszedł się po pustej sali, zaraz po nim kolejny i następny. Niewielkie noże raz za razem trafiały idealnie w każdy z celów, nieważne - ustawiony bliżej, dalej, na poziomie sufitu czy podłogi. Niezmiennie, bez najmniejszego uchybienia. Nie minęło nawet pół minuty, kiedy wszystkie tarcze ozdobione zostały ostrzami zagłębionymi w czerwonych punktach na samym środku. Niewielki pokaz dobiegł końca, a Żołnierz nadal milcząco wpatrywał się w wyniki. Potrafił celnie rzucać, jednak nigdy w takim tempie i na tak wielkie odległości. Musiał przyznać, że był pod wrażeniem umiejętności zadowolonej z siebie ciemnowłosej.
    - Jak długo się tego uczyłaś? – zapytał, w końcu zerkając na dziewczynę, która zaledwie kilka dni wcześniej zdała ostateczny test. Teraz ich role się odwróciły.
    Ena zacisnęła wargi i zmarszczyła brwi, jakby zastanawiając się nad odpowiedzią.
    - Kilka miesięcy, może mniej – powiedziała, wzruszając lekko ramionami. – Tylko że ja uczę się i poruszam szybciej, więc każdemu zwykłemu człowiekowi osiągnięcie takiej celności zajęłoby znacznie więcej czasu. Jeśli w ogóle byłby w stanie dotrzeć do tego poziomu.
    - Próbujesz mi zaimponować?
    - Przecież już to zrobiłam.
    Uśmiechnęła się do niego szelmowsko, a kiedy dostrzegł iskry w tych niezwykłych oczach, nie potrafił nie odpowiedzieć lekkim uniesieniem kącików własnych warg.
    - Nauczę cię tak rzucać. – Wskazała głową na odległe cele, po czym z nieco tajemniczym, cwanym wyrazem twarzy wyciągnęła kolejny, nieco dłuższy nożyk. – Oraz jak używać ich w zwarciu, jako broń i rozproszenie.
    Kilkukrotnie przekręciła broń w palcach jakby była pałeczką do perkusji, tak lekko i szybko, że zdawała się rozmazywać,  potem  z równą łatwością przerzuciła nóż do drugiej dłoni, by nią powtórzyć mały popis. Wis, całkowicie skupiony na ruchu jej nadgarstka, nie zawrócił uwagi, kiedy wyciągnęła następne ostrze. Wtedy w jednym, płynnym ruchu postąpiła krok do przodu, jeden nóż umiejscawiając na tyle jego szyi, drugi, jeszcze przed chwilą lawirujący między palcami, idealnie pod żebrami. Zaskoczenie błysnęło w jasnych oczach. Nawet gdyby zorientował się w intencjach zabójczyni, wiedział, że dzięki broni zyskała ogromną odwagę. Skubana umiała się nimi posługiwać. Mógłby oczywiście umknąć spod ostrzy, jeśli tylko by zechciał, jednak jego umysł szybko odnotował, jak blisko ich ciała się znalazły. Ena zdała sobie z tego sprawę dokładnie w tym samym momencie, przeklinając w głowie, że nie przemyślała dostatecznie swojego ruchu.
    Cofnęła się dokładnie w chwili, w której Żołnierz pochylił się, jakby przyciągany siłą nieznaną im obojgu. Serce zaczęło dudnić w jej piersi, kiedy słaba wizja przemknęła przez umysł. Odrzuciła niedorzeczne myśli, wracając do swojej typowej, nieco nonszalanckiej pozy. Wis również wyprostował się, maska ponownie przykrywająca przystojną twarz.
    - Czyli teraz odpłacisz mi się za te wszystkie siniaki, co? – westchnienie pobrzmiało w jego niskim głosie, chociaż zdawał się żartować.
    Dwubarwne tęczówki spojrzały na mężczyznę wpierw z zaskoczeniem, zaraz zastąpionym przez rozbawienie. Tylko przy niej pozwalał sobie na żarty. Dziwne, nieznane uczucie podobne do łaskotania motylich skrzydeł w żołądku przesunęło się wewnątrz jej ciała, a uśmiech odmalował się na pełnych wargach.
    - Ależ skąd – zaprzeczyła, diabelskie błyski zaiskrzyły w figlarnym spojrzeniu – po prostu odbiorę swoją nagrodę.

~***~

    Budząc się, miał wrażenie, jakby wcale nie zmrużył oczu, chociaż w istocie czuł się znacznie lepiej niż poprzedniego poranka. Tej nocy nie nawiedziły go już żadne sny. Spojrzał na swoje dłonie, oparte teraz o kolana, metalowa w skórzanej rękawiczce bez palców, której prawie nigdy nie zdejmował, ewentualnie zmieniając na inną. Zacisnął pięść, przyglądając się, jak ciepły blask tańczy na stalowej powierzchni. Wspomnienie nocy powróciło do jego umysłu. Sposób, w jaki dziewczyna nawet nie drgnęła pod chłodnym ramieniem, całkiem rozluźniła się i pozwoliła mu dojść do siebie, kiedy sama leżała przygwożdżona do podłogi. Dlaczego? Bo kiedyś się znali? Jak dobrze? Pytania kotłowały się pod czaszką, ale odpowiedzi nie nadchodziły. Niewiedza przeszyła Żołnierza irytującą igłą, gdy w końcu podniósł się z łóżka, decydując, że musi się dowiedzieć.
    Dwubarwne tęczówki nie dawały spokoju szybko płynącym myślom, nawet kiedy narzucił na siebie koszulkę i wyszedł z mieszkania, gdzie wpadł na dawnego przyjaciela. Widok Steve’a zawsze budził w Jamesie mieszane uczucia – z jednej strony radość, z drugiej zmieszanie i ból, przypomnienie, że kiedyś był zupełnie innym człowiekiem.
    - Szybko wróciliście – powitał blondyna, który uśmiechał się lekko, jak zawsze, gdy spotkał kumpla.
    - To nie była bardzo skomplikowana misja – odpowiedział Kapitan.
    - Idziesz złożyć raport Fury’emu? – zapytał, na co Rogers skinął głową. Oboje przeszli razem przez korytarze górnego piętra, a potem skierowali się na parter. – Właściwie to na czym polegała ta wasza misja? – Żołnierz spojrzał z ukosa na rozmówcę.
    Kapitan wahał się przez chwilę, nie wiedząc, czy powinien od razu wyjawiać szczegóły. Kiedy odwzajemnił spojrzenie jasnych, uważnych oczu, stwierdził, że był mu winny chociaż szczerość.
    - Mieliśmy sprowadzić do bazy tajną agentkę, która kiedyś pracowała dla HYDRY, ale przeszła na naszą stronę. Najzabawniejsze, że wcześniej nikt nie miał pojęcia o jej istnieniu, a teraz ma do nas dołączyć na stałe. – Nieco gorzki uśmiech zabarwił wargi jasnowłosego.
    - Sinatri – mruknął pod nosem James, kiedy brakujące elementy układanki wskoczyły na swoje miejsce. Nie wiedział, czemu od razu nie zastanowił się, co robiła w bazie TARCZY, jednak podświadomie czuł, że dawno przeszła na ich stronę. Ta wiedza, jak wszystko, czego wciąż nie pamiętał, zdawała się ukrywać gdzieś na granicy umysłu, czasem tylko dając wskazówki.
    Kapitan posłał mu zaskoczone spojrzenie. Zeszli już na poziom parteru, kierując się korytarzem, gdzie obaj musieli się rozdzielić. Przystanął przy odnodze prowadzącej do podziemnych gabinetów i zanim brunet zdołał się oddalić w stronę sali treningowej, zapytał z konsternacją:
    - Skąd wiesz?
   James, zerkając przez ramię na przyjaciela, wygiął wargi w nikłym, ale rozbawionym i trochę kpiącym uśmiechu.
    - Idę sprawdzić, czy wciąż jest w stanie skopać mi tyłek – stwierdził, po czym zniknął za zakrętem korytarza.
    Steve zamarł, wpatrując się w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą zobaczył na twarzy Barnesa ten rzadki grymas. To był jeden z naprawdę nielicznych momentów, kiedy osobowość Bucky’ego, jego najlepszego przyjaciela, wracała na swoje miejsce i wychylała się zza chłodu Żołnierza.
    Poczuł, jak nadzieja przeszywa przyjemnym ciepłem serce, gdy skierował się do gabinetu dyrektora, by złożyć raport. Zaczął myśleć, że ich misja rzeczywiście miała większy sens i mógł jeszcze odzyskać kumpla.

