wtorek, 24 listopada 2015

"Rozpalić wspomnienia" Rozdział 8

[Przyznaję, że miałam problem z tym rozdziałem. Nie dość, że nastąpił dla mnie nie najlepszy czas, sam w sobie był dla mnie bardzo trudny do napisania. Równocześnie teraz jestem z niego zadowolona i nawet mam wrażenie, że jak dotąd to mój najlepszy. Tak, N, wiem, że zaraz mi udowodnisz, jak bardzo się mylę ;D Spokojnie, wiesz, że bardzo lubię Twoje komenty ^^ 
W każdym razie cieszę się, że w końcu dałam radę go napisać. Choć krótszy, wydaje mi się, że mocno treściwy i uda mu się Was zadowolić. Za błędy z góry przepraszam, za wypisanie się też nie obrażę ;p Zapraszam serdecznie do czytania i komentowania! ^^]


Rozpalić wspomnienia

Rozdział 8


     Rok 1968
     Siedziała skulona na brzegu pryczy już od ponad godziny. Wpatrywała się pusto w szarą, brudną ścianę wynajętego po misji pokoiku i obejmowała się ciasno, skubiąc zębami skórę na kciuku. Żołnierz przypatrywał się Sintari uważnie, ale bezsilnie. Odkąd wypłakała się w jego ramiona, nie wypowiedziała ani słowa, wpadając w ten przedziwny letarg. Nie miał pojęcia, co zaszło, mógł jedynie podejrzewać – nie potrafił jednak zdobyć się na wtargnięcie w jej najbardziej prywatne sprawy. Byli nauczeni milczeć, znosić trudy i rozkazy bez pytania, nie wtrącać się, działać bez zarzutu, niczym dobrze naoliwione machiny.
    Poruszył się z delikatną frustracją, niektóre stawy strzyknęły od braku ruchu i to dopiero wywołało reakcję Eny.
    Wyprostowała się, ściągając łopatki i jakby wraz z tym gestem nabierając pewności. To postawiło zmysły Żołnierza na podwyższoną czujność, nie bezpodstawnie. Poderwała się na równe nogi, na co Wis bezwiednie zareagował tym samym. Czując lodowaty dreszcz biegnący po kręgosłupie, przemówiła cicho:
    – Nie mogę tam wrócić.
    Odwróciła się powoli, niepewnie. Na zwykle spokojnej twarzy kotłowała się mieszanka bólu, smutku i rosnącej furii, którą usilnie starała się tłamsić. Znał to emanujące wściekłością spojrzenie i wcale mu się nie podobało. Zmierzył sylwetkę Sinatri uważnie, dostrzegając, jak z zaciśniętymi prawie do krwi pięściami powstrzymywała napływ adrenaliny, który zmieniał ją w ludzką bestię. Widział zabójczynię w tym stanie tylko dwa razy – gdy znaleźli się na froncie i podczas jednego treningu z nowymi. Nigdy nie pytał, jednak widok ten wrył mu się bardzo głęboko w pamięć. I bynajmniej nie chciałby znaleźć się wtedy na jej drodze do celu.
    Po długiej chwili desperackiej walki o władzę nad własnym ciałem czuła, że powoli przegrywa. Wtedy jednak, jak gdyby nagle ktoś nacisnął wyłącznik w umyśle Eny, wszystkie emocje wyparowały, zastąpione tylko bezgraniczną i całkowicie deprymującą bezsilnością.
     – Ale nie mam też gdzie odejść… – wydusiła szeptem i opadła na krawędź zaniedbanej pryczy.
    Wokół jej sylwetki zmiętą pościel zdobiły ułożone zgrabnie noże, flakoniki, sztylety i magazynki, w każdej chwili gotowe do spakowania, a w pomieszczeniu zapadła grobowa cisza, przerywana tylko z rzadka brzęczeniem samotnej muchy. Wis przyglądał się zabójczyni z równym zrezygnowaniem, chociaż gdzieś w głębi umysłu powoli kiełkowało podejrzenie. I kiedy już miał odważyć się na pytanie, olśnienie spłynęło na niego trwożną świadomością.
     – To amnezja, tak? Cofnęła się? – bardziej stwierdził, niż zapytał, a Ena tylko odwróciła wzrok z zaciśniętymi wargami. Trafił. I to obudziło w nim dziwną, bardzo niebezpieczną nadzieję. – Ile pamiętasz?
    Wzdrygnęła się nieznacznie.
    – Chyba wszystko…
    Uniósł brwi w zaskoczeniu, wręcz sceptycznie, wtedy jednak to Sinatri skierowała na niego uważny, niemal podejrzliwy wzrok.
    – Ukrywasz coś.
    Wzruszył ramionami, czując w nich nagłe napięcie.
    – Każdy z nas coś ukrywa – próbował wymijająco, sam w sumie nie wiedząc dlaczego, mimo to po chwili z westchnieniem wyznał prawdę: – Też pamiętam. Sceny, nieskładne wydarzenia, przebłyski, jakby… jakby z poprzedniego życia, bardzo dawno temu. Nigdy się nad nimi nie zastanawiałem, nie miałem kiedy ani po co. Aż do teraz.
    Spojrzeli na siebie, zimny błękit lodu naprzeciw ciepła złota i brązu, nagle nieco przygaszonego.
    – I co teraz zrobimy?
    Pytanie zawisło w powietrzu niczym gilotyna, gotowa oddzielić fałszywe przeświadczenia od szczerych, choć jeszcze nie do końca zrozumiałych pragnień, i na zawsze odcisnąć na nich swe piętno. Pierwszy raz czuli się tak zagubieni, nie wiedząc, co ze sobą zrobić, jaką ścieżkę obrać – wrócić i dalej służyć, nie dostając nic prócz pustych słów w zamian, czy próbować desperackiego ruchu, niczym ostatni pion na polu bitwy. Nigdy nie stanęli przed podobnym wyborem, nigdy nawet nie musieli zastanawiać się dłużej niż mgnienie oka, tymczasem jednak nie potrafili podjąć żadnej decyzji. Trwali w tym impasie długą chwilę, póki nie przypomnieli sobie poprzednich misji, zwlekania z powrotem choćby o minuty, szukania kontaktu i wspólne treningi. Oraz morderczych szkoleń, które sami wykonywali. Wtedy wiedzieli już, co należało uczynić.
    – Uciekniemy – oznajmił spokojnie niski głos Żołnierza, wpatrującego się uważnie w nieruchomą sylwetkę Eny.
    – Kiedy?
    – Przy najbliższej okazji.
    Ledwie dostrzegalnie zacisnęła wargi, sceptycyzm zalśnił w oczach.
    – Jaką możemy mieć pewność, że będziemy do tego czasu pamiętać? Że w ogóle wyślą nas znów razem?
    – Żadnej – odparł prosto, brutalnie – ale czy mamy inne wyjście?
    „Uciec teraz” – chciało wyrwać się Sinatri, jednak zdołała się powstrzymać. Nie mieli ani planu, ani czasu, lada chwila skończy im się względna wolność, a dowództwo od razu zacznie węszyć. Nie zdążą daleko zbiec. Wis miał rację – jedyną okazją mogło być przygotowanie planu wcześniej i wcielenie go w życie przy następnej okazji, niezwłocznie. Czy było ich na to stać?
    Potarła niewidoczne blizny po wewnętrznej stronie dłoni, nie potrafiąc podnieść wzroku. Teraz miała swoje wspomnienia, choć wcale nie przynosiły ze sobą radości. Mogła z nich skorzystać. Mogła zawalczyć o siebie. O nich…
    – Ufasz mi? – zapytał nagle, szeptem ledwie głośniejszym od brzęczenia muchy. Spojrzała w niepewne oczy Żołnierza z bliżej nieodgadnionym wyrazem twarzy.
    – Wiesz, że tak.
    Skinął, odwracając wzrok. Jego ramiona nieco opadły, uwalniając dozę napięcia.
    – To dobrze… - mruknął cicho, zaciskając metalową pięść.
    – A ty? Ufasz mi? – zapytała.  Jej głos, choć zdystansowany, niósł w sobie dobrze wyczuwalną, zdławioną wibrację.
    Wiedział, że tym razem wpatrywała się w niego, śledząc każde, najmniejsze drgnięcie, i na niezrozumiały sposób przyniosło mu to dziwną ulgę. Ulgę, która trafiała ostrą szpilą prosto pod splot słoneczny.
    Uniósł spojrzenie, krzyżując je z wyczekującymi tęczówkami Sinatri, a kąciki jego warg uniosły się w ledwie widocznym geście.
     – Wiesz, że tak.