środa, 19 listopada 2014

"Rozpalić wspomnienia" Rozdział 2

[Nieco przydługi, następny fragment opowiadania o Zimowym Żołnierzu. Wyjaśnień raczej żadnych nie potrzeba, więc słowniczka dziś brak. Dłużej niż poprzednio, ponieważ nie chciałam tego rozdzielać nierówno. Zapraszam ^^]


Rozpalić wspomnienia

Rozdział 2


   Siedziała na swym miejscu niezmiennie od paru godzin, z jednym kolanem przyciągniętym do piersi, obserwując krajobraz za szybą samochodu. Wewnątrz panowała cisza, urozmaicona tylko przez muzykę sączącą się z głośników i jednorazowe próby wciągnięcia Eny do rozmowy przez któregoś z kompanów podróży. Nie miała ochoty na pogaduszki, czy zwierzanie się ze swojej przeszłości, jednak nie umknęło jej, jak Kapitanowi zdarzało się zerkać na nieruchomą postać tym pełnym pytań spojrzeniem. Podejrzewała, jakie myśli musiały kotłować się w jego umyśle, ale nie zamierzała wszystkiego ułatwiać. Nigdy nie była tą pierwszą, która robiła krok na drodze do zaufania. W życiu spotkała tylko parę osób naprawdę godnych, by zrobić wyjątek, i nie zapowiadało się, aby grono to miało się kiedykolwiek powiększyć. Zwłaszcza, gdy wciąż pamiętała, ile bólu mogło to kosztować.
    Mimo tego Kapitan i Sokół zdołali już zyskać sobie jej sympatię. Nie wiedziała, co takiego mieli w sobie umięśniony blondyn o błękitnych oczach czy jego ciemnoskóry przyjaciel, ale jednego była pewna – Fury im zaufał. Na tym gruncie wierzyła Nickowi, który znał się na ludziach nawet lepiej od niej, toteż cierpliwie czekała, aż któryś zacznie nurtujący ich umysły temat. Nie wątpiła, że stanie się to już niedługo.  
   Steve Rogers jednak uparcie milczał. Po kilku nieudanych próbach z jego i Sama strony postanowił więcej nie wciągać Eny na siłę do rozmowy, czasem tylko wymieniając jakieś luźne uwagi z kumplem. Mimo to bywały momenty, że musiał gryźć się w język, by powstrzymać pytania. Jej tajemnicze słowa wypowiedziane w salonie ciągle mąciły mu w umyśle; nie mógł rozgryźć, co tak naprawdę łączyło Bucky’ego z ciemnowłosą zabójczynią. Podejrzewał, ale podejrzenia te wydawały się dziwnie niedorzeczne. Może przez fakt, że widział, jak bezdusznym zabójcą był Zimowy Żołnierz.
    Czasami też inna sprawa przejmowała prym w gonitwie myśli. Mianowicie dość specyficznie wyglądająca część garderoby Eny, wykonane z ciemnej, utwardzanej skóry, z wszytą dodatkową warstwą metalu zarękawia – do złudzenia przypominały część zbroi. Zapewne musiały pełnić również ważniejszą funkcję prócz tej ochronnej, ponieważ w którymś momencie Steve dojrzał, jak światło odbija się od mechanizmu umieszczonego na spodzie przedramienia. Właściwie zauważył te niesamowicie wyglądające zarękawia dopiero, gdy zdjęła swoją skórzaną kurtkę – w samochodzie mimo klimatyzacji było dość ciepło, a grzejące przez szyby słońce tylko wzmacniało ten efekt. Prócz nich w jej wyglądzie nie zauważył żadnych większych zmian, nadal miała na sobie ciemne, dopasowane dżinsy i czarną bokserkę, tylko założyła jeszcze wysokie do kolan, wiązane buty na niewielkim obcasie.
    Nie przebierała się na podróż w swój specjalny strój – który na pewno posiadała jako zabójczyni – co dało mu niewielką nadzieję, że rzeczywiście mogą być na dobrej drodze do zapoznania się. Albo po prostu stwierdziła, iż nie będzie się wyróżniać, skoro oni także byli w cywilnym ubiorze. Cóż, tylko ten tajemniczy element psuł wrażenie zwyczajności ich pasażerki.
    W końcu nie wytrzymał i z kiepsko skrywaną ciekawością zapytał:
    - Co masz na rękach? Pierwszy raz widzę, by ktoś nosił coś podobnego.
    Nie koniecznie chciał, by tak to zabrzmiało, jednak wyrwana z zamyślenia Ena wcale nie wyglądała na urażoną. Wręcz przeciwnie, nawet uśmiechnęła się do niego lekko. Trochę kpiąco, ale uniosła kąciki warg i to się liczyło. Wilson, rezydujący teraz na tylnim siedzeniu, pochylił się nieznacznie w ich stronę, wyczuwając, że może w końcu Steve’owi udało się zadać odpowiednie pytanie, by rozmowa nie umarła po pierwszych słowach.
    Ciemnowłosa wyprostowała się na siedzeniu.
    - Bo też nigdy nie spotkałeś kogoś takiego jak ja, Kapitanie – odpowiedziała lekkim tonem, prawie jakby żartowała, po czym z ledwie wyczuwalnym zadowoleniem dodała: – Spójrz.
     Uniosła lewę rękę między ich ciałami spodem do góry na wysokość odpowiednią, by prowadzący Steve mógł mieć na oku równocześnie drogę, i w jednym, płynnym ruchu odchyliła nadgarstek, napinając mięśnie przedramienia. Z metalowego mechanizmu w ułamku sekundy wyśliznęło się długie prawie na dwadzieścia centymetrów, wąskie ostrze, błyszcząc drobnymi zdobieniami w świetle słońca padającego przez przednią szybę. Cichy gwizd z tylniego siedzenia dobiegł do uszu Sinatri, a Kapitan wymownie uniósł brwi w zaskoczeniu, choć, jak później sądził, powinien był się spodziewać czegoś podobnego.
    - Prawdziwa broń prawdziwego zabójcy – podsumował, spojrzenie błękitnych oczu krzyżując ze wzrokiem dwubarwnych tęczówek.
    - Otóż to – potwierdziła. Rozluźniła mięśnie, a ostrze ponownie schowało się wewnątrz mechanizmu. – Są poręczniejsze w podróży niż moje sztylety – dodała z uśmiechem, wskazując podbródkiem zawiniątko leżące u jej stóp od początku podróży – niestety mają też swoje wady.
    - Na przykład? – zapytał z zaciekawieniem Wilson, podczas gdy Kapitan ponownie skupił się na drodze przed nimi, w dalszym ciągu jednak zerkając na ich dwójkę.
    - Nabawiłam się sporej ilości blizn, gdy uczyłam się nimi posługiwać. Czasami nadal bywa, że wysunę je w mało korzystnym momencie i nieco się uszkodzę – pokazała im wnętrze dłoni poznaczonej jasnymi, podłużnymi liniami starych ran – dlatego zwykle noszę jeszcze rękawiczki. Zawsze to jakaś ochrona. – Wzruszyła ramionami, ponownie kładąc rękę na nodze, którą opierała o siedzenie. Niewielki uśmiech rozciągnął jej wargi. – Najbardziej muszę uważać, gdy zamontuję ostrze z trucizną. Paskudnie byłoby zginąć od własnej broni.
    - Używasz trucizny? – Nie ukrył zdziwienia Rogers.
    Skinęła głową, odgarniając z twarzy kilka krótszych kosmyków, które zdołały wymknąć się z grubego, ciasno zaplecionego warkocza.
    - Jestem, a właściwie byłam, typem skrytobójcy – wyjaśniła spokojnie, bez żadnych większych emocji w głosie. – Wysyłano mnie do cichych misji, tych o „największym poziome trudności”, że tak powiem. Skradałam się, zabijałam i uciekałam. Żadnych świadków, żadnych śladów i żadnych tropów.
    Nie odpowiedzieli. Krępująca cisza przedłużała się, kiedy żadne nie zebrało odwagi na podjęcie wątku. Chwilę zajęło im, zanim byli w stanie przyswoić sobie nową wiadomość i spokój, właściwie nawet bezduszność, z jakim Ena mówiła o swoim dawnym zajęciu. Czyżby odeszła od HYDRY właśnie z tego powodu? By przestać zabijać? Fury nie mówił, czym zajmowała się dla TARCZY, a dobrze wiedzieli, że organizacja miała dużo wrogów do likwidacji. Zadziwiło ich również, jak bez problemu odpowiadała na pytania. Przez całą drogę nie była skora do rozmowy, ale teraz wyglądało, jakby nabrała nastroju na trochę konwersacji.
    - Słuchaj – zaczął z pewną dozą niepewności Kapitan – mogę cię o coś zapytać?
    Prychnęła cicho pod nosem, jakby właśnie tego się spodziewała.
    - Na to tylko czekałam. Pytaj.
    - Jak to się stało, że ty i Bucky… - Przez chwilę szukał odpowiednich słów, nie wiedząc właściwie, co tak naprawdę chciał wiedzieć.
    -… się poznaliśmy? – podsunęła, unosząc nieco brwi w geście rozbawienia.
    - Właśnie – potwierdził, z ulgą przyznając w myślach, że póki co najlepiej będzie zacząć od początku, jak sama zaproponowała, i nie wstępować na delikatniejszy grunt. – Wysłali was na wspólną misję? – Zerknął na pasażerkę z ciekawością.
    Wilson w tym czasie odsunął się na swoje siedzenie, dając im nieco przestrzeni. Czuł, że w tej rozmowie nie miał co brać udziału, aczkolwiek nie powstrzymało go to od uważnego słuchania.
    Ena nieznacznie poprawiła się w fotelu, spoglądając na horyzont przed nimi, zanim odpowiedziała:
    - Nie do końca. Przez pewien czas był moim, hmm, mentorem, jeśli można to tak określić. – Uniosła kąciki kpiąco, jednak również z pewną goryczą. – Uczył mnie walki wręcz, póki nie byłam wstanie go pokonać.
    - Wybacz, ale nie wyglądasz na kogoś, kto walczy na pięści – stwierdził Kapitan, zerkając na rozmówczynię. Ku jego zdziwieniu lekka wesołość odmalowała się w dwukolorowych tęczówkach.
    - Racja, co nie zmienia faktu, że zabójcy HYDRY musieli być wszechstronnie wyszkoleni – wyjaśniła. Steve skinął ze zrozumieniem, jednak nie przerywał, kiedy zaczęła mówić dalej. Właściwie to całkiem zaciekawiła go osoba Eny. – Ale, jak pewnie zauważyłeś, ja akurat mam własną specjalizację. Nawet sama nauczyłam go kilku sztuczek. – Przekręciła zabawnie głowę, spoglądając na jasnowłosego mężczyznę zamyślonym wzrokiem. – W sumie, całkiem nieźle bym tam do was pasowała. Ty masz swoją tarczę, Hawkeye łuk, para ostrzy też by się przydała.
    - Więc czemu Fury nie wcielił cię do Avengers? – zapytał, zerkając na pasażerkę z ukosa.
    Wzruszyła ramionami, na powrót utkwiwszy wzrok w drodze przed nimi. Niemal mógł zauważyć, jak się spina i powoli wycofuje.
    - Pewnie jeszcze nie do końca mi ufał - i wcale mu się nie dziwię.
    - Nie obraź się, Ena, ale wiesz… – nieoczekiwanie dobiegł do nich głos Sokoła, który z uśmiechem pochylił się do przodu – trochę przypominasz mi Natashę.
    Uniosła brwi, kiedy zaskoczenie na krótką chwilę odmalowało się w jej oczach. Zaraz potem się rozluźniła, a w tęczówkach błysnęło rozbawienie.
    - Tylko że ja umiem coś więcej od strzelania – odparowała, na co cała trójką parsknęła cichym śmiechem. Niemniej po tych słowach zapanowała cisza, w której każde z nich ze zdziwieniem myślało, jak zwyczajny przebieg miała ta rozmowa, pomimo dość niecodziennych wśród normalnych ludzi tematów. W końcu siedzieli w jednym samochodzie z profesjonalną zabójczynią, w dalszym ciągu bardzo słabo im znaną.
    - Zobaczymy cię kiedyś w akcji? – zapytał jeszcze Sam, wywołując psotne iskierki w oczach Eny.
    - Możliwe, że nie będziesz musiał na to długo czekać.
    Obaj mężczyźni spojrzeli na ciemnowłosą z uniesionymi brwiami, jednak ona odpowiedziała tylko uśmiechem i nie raczyła już nic wyjaśniać. Szybko rozpoznali, że znów pogrążyła się w myślach i choć ciągle mieli dużo pytań, woleli na razie zachować je dla siebie.

~***~

   Wcześniej, rok 1960
    - Cholera! – warknęła pod nosem, kiedy znów wylądowała na macie całkowicie pokonana.
    - Jesteś w tym beznadziejna, Sinatri – stwierdził męski głos z wyraźnie odczuwalną, kpiącą nutą. Jego niskie, zachrypnięte brzmienie przebiegło dreszczem w dół kręgosłupa ciemnowłosej, rozbudzając w piersi znajomy gniew. Zawsze drażnił ją w ten sposób.
    - Tylko dlatego, że jeszcze się uczę – syknęła w odpowiedzi, mimo palącego bólu w mięśniach żwawo podnosząc się na nogi. – Zmierz się ze mną na sztylety – uśmiech rozciągnął pełne wargi – jeśli mnie pokonasz, wtedy będziesz mógł do woli powtarzać, jak jestem beznadziejna.
    Widziała, że iskierki poczęły tańczyć w zimnych, błękitnych oczach Żołnierza, nie sięgając jednak szerzej, by rozjaśnić również twarde oblicze. Był mistrzem w utrzymywaniu bezuczuciowej maski, jednak po paru tygodniach wspólnych treningów Ena zaczęła zauważać, że przy niej czasem uchylał rąbka tej tajemniczości. Zwłaszcza po kilku godzinach walki.
    - Skup się – powiedział, ale zaatakował jeszcze zanim ostatnie słowo opuściło jego wargi.
    Ledwie na czas zdołała uchylić się przed pierwszym ciosem, kiedy nadszedł kolejny, całkowicie ją zaskakując. Na szczęście w nabytym przez lata odruchu uniosła przedramię, biorąc na nie całą siłę uderzenia. Warknęła pod nosem, starając się kopnąć przeciwnika w kolano, jednak on zdołał już odwrócić się i zniknąć z pola rażenia, łapiąc i wykręcając dokładnie to samo ramię, którym wcześniej się obroniła. Sapnęła cicho. Czuła się, jakby każdy jej mięsień stanął w ogniu, przesyłając igły bólu wzdłuż kończyn i prawie uniemożliwiając jakąkolwiek obronę. Prawie.
    Zanim zostałaby całkowicie pozbawiona ruchu, uderzyła łokciem wprost pod żebra napastnika, dzięki czemu zyskała wystarczająco przestrzeni, by wymknąć się z uścisku metalowej ręki. W przypływie impulsu jednym, płynnym ruchem odwróciła się, robiąc wykop lewą nogą z zamiarem uderzenia w przeciwnika z siłą, która na pewno powaliłaby go na matę. Nie wyszło. Po raz kolejny to ona została sprowadzona na ziemię. Żołnierz wyczuł, co chciała zrobić, a że ruchy Eny były nieznacznie wolniejsze przez zmęczenie, złapał za jej łydkę, równocześnie podcinając drugą nogę. Uderzenie plecami w matę wyrwało oddech z płuc ciemnowłosej, na sekundę zamraczając umysł. Odnotowała jednak, że upadek mógłby być znacznie gorszy, gdyby nie silny uchwyt na łydce. Nie zaprzepaściła szansy.
    Szarpnęła lewą stopę w dół, a zaskoczony Żołnierz nie zdołał utrzymać równowagi, gdy dodatkowo odpłaciła mu się pięknym za nadobne, wolną stopą podcinając w kostkach. Instynktownie puścił jej kończynę, by móc uratować się przed wylądowaniem twarzą na macie. Ena szybko cofnęła uwolnioną nogę i bez namysłu wskoczyła na plecy mężczyzny, własnym ciężarem dociskając go do podłoża. Nie było to zbyt fortunne posunięcie – zwykłego przeciwnika mogłaby tak unieruchomić, jednak on posiadał as w rękawie. Bez problemu wyswobodził metalową rękę spod ścisku długich nóg, zrzucając napastniczkę ze swoich pleców, tak że natychmiast wylądowała pod nim. Chciała jakoś się zablokować, jednak zmęczone mięśnie powodowały znaczne spowolnienie jej ruchów; nawet naturalnie będąc szybszą od każdego zwykłego śmiertelnika, wobec wyczerpania pozostawała bezsilna. Musiała przyznać, że znalazła się w sytuacji bez wyjścia. Żołnierz mocno trzymał jej nadgarstki uwięzione przy głowie, własnymi nogami i ciężarem ciała uniemożliwiając skuteczne użycie dolnych kończyn. Nagle stała się aż nazbyt świadoma, jak blisko się znajdował.
    Ciężki oddech unosił pierś Eny, luźne kosmyki nadzwyczaj długich, splecionych włosów przykleiły się do jej wysokiego czoła, wargi pozostawały lekko uchylone, kiedy próbowała uspokoić galopujące tętno. Spoglądała w te jasne, niebieskie oczy, nie potrafiąc odwrócić wzroku. Choć wiedziała, że to było niedorzeczne, uwielbiała sposób, w jaki na nią patrzył podczas tych krótkich momentów na treningach. W tych ulotnych chwilach nie były twarde i nieprzeniknione niczym lód. Mogła dojrzeć w nich dumę pomieszaną z rozbawieniem, zadowolenie i pasję, ogromną pasję. Czasami nawet miała wrażenie, że widziała w nich pożądanie, wręcz głód, który tylko podsycał naelektryzowaną atmosferę wokół. Oczywiście to nie zawsze tam było, urosło z czasem, z każdą wspólnie spędzoną godziną, doprowadzając ich do właśnie tego punktu, gdzie wystarczyło tylko, by pochylił się nieco w jej stronę lub by ona uniosła głowę i sięgnęła po to, co od dłuższego czasu pragnęli zrobić.
    Wycofał się.
    Prawię jęknęła z zawodu, gdy w jednej chwili czuła jego oddech na wargach, a zaraz potem podniósł się do pionu, wyciągając dłoń, by pomóc dziewczynie wstać. Musiała przełknąć gorycz odrzucenia, jeśli nie chciała pokazać, jak bardzo zabolało. Mając nadzieję, że nie dała po sobie niczego poznać, chwyciła jego wyciągniętą dłoń i również wstała.
    - Dzięki – mruknęła cicho, odruchowo odgarniając z twarzy ciemne kosmyki. Żołnierz przez cały ten czas nie spuścił z niej badawczego spojrzenia i tylko skinął lekko w odpowiedzi. Mniej więcej tak kończyły się wszystkie ich treningi w ostatnim tygodniu.
    - Nieźle, Sinatri, prawie ci się udało – powiedział, co zabrzmiało niemal jak pochwała, jednak jego twarz pozostała bez cienia jakiekolwiek emocji. – Koniec na dziś. Idź odpocząć, jutro zaczynamy o tej samej porze – dodał, po czym odwrócił się i odszedł, pozostawiając Enę zaskoczoną słowami, które prawie mogła uznać za oznakę troski. No, to była spora nowość.