~*~

      Zimno, znów to cholerne zimno.
    Lodowate macki dreszczy wstrząsały jego ciałem, a skołowany umysł nie był w stanie nad nimi zapanować choćby przez chwilę. Nie miał żadnej kontroli, nad niczym, i to przerażało Żołnierza bardziej nawet od bezbarwnych twarzy naukowców, którzy otaczali go zewsząd i sprawdzali niczym robota. Nie protestował. Nawet gdyby chciał, jeszcze nie miał wystarczająco siły. Zimno dopiero zaczynało opuszczać jego ciało.
     Ukradkiem rozejrzał się po sali. Wszystko lśniło czystością, aż do bólu sterylne, a metalowe krzesło błyszczało złowrogo w laboratoryjnym, suchym świetle. Powoli umysł Żołnierza przytomniał, wraz z tym zaś przychodziły niektóre wspomnienia.
     Mieli uciec.
     Przygotowali plan, który, choć wątpliwy, napawał znikomą nadzieją. Wszystko miało odbyć się jak zawsze, z tą tylko różnicą, że teraz nie udadzą się na miejsce zbrodni. Wiedział, gdzie ma się stawić, gdzie będzie na niego czekała. Musiał się tylko wydostać. Grzecznie, potulnie, bezosobowo, jak zawsze.
     Podniósł wzrok.
     – Żołnierzu.
     W ciszy rozbrzmiał pozornie łagodny głos, a oczom Wisa ukazała się pociągła, spokojna twarz dobrze znanego mu naukowca, którego imienia czy nazwiska jednak nigdy nie poznał – lub może nie zapamiętał? Wyglądał upiornie, jak duch w lekarskim kitlu. W jego oczach lśniło okrucieństwo. Chłodne, wykalkulowane, niemal można by rzec, że profesjonalne.
    Zima podniósł się powoli, sprawdzając własne ciało. Poruszył palcami, napiął i rozluźnił mięśnie, wyprostował się, po czym zamarł. Naukowiec o oczach mordercy obserwował to z pewnym zadowoleniem, mimo to w jego spojrzeniu czaiło się coś niepokojącego.
    – Nastąpiła mała zmiana planów – oznajmił spokojnie i przesunął się nieznacznie, bardziej odsłaniając krzesło, na którego tle dotąd stał. Ciałem Żołnierza wstrząsnął dreszcz. – Musimy najpierw przeprowadzić kilka dodatkowych badań i testów. Później poznasz szczegóły misji i zaczniesz przygotowania, jak zazwyczaj. Zrozumiano?
    To było pytanie retoryczne.
    Nie odpowiedział, tylko skinął nieznacznie, wpatrując się pusto w jakiś punkt na przeciwległej ścianie. Kąciki warg naukowca drgnęły lekko.
    – Zatem zapraszam… - Wskazał ręką na metalowe siedzisko, a wzrok Żołnierza samoistnie skupił się na nim całkowicie.
    Krzesło stało w centrum pomieszczenia, idealnie w środku. Wydawało się ściągać i gromadzić w sobie całe zło, całą parszywość i okrucieństwo, które tylko potrafiłby sobie wyobrazić. Pamiętał je. W krótkich, niejasnych przebłyskach, jak przez mgłę, ale było tam. Pamiętał ból i zdezorientowanie. Zawahał się. I niemal wrósł w podłogę, gdy w tej samej chwili dostrzegł błysk w szarym spojrzeniu okrutnika. Niemal.
    Ruszył najspokojniejszym i pewnym krokiem, na jaki był w stanie zmusić drżącą kupę mięcha, którą się stał. Blask laboratoryjnych lamp odbijał się złowrogo od gładkiego metalu protezy, a uważne spojrzenia śledziły go bacznie, jednak z wyraźną ostrożnością. Bali się. Pierwszy raz dojrzał, jak drżą im ręce, jak zerkają bojaźliwie na ramię, jak uciekają wzrokiem od lodowatych oczu. Bali się, to jednak wcale nie napawało go poczuciem władzy lub wyższości. Mógłby pozabijać ich wszystkich, oczywiście, ale co dalej, co by to dało? Nie uszedłby nawet kilku kroków, już by się nim zajęli odpowiednio. Nie miał szans w starciu z taką potęgą. Nie teraz i nie w tym stanie. Nie samotnie.
    Zimne siedzisko zdawało się parzyć jego skórę mimo chłodu. Otaczający krzesło osprzęt milczał złowrogo, jakby czekając na odpowiednią chwilę. Chwilę, która właśnie nadeszła.
    – Spokojnie, Żołnierzu – odezwał się cicho naukowiec o spojrzeniu szaleńca. – Za chwilę będzie po wszystkim…
    Wtedy dał znak komuś, kogo Zima nie widział, a ciszę przerwał świszczący zaśpiew maszynerii.
    Krzesło ożyło.