    Miesiąc później.
    Serce tłoczyło krew do żył wraz z adrenaliną dwukrotnie szybciej niż zazwyczaj, dodając sił i klarując myśli, gdy za wszelką cenę próbowała przebić się przez obronę przeciwnika. Brunet musiał starać się znacznie bardziej niż jeszcze parę tygodni wstecz, w końcu mając przed sobą osobę w pełni wyszkoloną i gotową na zmierzenie się w prawdziwej walce. Ena była jedyną, która mogła go teraz pokonać. Już przed wstąpieniem do HYDRY posiadała szybkość i siłę większą niż u każdego zwyczajnego człowieka, a przez ostatnie miesiące szkoliła się pod okiem Żołnierza, by zyskać umiejętności dorównujące jego własnym. Teraz ich walka odbywała się czysto na poziomie instynktownym, wyczuwali swoje ruchy, zanim zdołali je wykonać, a jednak zachowywali w umysłach fakt, że każde z nich było nieobliczalne.
    Stęknęła cicho, gdy z niebywałą siłą metalowego ramienia została sprowadzona do parteru tylko po to, by sama mogła zawinąć nogi wokół szyi Żołnierza i pociągnąć go za sobą. Podniosła plecy z chłodnej maty, od razu chwytając nadgarstek prawej ręki przeciwnika. Wykręciła go w swoją stronę, wyciskając z piersi mężczyzny zduszone sapnięcie bólu. Zdołał jeszcze metalową dłonią odwinąć jedną jej nogę i nieco się podnieść, ale wtedy drugim ramieniem owinęła jego szyję, dolnymi kończynami owijając tułowie i unieruchamiając tym samym problematyczną rękę. Szarpał się jeszcze chwilę w silnym uścisku, aż w końcu znieruchomiał, dając podopiecznej do zrozumienia, że tym razem wygrała starcie. Rozluźniła mięśnie i Żołnierz wyswobodził się z jej uchwytu. Mimo to oboje pozostali na macie.
     Ena oddychała ciężko, spoglądając na swoje dłonie i nadal nie za bardzo dowierzając w to, co się właśnie wydarzyło. Znieruchomiała, analizując ponownie całą sytuację i w końcu zdając sobie sprawę, że brunet siedzi obok i przygląda jej się badawczo. Podniosła wzrok na spokojne, lodowato błękitne oczy, z których nie mogła nic wyczytać. To nieco ją otrzeźwiło, sprawiając, że uniosła kąciki warg w zadowolonym, wręcz radosnym uśmiechu.
    - Wygrałam – stwierdziła, smakując brzmienie tego słowa. Na ten widok twarde spojrzenie Żołnierza stopniało, a bezduszna maska poszła w zapomnienie.
    Wtedy poczuła, jak ledwo uspokojone serce ponownie przyśpiesza, gdy zmierzył ją ciepłym, pełnym dumy wzrokiem. Nawet wygiął pełne wargi w uśmiechu, którego jeszcze nigdy u niego nie widziała, sprawiając, że wewnątrz skurczyła się w sobie. Wraz z tym gestem cała jego twarz przybrała zupełnie nowy wygląd. Ostre rysy nieco złagodniały, choć wysokie kości policzkowe i mocna linia szczęki pozostały niezmiennie bardzo męskie, a kąciki warg, zwykle opadające nieco w dół, uniosły się, tworząc w jednym policzku uroczy dołek. Czarne, roztrzepane i sięgające za podbródek włosy dopełniły efektu, który mógłby ściąć ciemnowłosą z nóg, gdyby już nie siedziała.
    - Gratulacje, Eno – powiedział, nieco kpiące iskierki zatańczyły w jego spojrzeniu – jednak nie jesteś taka beznadziejna.
    Wyczuła nawiązanie do jednego z dawniejszych treningów, ale nie to przykuło jej uwagę. Po raz pierwszy zwrócił się do niej po imieniu, nie tak, jak miał w zwyczaju, nazwiskiem. Lekkie zaskoczenie musiało zabłysnąć w dwukolorowym spojrzeniu, ponieważ dojrzała, że uśmiech Żołnierza nieco zblakł. Nie chcąc, by ta ulotna atmosfera między nimi minęła zbyt szybko, palnęła pierwsze, co przyszło jej na myśl:
    - No, to prawie jakbyś przyznał, że jestem ci równa.
    - Bo teraz jesteś – odparł po prostu, z nikłym uśmiechem obserwując reakcję ciemnowłosej.
    Lubił widzieć, jak wyginała wargi w tym radosnym geście. Wnosiła nieco pozytywnej energii w jego szare, pełne śmierci i mrozu życie, mimo iż czasami bywała kąśliwa i trochę irytująca. Gdy pierwszy raz usłyszał, że ma szkolić nową zabójczynię, miał ochotę odstrzelić jej głowę i mieć spokój albo złamać już na pierwszym treningu, by nigdy więcej nie wróciła. Ona jednak okazała się nadzwyczaj twarda. Została dobitnie pokonana, ale wróciła jeszcze bardziej zdeterminowana. W dodatku okazało się, iż wcale nie była tak niedoświadczona, jak sądził.
    Poruszyła się nieznacznie, opierając ciężar ciała na dłoniach za plecami. Iskierki zaciekawienia błyszczały w tych niezwykłych, dwubarwnych oczach, gdy przygryzła dolną wargę w zamyśleniu. Nie cierpiał, kiedy to robiła. Nigdy nie umiał się powstrzymać, by nie podążyć wzrokiem za tym gestem.
    - Wiesz – zaczęła, przeciągając nieco wyraz, jakby nie do końca była pewna, czy powinna mówić dalej. Uniesiona brew Żołnierza dodała Enie nieco odwagi. – Skoro już jesteśmy sobie równi, mogę mówić ci po imieniu?
    Zmiana była niemal natychmiastowa. Uśmiech zniknął z jego warg, a na twarz powróciła twarda maska. Odwrócił głowę i już myślała, że zaraz zostanie odprawiona przez chłodny głos, kiedy cicho odpowiedział:
    - Nie bardzo, nie pamiętam go. – Nie mogła powstrzymać zaskoczenia, które odmalowało się w jej spojrzeniu. Musiał to zauważyć, ponieważ westchnął, ponownie przenosząc wzrok na ciemnowłosą. – Amnezja wsteczna – wyjaśnił – teraz jestem po prostu Zimowym Żołnierzem.
    Nie umknęło uwadze Eny, jak pod pozornym spokojem w głosie mężczyzny ukrywała się gorycz. Możliwie, że się przesłyszała albo doszukiwała czegoś, czego wcale tam nie było, jednak jego spojrzenie mówiło samo za siebie. Wypuściła powietrze z płuc z cichym świstem, kiedy pomysł przeszył jej myśli, a kąciki warg drgnęły ku górze. Teraz brunet spoglądał na nią podejrzliwie.
    - Mam pomysł – oznajmiła. – Będę mówić do ciebie Wis, co ty na to? Twój przydomek jest nieco za długi, a dziwnie bym się czuła, wołając do ciebie per Żołnierz.
    - Wis? – powtórzył, przez chwilę smakując brzmienie skrótu, który właśnie wymyśliła. – Skoro chcesz. Nie brzmi tak źle.

sobota, 15 listopada 2014

"Rozpalić wspomnienia" Rozdział 1

[Dzieło inspirowane filmami Marvela – głównie Kapitan Ameryka (pierwsza, druga część) i częściowo Avengers, jednak wydarzenia dzieją się po drugiej części KA i też miejscami znaczenie dawniej. Miks "faktów" z filmów, nieco inspiracji również z przeczytanych tu i ówdzie informacji z komiksów, ale głównie własna inwencja twórcza, jeśli idzie o główne postacie i fabułę. Dla osób całkowicie niezorientowanych w świecie Marvelowskich bohaterów na sam początek mały "słowniczek", by się nie czuli zagubieni. Teraz najważniejsze informacje, jeśli w dalszych fragmentach pojawiać będzie się coś nowego, wtedy przed nimi również zamieszczę takie wyjaśnienia. Mam nadzieję, że będzie to pomocne :) I jeszcze jedna kwestia organizacyjna – cały fick podzielony będzie na trzy duże, obszerne rozdziały "części", jednak numery rozdziałów będą szły cały czas po kolei. Odnośnie tytułu też miałam sporo rozterek, ale póki co zostawiam ten, mam nadzieję, że nie tchnie zbytnim kiczem ;p
Pojęcia:
TARCZA – amerykańska agencja wywiadowcza, trzymająca pieczę nad projektem Mścicieli, aktualnie dowodzona przez Nicka Fury'ego.
HYDRA – nazistowska organizacja przestępcza powstała podczas II wojny światowej, zniszczona pozornie przez Kapitana, tak naprawdę przetrwała w TARCZY. Została jednak rozpracowana i ujawniona. 
Kapitan Ameryka – Steve Rogers, pierwszy superbohater na ziemi; w dzieciństwie chuderlawy, chorujący chłopiec o ogromnym poczuciu honoru, po werbunku do wojska zostaje zauważony przez naukowca, który potem czyni z niego nadludzko silnego, sprawnego żołnierza. Staje się amerykańskim bohaterem II wojny światowej, podczas której rzekomo ginie w mroźnych wodach Atlantyku. Kilkadziesiąt lat później zostaje odnaleziony w bryle lodu i "przywrócony" do życia. 
Sokół – Sam Wilson, wojskowy pilot wytrenowany w posługiwaniu się specjalnym "plecakiem" odrzutowym ze skrzydłami jak u ptaka, dołącza do Kapitana podczas zdarzeń drugiej części filmu, gdy Steve i Natasha są ścigani. 
Czarna Wdowa – Natasha Romanoff – dawna agentka sowiecka, superszpieg, aktualnie po stronie TARCZY.
Nick Fury- został "zabity" przez Zimowego Żołnierza na rozkaz dawnego dowódcy TARCZY, który w rzeczywistości kierował też HYDRĄ. Przeżył jednak i przejął pieczę nad organizacją wywiadowczą, o czym wiedzą tylko nieliczni (ostatnie to akurat moja inwencja, na potrzeby ficka).
Zimowy Żołnierz – James "Bucky" Buchanan Barnes, najlepszy przyjaciel Steve'a od dziecka, razem walczyli na froncie, należał również do grupy ściśle współpracującej z Kapitanem. Podczas jednej misji wypadł z pędzącego pociągu z ogromnej wysokości – dla wszystkich był stracony, jednak jak się okazało, przeżył dzięki HYDRZE, która odnalazła go i wcieliła w swoje szeregi. Stał się ich najlepszym, zawodowym zabójcą, przetrzymywanym w kriokomorze między misjami, by się nie zestarzał, często poddawany praniu mózgu – czyszczeniu wspomnień. Zawsze jednak zachowywał trzeźwe myślenie i część siebie, by dobrze wykonywać misje, którymi często dowodził.
Wszystkich, których nie zniechęcił ten wstęp, zapraszam serdecznie do czytania i wyrażania opinii ^^]

Rozpalić wspomnienia

Rozdział 1

    - Sprawy uległy znacznym zmianom, wiesz o tym, Kapitanie. Potrzebujemy więcej zaufanych ludzi - musicie ją przekonać i do nas sprowadzić…
    - I mam rozumieć, że ty jej ufasz, Fury?
    - Na tyle, na ile mogę, tak. Jak myślisz, dlaczego wysyłam tam was? Jest po naszej stronie dłużej niż twój dawny przyjaciel, w dodatku zna go lepiej od któregokolwiek z nas. W tym wypadku prawdopodobnie lepiej nawet od ciebie, Rogers.