~*~

    Rozprostowała palce, nieco ścierpnięte od treningowych taśm. Mrowiły. Przyjemnym, ciepłym drżeniem, które jednak podszyte było strachem i ekscytacją, jakby zewnętrznie i wewnętrznie stała się dwoma różnymi osobami. Wokół z mat zbierało się paru pachołków, a przy ścianach stało kilku kolejnych z broniami w każdej chwili gotowymi do strzału. Wydawało im się, że byli tam, by jej pilnować, w szczególnym przypadku unieszkodliwić, ale nie mieli pojęcia, jak bardzo tak naprawdę byli bezsilni.
    Enę rozpierała energia – od właśnie stoczonych walk, od podszytej obawą ekscytacji przed wcieleniem planu w życie i gotującej się tuż pod skórą adrenaliny. Adrenaliny, która z odpowiednim zapłonem mogła rozpętać piekło i kryła się w drażniącej wnętrze, stale narastającej furii. Mogłaby ją uwolnić, tu i teraz. Mogłaby, ale jeszcze trzymała ją na uwięzi.
    Zacisnęła zęby, całkowicie nieopatrznie, a jednak z dziwną satysfakcją nawiązując kontakt wzrokowy ze strażnikiem. Widziała w jego oczach zaalarmowanie. I strach.
    Drgnął, nieco podrywając broń, wtedy jednak rozwarły się ciężkie, metalowe drzwi. Wszyscy prócz Eny stanęli na baczność, twarzami w stronę przybyłych. W progu zjawił się mężczyzna o pociągłej twarzy, sporym zaroście i haczykowatym nosie, na którym spoczywały okularki w cienkiej oprawce. Jego wątłą sylwetkę otulał biały kitel.
    – Zmiana planów – oznajmił chłodno. – Agentko Sinatri, proszę za mną.
    Spięła się, niechętna podążyć za tym wężem w ludzkiej skórze, który mógł zaprzepaścić ich jedyną szansę, jednak nie miała innego wyjścia. Trzech mężczyzn z bronią otoczyło doktora w sprawnie wyćwiczonym manewrze, czwarty stanął za jej plecami. Powoli odwiązała taśmy, odrzucając je na matę bez patrzenia. Kiedy w końcu zbliżyła się do doktora, zdołała dostrzec błysk w jego śliskim spojrzeniu. A może to tylko światło odbiło się w szkiełku?
     Ruszyli sprawnym tempem, ich kroki niosły się po korytarzu – ciężkie buciory gromkimi uderzeniami, cichy krok Eny ledwie szmerem. Starała się utrzymać równomierny oddech, spokojny rytm serca i nie dopuścić, by zaczęły drżeć jej ręce, ale obrana przez mężczyznę droga niepokoiła Sinatri z każdym przebytym metrem coraz bardziej. Domyślili się? Odkryli ich plan? Niemożliwe, zbyt dobrze go chronili.
    Kolejne metalowe drzwi rozwarły się przed nimi u kresu wędrówki, odsłaniając sterylne, chłodne wnętrze. Przekroczyła próg z sercem w gardle, już wiedząc, że ich szanse spadły niemal do zera. Ale Wisa nie było w środku.
    – Musimy przeprowadzić kilka dodatkowych badań przed misją – oznajmił spokojnie przybyły z nią doktor, gdy przystanęli przed lśniącym w laboratoryjnym świetle krześle. – Reszta przebiegnie według znanych procedur. Zrozumiano?
    Skinęła tylko w odpowiedzi, nie podnosząc wzroku.
    Wokół stało kilka metalowych wózków z narzędziami, strzykawkami i wszelkimi potrzebnymi przyrządami. Reszta pomieszczenia była całkiem pusta, nie licząc kriokomor i kozetki w rogu. Przy ścianie stało jeszcze dwóch naukowców w kitlach.
    Doktor odsunął się, schodząc jej z drogi, coś złego nadal błyszczało w jego spojrzeniu. Wtedy właśnie mężczyzna za nią zrobił krok do przodu i wbił w odkryte ramię Eny strzykawkę. Zadziałała odruchowo. Szybki półobrót, cios pięścią w zastygłą w zdziwieniu twarz, rozbryzg krwi ze złamanego nosa i potężne kopnięcie w brzuch, które posłało go na kilka metrów do tyłu. Doktor uniósł rękę z błyszczącymi złowrogo oczyma, kliknęły odbezpieczone pistolety, ale nie usłyszała żadnego wystrzału. Nagle czas się zatrzymał, gdy piorunujący ból rozerwał tkanki jej lewego ramienia, wtedy zaś organizm zabójczyni zadziałał automatycznie. Uwolniła adrenalinę. Gotującą się pod skórą, zimną i wyrachowaną furię. Nim ktokolwiek się zorientował, jej oczy przybrały barwę złota i nic prócz celu nie miało już znaczenia.
    Kopnęła metalowy stolik w stronę drugiego ochroniarza, kółka zaszurały, a impet powalił go na zimną posadzkę. Z kolejnego chwyciła skalpel, niemal bez patrzenia posyłając ostrze w pierś trzeciego mężczyzny. Czwarty podzielił jego los, krztusząc się z nożem  gardle. W trakcie dwie kule świsnęły pod jej ramieniem i przy boku, ale ona już z rozpędu wpadła w ślizg, szybciej niż mgnienie unikając pocisków. Prześlizgnęła się po podłodze obok powalonego stolika i mocnym sierpowym posłała ostatniego w omdlenie, nim zdołał się pozbierać od upadku. W całym tym zamieszaniu zdołał tylko dostrzec kątem oka, jak doktorzy wycofują się ku drzwiom, a jeden krzyczy:
    – Wprowadzić!
    Poderwała się, gotowa dotrzeć do nich, zanim przekroczą próg, ale wtedy z niewidocznego dotąd przejścia w ścianie ktoś wyszedł. Ktoś, kogo się nie spodziewała.
    „Wis?”
    Złote oczy zblakły, rozszerzyły się, wewnętrzny ogień jakby przygasł, jednak szybko dostrzegła, że to już nie był jej Wis. Jego oczy były puste, zimne i bezlitosne, a ciało poruszało się niemal mechanicznie, bez krzty finezji, którą zawsze podziwiała. Furia zagotowała się w niej na nowo, zwierzęcy warkot dobył się z gardła i wtedy na siebie ruszyli.
    Przeskoczyła nad stolikiem, wkładając cały impet w kopnięcie, które jednak nie sięgnęło celu, a jej noga tylko przecięła powietrze nad głową Zimy. Silne ramię chwyciło ją w pasie i przyszpiliło do ziemi, ale metalowa pieść trafiła obok, rozkruszając kafelki. Sinatri spięła się, zwinęła i kolejnym kopniakiem zdołała dosięgnąć szczęki Żołnierza. Syknął, czując krew na zębach. Ena wyśliznęła się spod uścisku i cofnęła, obserwując go niczym kobra zagrożenie.
    Zza szkła weneckiego przyglądali im się trzej naukowcy, z doktorem w okularkach pomiędzy pozostałymi, z uwagą śledzącego wydarzenia. Dłonią gładził podbródek, gdy za szkłem Żołnierz walczył z Kobrą jak równy z równym. Czasami wręcz nie nadążał za ich ruchami. Zauważył, że była szybsza od niego – dzięki temu ciągle żyła.
    – Powinien ją zabić – odezwał się jeden z jego przybocznych. – Doktorze…
    Nie – przerwał mu drugi – jest cenna. Musimy ją wyczyścić i nie pozwolić by sprawy znów zaszły za daleko. Doktorze…
    Uniósł dłoń, uspokajając naukowców. Za szkłem Kobra zanurkowała właśnie pod lewym ramieniem Żołnierza i zdołała podciąć mu nogi. Zamiast jednak jakoś go dobić – lub chociaż tego spróbować – odskoczyła, warcząc coś pod nosem.
    – Widzicie to? – zapytał spokojnie, w jego oczach lśniła fascynacja. Tamci dwaj spojrzeli po sobie nieco zdezorientowani. – Są idealni w swoim fachu, zabijają bez mrugnięcia okiem, a tu? Mają wokół siebie tysiące możliwości odebrania życia, ale dalej walczą…
    Kolejne metalowe stoliki poprzewracały się, rozsypując narzędzia, gdy Żołnierz mocnym ciosem posłał w ich stronę Enę. Przeturlała się po posadzce pełnej zbitego szkła, małe ranki goiły się błyskawicznie, ale krew już obficie zdobiła jej skórę i ubiór. Wypluła czerwoną ciecz, kopiąc jeden ze stolików w jego stronę.
    Dwaj naukowcy poruszyli się nieswojo.
    – Nie dostali rozkazu – powiedział jeden niepewnie i niemal odetchnął, gdy doktor skinął powoli.
    – Żołnierz nie dostał rozkazu, więc póki co dąży tylko do unieruchomienia ofiary. Kobra jednak walczy o życie, powinna traktować to jak test, nie zawahać się. – Potarł podbródek z ostrym zarostem, w szkiełku okularów odbiło się światło. – Ochroniarzy jednak zabiła bez zastanowienia... Rozumiecie, co chcę wam powiedzieć, czy muszę bardziej dosłownie? – Jego głos zabrzmiał ostro, niemal prześmiewczo. Wzdrygnęli się i skinęli powoli, jednak naukowiec wcześniej broniący Sinatri odezwał się ponownie:
   – Doktorze, wydaje mi się, że Kobra dobrze wie, jak bardzo Żołnierz jest dla nas cenny i dlatego…
   – To zrozumiałe, że tak się o nią troszczysz, Nosowski – powiedział cicho, przerywając przybocznemu –  ale przywiązywanie się w tym fachu to zła cecha.
    W środku sali Ena znów zdołała powalić Żołnierza, ten jednak pochwycił jej nogę i szarpnięciem ściągnął do parteru, sam błyskawicznie podnosząc się na jedno kolano. Jęknęła cicho; tyle kosztowała chwila nieuwagi, próba przemówienia. Pierwszy cios w twarz zdołała zablokować, drugi dotarł do celu, rozwalając wrażliwe wargi i rozbryzgując krew. Żołnierz chwycił rękę, którą chciała oddać uderzenie, i wykręcił, niemal bez wysiłku przewracając Enę na brzuch. Warknęła bezsilnie, czując pod sobą rozbite szkło. Ciężkie kolano opadło na jej plecy, przytrzymując w miejscu, zimny metal parzył skórę boleśnie wykręconej ręki.
     Przegrała. Pierwszy raz dobitnie i nieodwracalnie.
    Zmienił uchwyt i zatrważające zimno ścisnęło jej wnętrzności. Metalowa dłoń sięgnęła do tyłu głowy Sinatri i przebiegła po potylicy powoli, by znaleźć dobry uchwyt.
    – Nie – rozkazał bezosobowy głos z głośnika. Ręka Żołnierza znieruchomiała, spoczywając niemal pieszczotliwie pod uchem. 
    Wielkie, stalowe drzwi rozwarły się ponownie i do środka wpadło pięciu uzbrojonych po zęby mężczyzn z bronią wycelowaną w splecioną dwójkę. Zamknęła oczy, by powstrzymać napływającą wilgoć. Oboje przegrali. Nie mieli szans z potęgą, którą próbowali nieudolnie przechytrzyć. Teraz nie mogła już nic zrobić.
    – Żołnierzu, zaprowadź Kobrę na krzesło.
   Znów zmienił uchwyt. Lewą ręką przytrzymał obie jej za plecami, drugą podniósł kobietę do pionu i pozostawił na pasie, by uniemożliwić zbytnie szarpanie się. Ale Ena się nie szarpała. Nie próbowała się wyrwać ani uciec. Nie protestowała, gdy posadził ją na metalowym krześle i wcisnął przycisk uruchamiający zatrzaski na rękach i nogach. Zimna stal zamknęła ją w bezlitosnym uścisku.
    – Możecie wyjść, Żołnierzu.
    Spokojne, bezduszne spojrzenie zatrzymało się na ułamek sekundy na jej twarzy, by zdążyła tylko uchwycić przelotnie lodowato niebieskie oczy. Miała wrażenie, że coś w nich błysnęło, coś znanego, ale wtedy właśnie odwrócił się i odszedł w stronę wyjścia, a maszyneria ożyła.
    Zgrzytliwy, elektroniczny dźwięk wypełnił pomieszczenie i nim zdołał je całkiem opuścić, powietrze rozdarł kobiecy krzyk. Rwący, bolesny w dziwnie znajomy sposób i tak przejmujący, że na ułamek sekundy znieruchomiał.