~***~

    Aktualnie szerzej znany jako Kapitan Ameryka Steve Rogers już któryś raz z rzędu zastanawiał się, czy rzeczywiście powinien się wtedy zgodzić na tę specyficzną misję. Był żołnierzem, nie dyplomatą, i miał wątpliwości, czy Fury dobrze zrobił, wybierając go do tego zadania. Na szczęście na miejscu obok siedział całkiem rozluźniony Sokół, nucąc pod nosem słowa piosenki wydobywającej się z radia i wystukując palcami rytm na desce rozdzielczej. Nie miał najmniejszego problemu w zaakceptowaniu celu ich misji i zgodził się na udział w niej właściwie bez zadawania problematycznych pytań.
    - Wyluzuj, Kapitanie, mamy tylko przekazać jej wezwanie od Fury’ego. Skoro jest po naszej stronie, to nie powinniśmy mieć z tym żadnych kłopotów – przerwał, jakby zastanawiając się nad czymś, co wcześniej umknęło jego uwadze – chyba że postanowi nas zabić, zanim zdołamy się zbliżyć. Wtedy możemy mieć problem.
    Steve parsknął cichym śmiechem, choć słowa kumpla wcale nie poprawiły mu humoru. Oczywiście zostali zapoznani z podstawowymi wiadomości na temat ich „celu” – Eny Sinatri, zawodowej zabójczyni, która kilka lat wcześniej ze strony HYDRY przeszła do TARCZY i podlegała bezpośrednio Nickowi Fury’emu.  Naturalnie nikt o tym nie wiedział – gdy Fury przekazał im radosną nowinę, musieli odbyć naprawdę długą rozmowę, zanim przekonał ich, że pomoc Eny była niezbędna. Dla Rogersa jeszcze jeden fakt okazał się bardzo istotny – znała Bucky’ego, gdy służył HYDRZE.
    To właśnie sprowadziło go do sytuacji, w której aktualnie się znaleźli, jadąc na spotkanie prawdopodobnie najniebezpieczniejszej zabójczyni, jaka stąpała po tej części globu. Niezbyt pocieszająca myśl.
    - Zastanów się tylko, Sam – odezwał się po chwili, stwierdzając, że może dać upust swym obawom w obecności kogoś, kto potrafił go zrozumieć – co jeśli nie będzie chciała nas wysłuchać? Nie bardzo uśmiecha mi się z nią walczyć.
    - Problem z uderzeniem dziewczyny, co, Kapitanie? – stwierdził nieco zaczepnie Sokół, jednak dojrzawszy spojrzenie z ukosa, jakie posłał mu Steve, westchnął cicho. – Jeśli Fury mówił prawdę, powinna wiedzieć, kim jesteśmy, a co za tym idzie, że trzymamy dobrą stronę.
    - Ale mimo wszystko powinniśmy być w gotowości.
    - Dlatego ty dowodzisz, Steve. – Wilson uśmiechnął się pokrzepiająca, co Kapitan odwzajemnił niemrawo, nadal dręczony wątpliwościami.
    Wiele się działo przez ostatnie miesiące. Zobaczenie na własne oczy, że przyjaciel zmarły lata temu, jednak okazał się całkiem żywy, wcale nie było łatwym doświadczeniem. Zwłaszcza, gdy w tym samym czasie próbował go zabić. W końcu jednak zjawił się u wejścia nowej, tajnej kryjówki TARCZY, bez większego wyjaśnienia, a z mglistym pojęciem tego, kim był. Rozpoznał jednak w Kapitanie przyjaciela z dawnych lat i jemu całkowicie to wystarczyło. Za to Fury ciągle miał podstawy, by pozostać podejrzliwym, więc aktualnie dawny Zimowy Żołnierz znajdował się pod całkowitym nadzorem. Kolejny z powodów, przez które tłukli się pół dnia, by sprowadzić do bazy nowego członka załogi. Enę, która podobno mogła pomóc im dotrzeć do zamkniętego w sobie Bucky’ego.
    Po kolejnej godzinie jazdy opustoszałą drogą dotarli na miejsce. Niewielki, podobny do reszty domów na przedmieściu budynek nie wyróżniał się niczym szczególnym. Jednopiętrowy, z zadbanym ogródkiem, o pomalowanych na ciemny brąz ścianach i drewnianych drzwiach wychodzących na ganek, do którego prowadziły niskie schody. W oknach mogli zobaczyć grube, ciemne zasłony i mnóstwo roślinności, jakby domownik posiadał zamiłowanie do ogrodnictwa. Wydało się to nieco dziwne, zważywszy na fakt, że stanęli pod miejscem zamieszkania niebezpiecznej zabójczyni.
    - Tobie też to wydaje się dość podejrzane? – zapytał druha Kapitan, uważnie studiując wzrokiem drewniany ganek i całą fasadę domostwa.
    Sokół robił dokładnie to samo przez dłuższą chwilę, aż w końcu wzruszył ramionami.
    - Może trochę, ale jakby nie patrzeć, ona też jest człowiekiem – stwierdził, wymieniając jeszcze porozumiewawcze spojrzenie z Rogersem, który zaraz potem zarządził:
    - Dobra, chodźmy się przekonać, czy już na nas czeka.
    Wysiadł z samochodu, zatrzaskując za sobą drzwi. Zaraz za nim podążył Wilson.
    - Jeśli chciałeś być zabawny, to ci nie wyszło – dodał jeszcze, na co Kapitan tylko pokręcił głową.
    Ramię w ramię weszli na ganek, podchodząc do wejścia jak zwykli goście, którzy przyszli w odwiedziny do dobrej znajomej. Oczywiście pomijając dość osobliwie wyglądająca tarczę trzymaną przez jednego z nich.
    Steve podniósł dłoń, naciskając dzwonek, i do ich uszu dobiegł przyjemny dźwięk dzwoneczków, wygrywających nieznaną melodię. W napięciu czekali, aż ucichnie, a za drzwiami usłyszą kroki, jednak nic takiego nie nastąpiło. Zupełnie jakby dom stał całkowicie pusty.
    Zerknęli na siebie, od razu czując, że coś jest nie tak. Wilson sięgnął ostrożnie do broni umieszczonej w kaburze pod kurtką, Kapitan przesunął się bliżej wejścia i chwycił za mosiężną klamkę. Nacisnąwszy na nią, oczekiwał oporu, ale drzwi ustąpiły z delikatnym skrzypnięciem dawno nieoliwionych zawiasów, ukazując gustownie urządzone wnętrze korytarza. Światło dnia wlało się do środka, uwydatniając szczegóły wystroju – jasne panele na podłodze, beżowy odcień ścian i kontrastujące meble z ciemniejszego drewna wraz z kilkoma malowidłami wiszącymi tu i ówdzie. Wszystko wyglądało jak w zwyczajnym domostwie, nawet na wieszaku wisiało parę okryć wierzchnich, a pod nimi w rządku stało kilka par butów.
    Ostrożnie stawiając kroki, weszli do domu. Kapitan gotów w każdej chwili do użycia tarczy, Sokół z bronią w dłoni, oboje uważnie rozglądając się w poszukiwaniu śladu mieszkanki. Rozdzielili się w miejscu, gdzie z korytarza przejście prowadziło do kuchni. Wilson wkroczył do pomieszczenia urządzonego bardzo nowocześnie, ale z odpowiednim wyczuciem, jakie posiadały tylko kobiety. Przeszedł na drugą stronę, do kolejnego przejścia prowadzącego do salonu, w którym stał również nieco zdezorientowany Steve. Zaciskając wargi w niezadowoleniu, postąpił kilka kroków do środka pokoju dziennego. Wtedy zatrzymało go uczucie czegoś zimnego i ostrego na gardle. Idealnie w miejscu, gdzie pod skórą znajdowała się tętnica szyjna.
    - Kapitanie – mruknął cicho, obawiając się, że w każdej chwili napastnik pociągnie za ostrze i będzie po nim. Nic takiego nie nastąpiło, a Steve odwrócił się zaalarmowany przytłumionym tonem jego głosu. Szok tylko na chwilę zabłysnął w jasnych oczach mężczyzny, jednak tyle wystarczyło, by Wilson zrozumiał – natrafili na ich zabójczynię.
    - Rusz się, Rogers, a twój znajomy zaraz wyląduje na ziemi z podciętym gardłem – rozbrzmiał chłodny, dość niski kobiecy głos zza pleców Sokoła.
    - Jesteśmy po tej samej stronie, Eno – zaczął Kapitan, ostrożnie ważąc słowa, jednak nie ruszył się z miejsca.
    - Czyżby? Niby dlaczego miałabym ci uwierzyć?
    - Przysłał nas Fury – powiedział spokojnie, czując się dość niekomfortowo, gdy mówił do osoby niemal całej ukrytej za plecami Wilsona. Ignorując to, mówił dalej: - Sam fakt, że znamy twoje imię, chyba powinien stanowić dowód.
    Choć wiedział, że był to raczej kiepski argument, zawsze warto było spróbować.
    - Słabo ci idzie, Steve – odezwał się Sokół, czym zasłużył sobie na niezadowolone spojrzenie ze strony druha. Ku zdziwieniu ich obu, kobieta parsknęła cichym śmiechem, a ostrze zniknęło z gardła Wilsona równie niespodziewanie, jak gdy się tam znalazło.