~***~

    Obecnie, baza Shield
    Ta noc była jedną z najgorszych, jakie mu się przydarzyły.
    Zaciskające się na pościeli pięści zdołały już porwać ją na strzępy, nagą skórę pokryła warstwa potu, a umysł nieprzerwanie zalewały obrazy. Dlaczego? Dlaczego to musiało go spotykać? Dlaczego to zrobił?
     W jednej chwili stał na dachu wysokiego budynku, skupiony i pewny, obserwując swój cel, idealnie widoczny pośród tłumu. Wyczekał moment i nacisnął spust, a potem tylko umknął pomiędzy spanikowaniem i szaleństwem. W drugiej siedział na skraju pryczy, wpatrując się w postać spokojnie śpiącą pod cienkim kocem, w rozsypane na poduszce włosy i odkryte, nagie ramiona. Pamiętał. Och, tak dobrze pamiętał. Gładką, rozgrzaną skórę pod palcami, spragnione wargi przy swoich, krótkie chwile zapomnienia, tak rzadko im dane. Widział, jak śledzi dłonią krzywizny ciała, obserwuje najmniejsze drgnienia, a zaraz potem przed oczami płynęła krew, w uszach dźwięczał krzyk. Cios za ciosem, rozsypane po białej posadzce metalowe narzędzia i posoka zdobiąca wszystko wokół. Wściekły warkot – nie wiedział, jego czy jej – ból kopnięcia w szczęce i bezlitosny sierpowy, który rozorał kobiecą twarz. Drżał, rzucał się i krzyczał, ale nie mógł nic zrobić. Obrazy atakowały, przeplatały się, na przemian upojne i koszmarne.
    Trzasnęły drzwi pokoju, Żołnierz w swoim łóżku nieprzytomnie tłumił warkot i krzyk rozdzierający serce. Uwięziony w śnie i nawrocie wspomnień, w ogóle nie poczuł, jak chwyciła go za ramię, próbując wyrwać z tego obłędu.
    – Wis, obudź się! Wis, proszę cię, nie jesteś tam! – nie krzyczała, ale też nie szeptała, zdławionym głosem nawoływała go pośród sennych wspomnień. – Wyrwij się z tego, Wis… - Przesunęła dłoń z ramienia na szyję Bucky’ego i wyżej, aż na policzek. Szarpnął się, prawie trafiając w nią zwykłą ręką. Odgarnęła mu włosy z czoła, już niemal siedząc na materacu. – Wis, wróć, jestem tutaj. – Kciukiem przesunęła wzdłuż linii męskiej szczęki i wtedy coś się zmieniło. Nim się zorientowała, metalowa ręka wystrzeliła w jej stronę.
    Odruchowo odchyliła się, unikając ciosu i łapiąc protezę. Żołnierz warknął, przyciągnął do siebie rękę i obrócił ich, zaplątując w pościeli. Zdezorientowana, próbowała go z siebie zrzucić, ale została uwięziona w materiale, z ramieniem znów przyciskającym jej obojczyki.
    – Co z nią zrobiliście?! – wycharczał, zupełnie nieświadomy gdzie, kiedy i z kim przebywał.
    – Wis… – wydusiła, wolną dłonią blokując protezę, by móc normalnie oddychać.
    – Gadaj!
   Sapnęła, kręcąc i wijąc się, póki nie wyplątała nogi z prześcieradła. Wtedy bez skrupułów wbiła mu kolano w podbrzusze i wymierzyła cios w szczękę. Żołnierz skulił się, jęknął, a prawy sierpowy zdołał zachwiać nim na tyle, że drugim już zrzuciła go z siebie. Głuchy łoskot uderzającego o podłogę ciała poniósł się po pokoju, ale wtedy do jej uszu dobiegły kroki z przedpokoju. Miała ochotę palnąć sobie w głowę.
    Nim jeszcze agenci całkiem władowali się do pomieszczenia, gwałtownym machnięciem pokazała im, żeby się nie wtrącali, jednocześnie nie spuszczając wzroku z Żołnierza. Wycofali się, choć opornie, ale nie zwracała już na nich uwagi. Wis szybko podniósł się, podpierając na ramionach i z wściekłością w oczach spojrzał na zabójczynię. Szaleńczym, niemal obłąkanym spojrzeniem. Nim zdołał wykonać jakikolwiek ruch, ręka Eny wystrzeliła do włącznika, a ciemność rozproszyło światło z lampki nocnej.
    – Wis, to ja – zaczęła spokojnie, zniżając głos do swojego naturalnego tonu. Wis początkowo cofnął się, oślepiony światłem i osłaniając oczy. – Jestem tu z tobą, popatrz na mnie – poprosiła łagodnie, choć stanowczo, a temu nie mógł się oprzeć. Uniósł spojrzenie na delikatnie oświetloną twarz Eny i zamarł.
    Długą chwilę tylko wpatrywał się w nią, chłonąc każdy szczegół i drgnięcie, próbując przekonać się, że już nie śpi, że to jawa, nie koszmar, z którego ledwie się wyrwał. Wypuścił powietrze z płuc w rwanym oddechu. Niedowierzające oczy przesunęły się po jej twarzy, a wargi rozchyliły lekko, nadal niezdolne do wypowiedzenia jakichkolwiek słów. Powoli Ena przysunęła się do krawędzi łóżka i starannie wyważonymi, łagodnymi ruchami najpierw zwiesiła z niej nogi, później sama opadła na podłogę przed Wisem w ciasnym przejściu pomiędzy posłaniem i ścianą. Chciał się cofnąć, jednak nie mógł, prawie wtulając się w przeszkodę za sobą. Na ten widok pęta wokół serca Sinatri zacisnęły się boleśnie, wyraźnie odbijając się w spojrzeniu. Wis uniósł ręce, wplatając dłonie we włosy i zamykając szczelnie powieki, by jeszcze bardziej skulić się w sobie.
    Opadła, nagle świadoma, że poległa. W próbie ochronienia go przed podobnym nawrotem, w staraniach o jego spokojny umysł i ustabilizowanie. Ramiona Eny obniżyły się bezsilnie, plecy oparły o krawędź, w ustach zaschło. Nie mogła jednak tak tego zostawić. Musiała wyciągnąć go z tego letargu, choćby terapią szokową.
    – Wspomnienia… - zaczęła cicho, ale nawet nie musiała kończyć.
    – Pozwoliłem im – wydyszał, mocniej zaciskając pięści we włosach. Uniosła brwi, pochylając się nieco do przodu. – Pozwoliłem, by…
    – By… co? Wis, nie chowaj się przede mną – poprosiła niemal łamiącym się głosem.
    – By cię wyczyścili! – wywarczał, gwałtownie unosząc na nią wzrok. – By nas wyczyścili… Pamiętam, Eno. Walczyliśmy. – Pokręcił głową, zaciskając wargi. Jego oczy lśniły niebezpiecznie. – Nawet nie protestowałem. Prawie cię zabiłem. I zabiłbym. Rozumiesz? Zabiłbym, bez skrupułów, zrobiłbym to! – Metalowa pięść uderzyła w posadzkę, zarysowując i wgniatając panele. Patrzył na nią tak pełny żalu, wściekłości i bezsilności, że zabrakło jej słów.
    – Ale nie zrobiłeś – odparła cicho.
    – Tylko dlatego, że mi kazali – wycedził przez zęby, jakby rzucał Enie wyzwanie. Znów pokręcił głową, drugą ręką przesuwając po twarzy. Zadrżał wyraźnie, jednak nie mogła być pewna powodu tego. – Wsadziłem cię na krzesło. Słyszałem twój krzyk, słyszałem, jak…
    Zerwała się szybko, choć nie gwałtownie, pochylając w jego stronę. Opierając jedną dłoń na podłodze, drugą bez wahania uniosła i delikatnie położyła na szorstkim policzku. Drgnął, zerkając na Sinatri zbolałym wzrokiem.
    – To teraz nie ma znaczenia – powiedziała cicho, łagodnie. – Nie wyczyścili mnie.
    – Ale…
    – Cii, przecież mówiłam, że to już na mnie nie działało. – Niewielki, nieco złamany uśmiech uniósł kąciki jej warg, na pół ciepły, na pół smutny.
    Głęboki, rwący się oddech Żołnierza mierzwił kosmyki włosów, które w nieładzie opadały mu na czoło, gdy desperacko szukał w twarzy Eny potwierdzenia. I znalazło się. Wspomnienie poprzedniego dnia, jej własnej słabości i jego gwałtownej reakcji. Kolejne obrazy zaczęły napływać do zmęczonego umysłu Żołnierza, więc zafiksował się na tym jednym, krótkim i ulotnym, gdy mógł poczuć ciepło warg Sinatri. Kiedy ponownie przesunęła kciukiem po jego policzku, delikatnie, pieszczotliwie, pochylił się w jej stronę niemal bezwiednie.
    – Wis… – zaczęła cicho, ostrożnie, więc automatycznie zamarł, krzyżując spojrzenie z niepewnymi, dwubarwnymi tęczówkami.
    Serce dudniło mu w piersi, jakby zaraz miało się wyrwać, a ręce niemal świerzbiły, by przyciągnąć zabójczynię do siebie, jednak nie śmiał tego zrobić. Nie, gdy patrzyła na niego tak smutno, pełna żalu i tęsknoty, a równocześnie rezerwy. Nie mógł się dziwić, kiedy powoli zaczynał rozumieć, przez co przeszła. Sam zaś nie potrafił stwierdzić, co szalało w jego wnętrzu. Czuł się oszołomiony, zdruzgotany, w gardle coś boleśnie go ściskało i tak bardzo nie chciał jej odstraszyć…
    Cofnął się, spuszczając głowę, ale równocześnie jakby bardziej wtulając się w ciepłą dłoń Sinatri.
    – Przepraszam… – szepnął, zaciskając powieki, by nie dojrzeć reakcji.
    Westchnęła cicho, nie było to jednak westchnienie rezygnacji czy zirytowania. Nim zdołał zmusić się do sprawdzenia wyrazu twarzy Eny, poczuł, jak przysuwa się i wolną ręką obejmuje jego szyję. Ostrożnie i delikatnie, jak miała w zwyczaju, na ten niezwykle kojący sposób. Tym razem przyjął to znacznie chętniej, niemal od razu oplatając kobiecą sylwetkę ramionami i zamykając w szczelnym objęciu, nawet kostki krzyżując za jej podkulonymi pod siebie nogami. Oparł czoło o policzek Eny, nie chcąc, by spuściła dłoń, pragnąc cały czas czuć to ciepło na twarzy, ciepło, które trzymało go w rzeczywistości jak kotwica trzyma okręt pośród wzburzonego morza.
    – Zostaniesz? – zapytał tak cicho, że ledwie usłyszała. Niewielki uśmiech uniósł kąciki jej warg, dłonią odgarnęła kilka kosmyków z jego czoła i znów pozostawiła na policzku.
    – Zostanę.
   