    - Sami w sobie stanowicie lepszy dowód – stwierdziła z lekkim rozbawieniem. Kiedy Sam w końcu mógł swobodnie się odwrócić, stanęli twarzą w twarz z Eną Sinatri, dzierżącą w dłoni szerokie ostrze lekko zakrzywionego sztyletu.
    Musieli przyznać sami przed sobą, że choć nie wiedząc, czego się spodziewać – gdyż Fury nie posiadał żadnych jej zdjęć – wygląd zabójczyni zrobił na nich wrażenie. Była dość wysoka jak na kobietę, a na pewno zdecydowanie wyższa od Natashy, ubrana w zwyczajne, ciemne dżinsy i czarną bokserkę, które podkreślały krzywizny wysportowanego, silnego ciała. Twarz o ostrych rysach i wysokich kościach policzkowych posiadała w sobie pewien urok, zwłaszcza dzięki pełnym, choć niewielkim wargom oraz bardzo bladej cerze, z którą kontrastowały ciemnokasztanowe włosy wijące się grubymi lokami aż do szerokich, miękko zaokrąglonych bioder. Przy bliższym przyjrzeniu się pewnie dojrzeliby kilka piegów na prostym, nieco zadartym nosie, jednak pewna inna charakterystyczna cecha przykuła ich uwagę.
    Oczy. Duże, w kształcie migdałów, o lekko uniesionych zewnętrznych kącikach i okolone ciemnymi rzęsami – każde w innym odcieniu. Lewe o barwie zbliżonej do tej gęstych kosmyków, ciemno-brązowe z jaśniejszymi plamkami; prawe w kolorze płynnego miodu lub słodkiego karmelu, zależnie od oświetlenia. Miała twarde, zdecydowane spojrzenie, w którym nie pozostał ślad poprzedniego uśmiechu, mimo że ten wciąż widniał na jej wargach. Spojrzenie zabójcy, nigdy nie przestające kalkulować otoczenia.
    Ena zmierzyła ich oceniającym wzrokiem, jakby nie zdążyła tego zrobić wcześniej, po czym padło wyczekiwane pytanie:
    - Po co Fury was przysłał?
    Kapitan odetchnął bezgłośnie, zbierając myśli, by odpowiednio przedstawić całą istotę dość skomplikowanej w gruncie rzeczy sytuacji.
    - Staramy się wyłapać wszystkich pozostałych członków HYDRY, a jak pewnie się orientujesz, szeregi TARCZY zostały mocno uszczuplone, więc potrzebujemy każdej możliwej pomocy – zaczął powoli, jednak ciemnowłosa uniosła brew, dając mu do zrozumienia, iż wyczekuje nadal niewypowiedzianego na głos, głównego powodu, więc przeszedł do sedna: - Fury twierdzi, że znałaś dobrze Bucky’ego.
    Na twarzy Eny odmalowała się niewielka doza zdziwienia.
    - Bucky’ego? – powtórzyła głucho.
    - No, tak, James Buchanan Barnes – wyjaśnił Kapitan lekko zmieszany, wymieniając spojrzenie z Wilsonem.
    - Nie znam nikogo takiego – odpowiedziała chłodno, teraz przyglądając się gościom z większą podejrzliwością niż chwilę wcześniej. Sokół pierwszy zrozumiał.
    - A kojarzysz może gościa zwanego potocznie Zimowym Żołnierzem? Wiesz, metalowa ręka, na niej czerwona gwiazda…
    - Tak. Wiem, kto to jest – przerwała mu, marszczą brwi, aż na jej czole pojawiła się delikatna, pionowa zmarszczka. Sama nie wiedząc czemu, dodała: – Pracowaliśmy razem przy niektórych zadaniach.
    Wtedy Kapitan również pojął, że skoro sam Bucky nie znał własnej osobowości, mogła ona również być ukrywana przed wszystkimi jego współpracownikami. Pewnie w szczególności tymi najbliższymi, do których według Nicka zaliczała się stojącą przed nimi kobieta. Tylko dlaczego wydawało mu się, że niepotrzebnie próbowała wyjaśnić rodzaj relacji między nimi? Miał dziwne wrażenie, jakby coś ukrywała.
    - Podobno łączyło was więcej niż tylko wspólne misje – powiedział, odwzajemniając uważne spojrzenie ciemnowłosej, choć dwukolorowe tęczówki nadal nieco go peszyły.
    Cień przemknął przez jej oczy, jednak na twarzy nie odmalowała się żadna emocja. Zignorowała ostatnie słowa Kapitana.
    - Czemu mnie o niego pytacie? Nie widziałam go od kilku lat.
    - Tak się składa, że niedawno przeszedł na naszą stronę – odpowiedział Sokół, wzruszając ramionami.
    Na krótką chwilę widocznie znieruchomiała, jakby naprawdę zaskoczyła ją ta wiadomości, po czym rozbawiony uśmiech rozciągnął pełne wargi. Mimo tego, Kapitan dojrzał w dwukolorowych oczach błysk jakiejś smutniejszej emocji, gdy w końcu ujawniła, że wie znacznie więcej, niż wcześniej dała do zrozumienia. Przeczucie go nie zmyliło.
    - Zaczął sobie przypominać, co? A już myślałam, że do końca wyprali mu mózg – mruknęła nieco sarkastycznie, kręcąc głową do własnych myśli. Nie patrzyła na dwóch gości, nie chcąc, by ujrzeli, co kryło się w spojrzeniu.
    - Czyli kłamałaś. Od samego początku wiedziałaś, o kim mówiliśmy, ale to ukryłaś. Dlaczego? – zażądał głosem godnym dowódcy Rogers. Gdy w końcu napotkał jej wzrok, nie mógł z niego nic wyczytać.
    - Czasem lepiej nie odkrywać kart zbyt szybko – odrzekła dość lakonicznie, po czym założyła dłonie na biuście. Sztylet błysnął w świetle padającym przez odsłonięte okna, przypominając, z kim mieli do czynienia.
    - Chwila – odezwał się nieoczekiwanie Sokół, mierząc Enę podejrzliwym, ale zaciekawionym spojrzeniem. – To w końcu co było między tobą i Buckym?
    Tajemniczy, nieco rozbawiony uśmiech rozciągnął pełne wargi, gdy ujrzała w oczach gości szczere zainteresowanie, które niekoniecznie starali się ukryć. Mężczyźni.
    - Chyba za mało się znamy, żebym od razu opowiadała wam o moim życiu intymnym – stwierdziła z lekkim przekąsem, sprawiając, że brwi obu panów uniosły się wysoko w górę. Niestety, Ena nie dała im szansy na bardziej szczegółowe pytania. – Dobrze, chłopcy, dość o mnie. Po co dokładnie Fury was przysłał, hmm? Chce bym została nową niańką? Z góry uprzedzam, nie nadaję się do tej roboty.
    Kapitan pokręcił głową, nie zdoławszy powstrzymać uśmiechu, który zdradliwie wpełzł na jego twarz. Powstrzymał się jednak od stwierdzenia, że słowa ciemnowłosej przypomniały mu o pewnym zarozumiałym milionerze w metalowej zbroi. Zamiast tego odrzekł:    
    - Nie do końca. – Uniosła brwi, cierpliwie czekając na dalszą część. – Sprawa jest delikatniejsza, niż mogłoby się wydawać.
    - Oczywiście – powiedziała, jakby był to fakt niepodważalny. – Wskoczyłeś nagle w środek jego dotąd uporządkowanego życia i nagle zaczęło mu się walić na głowę, a wszystko, co uważał za prawdziwe, okazało się kłamstwem. Nie zdziwię się, jeśli zaraz mi powiesz, że nie jest zbyt skory do współpracy.
    Rogers otworzył usta z zamiarem zaprotestowania, jednak szybko je zamknął, zdawszy sobie sprawę, że dokładnie to chciał powiedzieć. Sokół, zauważając minę druha, parsknął cichym śmiechem, a kąciki warg Eny drgnęły lekko ku górze. Steve w końcu zrezygnował z próby zaprzeczenia i spojrzał na zabójczynię poważnie, od razu dostrzegając zmianę w jej oczach. Zdecydowanie była osobą pełną niespodzianek.
    - Pomożesz nam? – zapytał po prostu, jako że nie widział sensu w dalszym przedłużaniu. Odpowiedź nadeszła nader szybko.
    - Dajcie mi dwadzieścia minut – poprosiła, obracając się i kierując do schodów prowadzących na piętro domu. – Muszę spakować parę rzeczy i zaraz do was dołączę.
    Kapitan skinął głową na znak, że zrozumiał, po czym wymienił z Wilsonem porozumiewawcze spojrzenia. Oboje nie mieli pojęcia, czego powinni się spodziewać i to zdecydowanie im nie odpowiadało.
    - Jak myślisz, możemy jej ufać? – odezwał się po chwili Sokół, gdy razem wychodzili z domu na zalany południowym słońcem ganek.
    - Raczej nie mamy wyjścia – powiedział, w głowie nadal odtwarzając wyraz tych dwukolorowych tęczówek, gdy zapytał o pomoc. Nie mógł z nich nic wyczytać, a jednak potrafił rozpoznać, w którym momencie nastąpiła pewna subtelna zmiana. Już prawie nie miał wątpliwości, że jednak Enie Sinatri zależało. Mimo to nie mógł być do końca pewien jej zamiarów i motywów, wspominając, jak twarde potrafiła mieć spojrzenie.
    Przystanęli przy czarnym SUVie, którym się tutaj dostali. Teraz pozostało im tylko zaczekać na zabójczynię i dowieźć ją bezpiecznie do bazy.

sobota, 16 sierpnia 2014

Niewiedza jest życzliwa [mini]

[Stary tekst, który po tak długim czasie już mi się średnio podoba pod względem technicznym, choć dalej lubię go pod względem treści. Zainspirowany rysunkiem siostry i ów piosenką <klik>. Zapraszam do przeczytania.]


Niewiedza jest życzliwa

Chłodne, szare oczy spoglądały z gładkiej tafli lustra – zdaje się, że jedynym tylko błyskiem zdradzając jakiekolwiek emocje. Spod wachlarza gęstych, niczym zasłona odgradzająca od świata, rzęs swym obezwładniającym magnetyzmem przyciągały wielu – aż nie sposób było zliczyć, ile razy ktoś deklarował, że zdołałby oddać duszę diabłu za jeszcze jedno spojrzenie w ich ciemną głębię. Głębię, w której to dzika namiętność tliła się jedynie w ostrym świetle reflektora. Kiedy dotykała chłodnej stali rury, czując tysiące dreszczy, posiadała władzę; przeszywającą świadomość, jak bardzo pragną, by tej nocy właśnie ich obdarzyła uśmiechem, choćby najniklejszym uniesieniem kącika pełnych warg.
Widziała, jak śledzą jej każdy ruch, obserwują i łakną uwagi, jednego płomiennego spojrzenia. Widziała ich twarze, ich oczy – ten zachwyt i głód – a jednak… jego twarz, te oczy, tak bardzo inne, mogły wypełnić cały świat.
Tak bardzo go pragnęła, och, i tak bardzo nienawidziła.
Wolno, wręcz ostrożnie, drżąca dłoń zbliżyła się do wyblakłej skóry policzków, ukrytej pod kilkoma rodzajami pudrów, podkładów i różów, by przywrócić jej nieskazitelny wygląd. Zatrzymała się kilka zaledwie milimetrów od wrażliwej powierzchni ust, tak krwistoczerwonych, jakby chwilę wcześniej zatopiła wargi w świeżej krwi, by nadać im połyskliwy kolor – miały tylko potęgować efekt, mówiła do siebie, żeby pragnęli ich spróbować, a równocześnie bali się choć odrobinę rozmazać szminkę.
Uwodzicielska i chłodna, kusząca i niedostępna, powtarzała, aż kilka słów stało się trucizną zabijającą od środka wszystko inne: wszystkie uczucia, emocje, i te czarne w cieniu pomieszczenia oczy, których spojrzenie sprawiało, że musiała dać z siebie jak najwięcej, a równocześnie, że nienawidziła samej siebie z każdym dniem coraz bardziej.


***

Delikatne światło rozproszyło półmrok, obejmując swym nikłym blaskiem scenę i tę jedyną, będącą teraz w centrum uwagi. Miała wszystko, czego potrzebowała. Kocie ruchy, latami ćwiczone mięśnie, niezwykły kunszt i płynność; to był erotyczny, podniecający taniec zmysłów, ale dla nich liczyło się tylko, jak wygięła kręgosłup, czy rozłożyła nogi. Nawet nie musiała ściągać ubrań, magnetyzującym urokiem zaskarbiała sobie cały należny podziw i uznanie, a także oddanie niemal bezgraniczne.
Czekali, niektórzy z czczym uwielbieniem, niektórzy z dorównującym temu, prymitywnym pożądaniem, niczym więcej jak głodem wymalowanym w chciwych spojrzeniach. Przychodzili podziwiać z daleka jej zgrabne ciało owijające się wokół połyskującej metalicznie rury, ślinili się, w myślach zapewne tworząc tysiące scenariuszy, jakimi najchętniej zakończyliby tę noc. Byli tacy naiwni i ślepi, zadurzeni, prymitywni, widzieli tylko sztuczną, piękną powłokę, nie zdając sobie sprawy, co tak naprawdę sprawiało, że nie mogli oderwać wzroku.
A jednak siedział między nimi, nie potrafił się powstrzymać, patrzył i podziwiał z daleka – czy w takim razie mógł uważać się za lepszego od nich, skoro zachowywał się dokładnie tak samo?
Nie, nie był jednym z tych przebrzydłych palantów, nie mógł. Widział to, czego oni nie potrafili dostrzec. Każdą emocję wyrażoną pojedynczym ruchem, melodię wprost przepływającą przez jej ciało; tak giętkie i pełne siły, że mogła robić rzeczy, które zdawały się przeczyć prawom fizyki. Pasję, płynącą prosto z serca, wypełniającą każdą cząsteczkę jej jestestwa. Gubiła się w tym, zatracała i nie potrafiła już odnaleźć drogi powrotnej, była stracona od chwili, w której postawiła stopę na chłodnym parkiecie sceny. Nie chciała wracać albo nie potrafiła. Widział to, z każdym dniem przybierające na sile. On jeden znał prawdę, ukrytą głęboko w tych szarych, bezdennych studniach, kiedyś tak pełnych blasku, iskrzących się jak najdroższe klejnoty w chłodnym świetle księżyca, a teraz całkiem nieuchwytnych. Zatracała się coraz bardziej i bardziej, tracił ją…
Tak naprawdę nie różnił się od tych mężczyzn – oszukiwał sam siebie, że jest inaczej. Prawdopodobnie to on najbardziej z nich wszystkich pragnął porwać ją w swe objęcia i już nigdy nie wypuścić, otoczyć ciepłem, na jakie zasługiwała, spić z warg całą bezduszność, ból i cierpienie, zasmakować w dzikiej namiętności, którą widział podczas wszystkich poprzednich nocy. Niemal mógł poczuć na ustach przyspieszony, urywany oddech, słodką woń tuberozy drażniącą przyjemnie nozdrza, aksamitne kosmyki łaskoczące skórę na policzkach, a pod palcami rozgrzaną skórę, miękkie krzywizny ciała, które zbadałby niespiesznie. Wydobyłby z niej wszystkie ukryte żądze, uwolnił od beznadziei, ach, gdyby tylko chciała, zrobiłby dla niej wszystko.
Dlatego nie potrafił nic poradzić na to, że chciwie obserwował zmysłowy taniec, z każdą mijającą sekundą coraz bardziej pragnąc, by chociaż spojrzała w jego stronę, i łudząc się, że znów zobaczy blask w ukochanym spojrzeniu.
Nie potrafił zaprzeczyć – pragnął jej, jak mężczyzna swej kobiety. Potrzebował niczym niezbędnego do życia tlenu; była krwią płynącą w jego żyłach, pobudzającą do działania, a równocześnie zamrażającą w miejscu, sączącą truciznę wraz z życiodajnym płynem. Całym ciałem, sercem i duszą rwał się do działania, chciał zabrać ją z tego okrutnego miejsca, świata, w którym doszczętnie się zatraciła. Tak bardzo pragnął pokazać, jak ważna się dla niego stała, dotknąć gładkiej skóry, rozpalić płomień dawnej namiętności. Gdyby tylko mógł, porwałby ją chociaż na jedną noc, aby poczuła to, co on czuł od pierwszej chwili, w której ich spojrzenia się spotkały.
Odliczając w myślach ostatnie takty piosenki, błagał, by się odwróciła, żeby jakkolwiek dała po sobie poznać, że nie zatraciła się jeszcze całkowicie, że istniała jeszcze nadzieja. Błagał, nie mając pojęcia, o co tak naprawdę prosi. Z szaloną nadzieją, że może kiedy dojrzy w jego oczach, czego nie mógł wypowiedzieć na głos, obudzi w niej tę umierającą namiętność.
Wraz z ostatnim akordem, gdy w cichym pomieszczeniu rozbrzmiały samotnie struny, nie śmiał nawet odetchnąć.
Jedno spojrzenie, o tyle tylko prosił. Spod wachlarza tych niesamowicie grubych, ciemnych rzęs, jedno spojrzenie przez ramię – szare głębie przeszywające na wskroś, tak znajome i obce równocześnie, zmroziłyby nawet najgorętsze serce.
Odeszła, nawet się nie odwracając; tak bezceremonialnie, jak każdej poprzedniej nocy, zniknęła w odległym cieniu pomieszczenia.

piątek, 1 sierpnia 2014

"Strażnicy Harmonii" część 1

[Pierwszy fragment dłuższego opowiadania, które jest swoistym prequelem i wyjaśnieniem do "Będą walczyć", chociaż można go czytać bez znajomości "Będą walczyć". Stwierdziłam, że całość wyjdzie zbyt długa, by wrzucać za jednym razem, także co jakiś czas, gdy tylko napiszę część następną, pojawi się ona tutaj. Zapraszam ^^]


„Strażnicy Harmonii”

    Gęsta mgła kotłowała się nieustanie, wzburzona niczym morze podczas sztormu. Wypełniała całe pole widzenia mleczną bielą i szarością wieczoru, nie ukazując niczego konkretnego.
    Gwieździste oczy Losu wpatrywały się w niematerialne obłoki. Obserwowały i szukały czegoś, co tylko one mogły zobaczyć, aż w końcu nieprzypominający niczego zarys zaczął kształtować się pośród gęstwiny. Falował, zmieniał się i poruszał. Jasne spojrzenie przyglądało mu się uważnie, cierpliwie czekając. Gdy mgła się ustatkowała, spomiędzy cieni wyłoniły się dwie sylwetki, migocząc w różnych sceneriach i pozach. Raz walcząc, raz wspólnie podziwiając lot ptaka. Zmieniali się od śmiertelnych wrogów po namiętnych kochanków, nigdy nie pozostając jednym na dłużej.
    Los zmarszczyła gładkie czoło, jej cienkie brwi wygięły się w wyrazie konsternacji. Dwie gwiazdy przyglądały się sylwetkom, badając każdy ich szczegół, aż wizja wyklarowała się i zniknęła. Ciche sapnięcie zaskoczenia opuściło malinowe wargi, gdy obraz utrwalił się pod powiekami, by nie dać o sobie zapomnieć.
    - A więc to ich wybrałeś? – szepnęła, jeszcze raz spoglądając w białą toń, która ponownie kotłowała się bez celu. – I wszystko spadnie na mnie, tak? Oczywiście, jakże by inaczej – wymruczała z niezadowoleniem, usta zacisnąwszy w cienką kreskę.
    Długie szaty z jedwabnej tkaniny zaszeleściły delikatnie, gdy obróciła się na pięcie i opuściła Komnatę Wejrzeń.