   

sobota, 10 października 2015

"Bal" [tekst konkursowy]

[Tekst napisany na forumowy konkurs (button forum po prawej stronie bloga), utrzymany w klimacie fantasy. Temat jak w tytule, głównymi wymogami były opisy otoczenia, kreacji, jedzenia i muzyki oraz głównej atrakcji. Niestety za wiele nie zdziałał, może jednak komuś tutaj się spodoba. Chętnie poznam wszystkie opinie i słowa krytyki. Zapraszam do czytania ^^]


Bal


    Tego dnia największa sala w pałacu Władców zmieniła się nie do poznania.  Już wcześniej przytłaczająca swym ogromem i wysokimi ścianami z litego, białego marmuru, ożyła w barwach rządzącej czwórki, a każda z podpierających sklepienie kolumn prezentowała na sobie inny z ich żywiołów. Potężne i zachwycające zazwyczaj nieskazitelnymi, złotymi zdobieniami otaczały owalne pomieszczenie, przeplatając się w odpowiedniej kolejności. Pierwsze od otwartego wejścia ubrane w malunki zwierząt, roślin i przyozdobione żywymi pnączami o białych pąkach, za nimi kolejne jakoby wznosząca się ku górze fala, mieniąca na brzegach białymi chmurami uwięziona wewnątrz filaru, później wir wzburzonego powietrza, nieustannie kotłujący się pod powierzchnią podpory i na samym końcu biały marmur trawiony przez złocisto-pomarańczowe płomienie, osmalony dymem i przyozdobiony iskrami znad ognia. Ich wygląd zachwycał i przytłaczał równocześnie, a jakby tego było mało, nad głowami, gdzie niegdyś widniało sklepienie, świeciły srebrzyste oczy gwiazd na nocnym nieboskłonie. Zdawało się, że sufit zniknął, oderwany czyimiś mocnymi rękoma, a wznoszące się ściany znikały w samym firmamencie niebieskim.
    Dokładnie naprzeciw wejścia, po drugiej stronie sali, stało podwyższenie, a na nim cztery trony Władców Żywiołów. Były niemal jak odbicia odpowiadających poszczególnym siłom natury filarów i prezentowały się równie majestatycznie. Tylko tron Władcy Ognia się wyróżniał, cały wykonany z czarnego marmuru i poprzecinany złocistymi, czerwonymi i pomarańczowymi żyłkami; wyglądał, jakby to pod samą jego powierzchnią żarzył się płomień, a nikt niepowołany nie byłby w stanie na nim zasiąść.
    „W tym roku przeszli sami siebie” – stwierdził w duchu Laedan, przekraczając rozwarte wrota ogromnej sali i zatapiając się w barwnym tłumie. Każdy tutaj wyglądał inaczej. Damy dworu w ciężkich, długich sukniach z jedwabiu i mnóstwa warstw materiału przechadzały się w maskach wysadzanych klejnotami, gwardia strażników w śnieżnobiałych, paradnych strojach o złotych zdobieniach pilnowała porządku, skrywając twarze pod prostymi okryciami tej samej barwy, a reszta gości dała się ponieść wyobraźni. Wszechobecny przepych kreacji sprawiał, że można było zgubić się we własnych myślach, nie wiedząc, gdzie zwrócić wzrok. Spoglądające spod wszelkiej maści masek oczy również nie stanowiły wskazówki, często zwodząc na manowce, jednak Laedan znał ich sztuczki.
    Zgrabnie wyminął grupkę chichoczących nimf w zwiewnych sukienkach i kwiatach wplecionych we włosy, by w końcu dojrzeć znajomą sylwetkę. Nawet pośród morza kolorowych kreacji zawsze był w stanie rozpoznać starego druha, jak zawsze odzianego w głęboką czerń. Strój godny najbogatszego szlachcica leżał na nim niczym druga skóra. Tunika ze srebrnymi zdobieniami, wyszywana w niezwykłe, kwieciste wzory opinała smukły, umięśniony tors, w pasie przewiązana szeroką, czerwoną szarfą, a z nad lewego ramienia spływała krótka, ozdobna peleryna. Całości dopełniały wysokie, skórzane buty na niewielkim obcasie i kapelusz o szerokim rondzie, przyozdobiony długimi, puszystymi piórami. Kogoś takiego nie dało się przeoczyć.
    - Nie znudziło ci się przypadkiem przebieranie za samego siebie?  – zwrócił się do mężczyzny Laedan, uśmiechając kpiąco spod prostej, białej maski zasłaniającej górną połowę twarzy.
     Przeszywające, błękitne tęczówki spojrzały na niego bystro, a już po chwili w odpowiedzi dostał bardzo podobne, drwiące wykrzywienie ust ku górze.
     - Sprawdzonych metod się nie zmienia, stary druhu, powinieneś o tym dobrze wiedzieć – odpowiedział, unosząc puchar z winem, a spod górnej wargi zalśniły perliście nieco przydługie niż naturalnie kły.
    - Czasami dobrze jest spróbować nowych rozwiązań – odparł, ale wiedział, że Aenas nie da sobie niczego powiedzieć.
    - Tak jak ty, próbując przebrać się za moje dziwaczne przeciwieństwo? Chociaż, muszę przyznać, ten kaptur to całkiem niezły dodatek. Może dzisiaj i ty wyjdziesz stąd z jakąś zdesperowaną damą – w głosie wampira wyraźnie zabrzmiało rozbawienie i kpina, ale Laedan nie miał zamiaru się tym przejmować. Przyzwyczaił się do zgryźliwości towarzysza i faktycznie przypinał dziś swoistą odwrotność ubranego w czerń mężczyzny.
     Miał na sobie bogato zdobiony czerwienią kostium składający się z opinającej tuniki o nieco bufiastych rękawach, na przedramionach ściągniętych przez wytłaczane w srebrne wzory karwasze, i w pasie przewiązanej szerokim, brązowym pasem, spod którego do kolan spływały warstwy zdobionego materiału, układając się w literę V. Na nogach miał proste, skórzane buty o wysokiej cholewie, a znad lewego ramienia, podobnie jak u Aenasa, zwisała biała, długa do pasa peleryna. Całości dopełniał wspomniany kaptur, obszerny, rzucający spory cień na twarz, ujawniając tylko jasną maskę i tajemniczy uśmiech.
    - Nie zależy mi na towarzystwie dam tak jak tobie, Aenasie – odpowiedział Laedan, wznosząc błękitne tęczówki ku sklepieniu teatralnie, po czym przyjrzał się wyłożonym w wykwintne potrawy i trunki stołom,  przy których stali.
    - A szkoda, może w końcu ożywiłbyś się nieco w towarzystwie jakiejś ślicznej panny.
    - Powiedział, nie żyjąc od dwóch stuleci – skwitował ze znaczącym uśmiechem mag w bieli.
    - Hej, to nie ja sobie wybrałem ten los! – odwarknął oburzony.
    - Oczywiście, ale raczej nie słyszałem, byś narzekał.
    - Bo i nie mam na co, przyjacielu, nieśmiertelność to całkiem przyjemna sprawa, pomijając kilka niedogodności… - Powiódł wzrokiem za brunetką  w czerwieni, a Laedan na chwilę przestał go słuchać.
     Na stołach piętrzyły się specjały najznamienitszych kucharzy w ich stolicy. Pieczone ptactwo, dziczyzna, wszystko sowicie obłożone w owoce i warzywa tak soczystych barw, że niemal wydawały się nierealne, i oblane sosami, od których zapachu kręciło w nosie, aż ciekła ślinka. Bufet ciągnął się wzdłuż niemal całej, prawej strony sali, między kolumnami i ścianą, gdzie było wystarczająco miejsca, by pomieścić tę wystawę i chodzących pomiędzy gości.