~***~

    Vasey stała prosto przed wielkim tronem, który wznosił się na podwyższeniu. Usytuowany po środku okrągłej, kamiennej sali zwracał uwagę od razu, gdy tylko przekroczyło się próg ogromnych, marmurowych drzwi. Sprawiał wrażenie zimnego i prostego, jednak w swym braku ozdób prezentował się jeszcze majestatyczniej, niż gdyby wymalowany został w złocenia i wszelkiego rodzaju bogactwa. O ostrych krawędziach, biały niczym pierwszy śnieg, w którym iskrzyły się wciąż promienie słońca. Poprzecinany naturalnymi, szarymi żyłkami wydawał się niemal żywy, jakby krążyło weń wiele dusz.
    Dziewczyna wzdrygnęła się delikatnie, kiedy próbowała w wyobraźni stworzyć obraz osoby zasiadającej na tym monumentalnym tronie. Pomyślała, że jedynie osoba równie chłodna co wystrój pomieszczenia mogłaby znieść jego zimno. Potężne kolumny nagryzione zębem czasu potęgowały przytłaczający wygląd wnętrza, a szarość kamienia nijak nie sprzyjała ciepłym uczuciom.
    Delikatny szmer przesuwanych po gładkim marmurze drzwi przeciął powietrze, oznajmiając przybycie kolejnej osoby. Wysoka i smukła postać wsunęła się do komnaty niemal jak duch, równie blada a jednak piękna jak księżyc podczas pełni, który wychynął niespodziewanie zza zasłony chmur. Jej oczy były jak dwa diamenty, niosące w sobie zaklęty blask tysiąca gwiazd, a powłóczyste, gładkie szaty lśniły i skrzyły się w zimnym świetle. Czarna aureola włosów otulała łagodnie zarysowaną twarz, spływając kaskadami po ramionach niemal do samej ziemi, kiedy uśmiechała się łagodnie do wezwanej. Vasey zaś stała omamiona doskonałością Najwyższej i nie była w stanie wykonać nawet ruchu.
    - Gdzie twój towarzysz, dziecino? – zapytał łagodny głos, którego brzmienie przywodziło na myśl górski strumień pośród lasu i śpiew słowika o poranku.
    Dziewczyna zamrugała, nagle wyrywając się z otępienia. Dopiero wtedy zdała sobie sprawę, jak nagannie się zachowała. W pośpiechu skłoniła się dość nieporadnie, przygryzając przy tym wewnętrzną stronę policzka, gdy rugała się w myślach za głupotę.
    - Wybacz, Najwyższa, ale nikogo ze mną nie wezwałaś – odpowiedziała, brzmiąc dziwnie ochryple i nisko w porównaniu do cudnego tonu stojącej naprzeciw kobiety.
    Czuła się przy niej jak szara myszka, nie warta nawet cienia zainteresowania. Grube, ciemne loki traciły blask przy kaskadzie czerni, zielone tęczówki nie wydawały się już tak lśniące w porównaniu do dwóch gwiazd. Nawet kobiece ciało, z którego zwykła być dumna, nagle stało się zbyt okrągłe, kiedy spojrzała na wysoką i smukłą brunetkę. Całkowicie zapomniała, że porównała się z istotą niemal boską.
    Najwyższa uśmiechnęła się nieznacznie, jakby wiedząc, dokąd pognała myślami. Na policzki Vasey wpłynęły delikatne rumieńce. Czuła się, jakby nie miała pojęcia o czymś bardzo istotnym.
    Wtem dwie gwiazdy zalśniły nowym blaskiem, spoglądając gdzieś nad ramieniem wezwanej.
    - Ach, tutaj jest. W samą porę – ozwała się znów melodyjnie, nieco wyżej unosząc kąciki warg.
    Ciemnowłosa odwróciła się, podążając za wzrokiem Najwyższej, by dojrzeć kolejną postać, która cicho niczym kot przekroczyła otwarte wrota Sali Przyjęć. Mężczyzna wyróżniał się na tle bieli i szarości kamienia jak kruk pośród chmurnego nieba. Czarny, skórzany strój opinał wysoką, dobrze zbudowaną sylwetkę, a miękkie buty nie wydawały niemal żadnego dźwięku przy lekkim chodzie. Vasey od razu skojarzył się z dzikim kotem.
    - Najwyższa pani – powitał kobietę, kłaniając się z szacunkiem.
    Włosy barwy nocnego nieba przysłoniły na chwilę twarz, zanim odgarnął je z czoła, by ujawnić swe oblicze. Ostre i ogorzałe, o muśniętej słońcem opaleniźnie, na której wyróżniała się jasna blizna przecinająca poziomo prawy policzek.
     - Witaj, Merhirze – odpowiedziała Najwyższa, jednak nawet jej melodyjny głos nie oderwał ciemnowłosej od przyglądania się mężczyźnie. Dopiero, gdy złapana została na gorącym uczynku, a czarne jak ametyst oczy spojrzały nań z ciekawym, acz nieco rozbawionym błyskiem, speszona odwróciła wzrok.
    Brunetka z niewielkim uśmiechem obserwowała dwójkę przybyłych, czując jednak, jak nieprzyjemna igła bólu przeszywa jej serce.
    - Zapewne nie wiecie, po co was tutaj wezwałam – zaczęła, gwieździstym spojrzeniem śledząc ich reakcje.
    - Nie, pani – odpowiedzieli zgodnie, po czym zerknęli na siebie ukradkiem.
    - Więc czas, byście się dowiedzieli – stwierdziła Najwyższa. Wstąpiła na podwyższenie po lśniących schodach, jednak nie zasiadła w zimnym tronie, a jedynie oparła na nim dłoń. – Jestem Moira i mam dla was bardzo ważne zadanie. – Zamilkła na chwilę, by słowa wywarły odpowiednie wrażenie. Gdy zobaczyła zaskoczenie na twarzach wezwanych, wiedziała, że zrozumieli. Z lekkim uśmiechem kontynuowała: - Zostaliście wybrani na nowych Strażników Harmonii. To wielki zaszczyt, ale równie wielki ciężar. Jesteście doświadczonymi wojownikami, jednak by zostać pełnoprawnym Strażnikiem, musicie przejść jeszcze jedno szkolenie, które trwać będzie cały jeden rok. Później rozjedzie się po wszystkich dziewiętnastu krainach Negrothu, by po upływie dwunastu miesięcy spotkać się i wymienić informacjami, a wtedy krąg zatoczy koło i zaczniecie od nowa. Krótko mówiąc, waszym zadaniem jest dbać o pokój królestwa, aż do ostatecznego starcia.
    Zakończyła i w komnacie zapanowała niespokojna cisza. Vasey przeczuwała, że za słowami Moiry - Najwyższej i Losu w jednej osobie - kryło się coś znacznie więcej. Merhir również dostrzegł groźbę ostatniego zdania i pierwszy odważył się wypowiedzieć myśli:
    - Wybacz, Najwyższa, ale nie rozumiem, co oznacza ów ostateczne starcie.
    - Ach, no tak, nie możecie wiedzieć. – Pokręciła głową z uśmiechem, jakby nad własnym zapominalstwem. Oczywistym było, że wcale nie zapomniała, a miała w tym cel im nieznany. – Od chwili, w której zostaniecie oficjalnie Strażnikami, wasze życia zatrzymają się w miejscu. Nie zestarzejecie się, nie ucierpicie z powodu chorób, by móc objąć wieczną pieczę nad krainami. Ma to jednak swą cenę. Prędzej czy później nadchodzi czas waśni i gdy pokojowe rozwiązania zawodzą, wtedy wy, moi drodzy, zostajecie wezwani do ostatecznego starcia.
    - Czyli mamy ze sobą walczyć? – chciała upewnić się ciemnowłosa, nie dowierzając Najwyższej. W jej dobrym sercu i prostym umyśle nie mieściło się, że zmuszona zostanie do walki z kimś, kogo znała.
    Moira skinęła milcząco i czekała, czy padną kolejne pytania, jednak cisza znów objęła nad nimi pieczę.
    - I jedno z nas zginie? – ozwał się niski baryton Merhira, opływając sylwetkę ciemnowłosej przyjemnym ciepłem. Vasey przymknęła powieki, jakby nie chcąc znać odpowiedzi.
    - Tak – odpowiedziała łagodnie Najwyższa, z pewnym smutkiem spoglądając na dwójkę ludzi. – Wiem, że nie jest to łatwe, jednak dane wam będzie żyć po nieskończoność. – Z zaskoczeniem unieśli spojrzenia na czarnowłosą kobietę, która znów uśmiechała się ciepło. – Po każdej walce odrodzicie się w nowym, dorosłym ciele, by po rocznym odpoczynku znów objąć swój urząd. Takie przeznaczenie zostało wam wybrane, a ja będę was do niego prowadzić.
    Kiedy melodyjny głos zamilkł, komnatę wypełniło spokojne oczekiwanie. Nowi kandydaci na Strażników dłuższą chwilę trawili słowa pani Losu, aż w końcu świadomość nowego i całkiem nieznanego życia wypełniła ich myśli.
    - To dla nas zaszczyt – odpowiedzieli, idealnie zsynchronizowani, jakby już od dawna Przeznaczenie zaplanował to spotkanie. Moira niemal uśmiechnęła się gorzko na tę myśl, gdy dwójka z lekkim zaskoczeniem zerknęła na siebie. Czekała ich ciężka i niemiła przyszłość.
    Los westchnęła cicho, ukrywając własne rozterki pod matczynym, ciepłym wzrokiem.
    - A więc rozpoczyna się dla was całkiem nowa przygoda oraz wielka odpowiedzialność. Idźcie. Przynieście mi dumę – pożegnała ich, rozkładając dłonie w starym geście błogosławieństwa. Nawet ona nie była w stanie przewidzieć wszystkiego, co czekało dwójkę zmierzającą teraz na spotkanie swego przeznaczenia.