     Po drugiej stronie, obok wzniesienia z tronami, gdzie zasiadali właśnie Władcy w strojach i maskach odpowiadających ich żywiołowi, znajdowało się inne podwyższenie z orkiestrą. Słodkie dźwięki muzyki były delikatne, miłe dla ucha i niemal kojące – stanowiły równocześnie świetne tło dla rozmów, jak i podkład dla wirujących po środku parkietu par. Wszystko było tak niesamowicie i w szczegółach obmyślone, że Laedan nie mógł powstrzymać się od zastanawiania, co jeszcze przygotowali tym razem Władcy. Sami zresztą wyglądali równie olśniewająco, zasiadłszy na tronach.
    Wtedy pojął, że skoro pozostali na swoich miejscach, zamiast krążyć wśród gości i różnych oficjeli, coś nieuchronnie miało się wydarzyć.
     - Aenasie – zwrócił się do druha, przerywając mu jakąś mało ważną kwestię – wiesz może, co w tym roku ma być główną atrakcją?
    Wampir pokręcił głową, upijając łyk krwistoczerwonego wina.
    - Nie mam pojęcia. Ktoś wspominał, że nieźle się natrudzili, by ją zdobyć, ale nic więcej mi nie wiadomo.
     Laedan nie zdążył się nawet nad tym zastanowić, kiedy nastąpiło ogromne poruszenie. Herold ogłosił, że sprowadzili w tym roku niezwykłego gościa i poprosił o zwolnienie środka parkietu oraz drogi od wejścia. Goście niezwłocznie spełnili prośbę, a starzy druhowie nawet nie musieli wymieniać spojrzeń. Zgodnie ruszyli do samego przodu, by mieć lepszy widok na środek sali, gdzie stał już mężczyzna zdecydowanie niecodziennie wyglądający.
    - Druid? – mruknął pod nosem mag ze szczerym zaskoczeniem i pewną dozą sceptycyzmu.
    - Pewnie pokaże kilka sztuczek i tyle z tego będzie – stwierdził kwaśno Aneas, wzruszając ramionami. – Chodź, nic ciekawego nie zobaczymy.
     - Nie, czekaj…  W tym musi być coś więcej…
     Wampir uniósł brew, ale z cichym westchnieniem pozostał na miejscu, dalej sącząc wino z pucharu. Wydawał się zupełnie niezainteresowany nadchodzącą atrakcją wieczoru i Laedan wcale mu się nie dziwił – w końcu widzieli już w swym długim życiu nie jedno – sam jednak z zainteresowaniem przyglądał się odzianemu w zieleń i pelerynę ze skóry jelenia mężczyźnie. W dłoni dzierżył ogromny kostur z ciemnego, poskręcanego umiejętnie drewna, na którego szczycie widniał potężny, owalnie oszlifowany szmaragd w oplocie z cienkich gałązek. Druid uderzył końcówką o ziemię, po sali rozniósł się huk, a kryształ zalśnił wewnętrznym, zielonym blaskiem.
     - Szlachetni panowie, piękne damy! – zaczął melodyjnym, jakby szeleszczącym głosem, który nosił wyraźne ślady języka lasu, a na jego ciemnej twarzy pojawił się niewielki, znaczący uśmiech. – Zostałem niedawno poproszony, bym pokazał wam coś, czego nigdy nie widzieliście. Coś, co zostanie wam w pamięci na długo i nigdy nie zblednie. Jednak cóż mógłby wam zaoferować prosty druid? – Aenas parsknął cicho przy boku maga. Nie dziwił mu się, przybyły gość zaczął emanować magią silniejszą niż niejeden krewny Laedana. – Moją dziedziną są rośliny i dzikie zwierzęta, nie pokazowa magia. Nie przywykłem do panowania nad żywiołami, jak nasi wspaniali Władcy – ukłonił się w ich stronę – ani do rzucania uroków, zaledwie oswoiłem naturę i kaprysy przyrody. Zdobyłem jej łaskę, by móc cieszyć się wspaniałymi darami. A jednak … jestem pewien, że to zadziwi was nie mniej niż wspaniałe sztuczki. – Szeroki, znaczący uśmiech rozjaśnił oblicze druida, w zielonych niczym gaj wiosną oczach zalśniły iskry magii i kostur po raz kolejny uderzył o marmur.
     Krótka, rażąca niczym piorun cisza rozeszła się po sali, wżerając się w podekscytowane serca widzów, a potem rozległo się dudnienie. Ciche, miarowe, rosnące z każdą chwilą, jakby gdzieś pod murami maszerowała potężna armia, aż jego źródłem okazało się coś, co zaraz potem wyłoniło się zza wejścia.  Jęki przerażenia poniosły się po tłumie, goście cofnęli się trwożnie, choć zrobili dostatecznie duże przejście dla niezwykłej istoty już wcześniej, a Aenas i Laedan ze zdumieniem spoglądali na to widowisko.
     Potężne cielsko na grubych, sękatych łapach w pierwszej chwili przypominało bardziej mieszaninę powalonych drzew i krzewów, która magicznie ożyła, niż prawdziwą istotę. Trudno było rozróżnić, czy posiada skrzydła, jak długie ma kończyny i czy posiada jakikolwiek inny pancerz niż pokrywające go pnie, gałęzie i liście, ale to wystarczyło, by wyglądał bardziej przerażająco niż większość bestii z legend i bajek.  Jego grube, lśniące pazury darły o biały marmur, jakby mogły w każdej chwili rozpłatać posadzkę bez problemu, długi ogon ciągnął się spokojnie po podłodze, a z trójkątnego, ogromnego pyska patrzyły na wszystkich dwa przejrzyste, szmaragdowe ślepia o pionowej źrenicy, w których widniała jedynie przytłumiona dzikość. Odmiennie dla większości smoków szyję posiadał krótką, zaś pysk szeroki, mocny i zdecydowanie zdolny kruszyć czaszki przeciwników. Cały wyglądał jak góra mięśni silnych niczym stal, z pancerzem tak grubym, że zdawał się nie do przebicia, i szczęką stworzoną do zabijania. „Jakież mamy szczęście, że ponoć nie wyściubiają nosa poza swój teren” – pomyślał ironicznie Laedan, chociaż serce w piersi dudniło mu tak mocno, jakby chciało wyrwać się na zewnątrz i uciec samo, skoro właściciel tkwił dalej jak kołek w miejscu.
     Druid bez wahania utrzymywał wzrok smoka, prowadząc go do wnętrza pustej przestrzeni na środku sali, krążąc wokół niczym hipnotyzer, by utrzymać dzikie zwierze w spokoju. Wydawał się zupełnie niewzruszony, że właśnie tańczył z jedną z najniebezpieczniejszych istot, jakie widział ich świat. Na koniec zaś, gdy stwór stanął już po środku kręgu, odwrócił się od niego jak gdyby nigdy nic.
     - Oto Smok Leśny, moi mili goście! Jedyny, żyjący w okolicy tego zamku, chociaż jestem pewien, że nie mieliście o tym pojęcia. – Poruszenie wśród tłumu samo w sobie stanowiło odpowiedź. – Nie musicie się jednak bać, to gatunek nieagresywny, o ile nie posiada potomstwa i nie zakłóci się jego spokoju. Robi wrażenie, nieprawdaż?
    Aenas zagwizdał cicho pod nosem, co na szczęście utonęło w powodzi słów Druida i niezwykle głośnym oddechu smoka.
    - Dobra, przyznaję, tego się nie spodziewałem.
    - Chyba postradali zmysły, że zdecydowali się go tutaj ściągnąć… - Pokręcił głową Laedan, ze szczerym podziwem lustrując silną sylwetkę monstrum, jego pozornie kanciastą, a jednak przy bliższych oględzinach wyraźnie smukłą sylwetkę, i dziwny, lśniący zielenią błysk na jednym, widocznym z ich strony boku. Zmarszczył brwi, próbując wypatrzyć coś więcej, ale nagle zapanowało ogromne poruszenie.
    Smok poderwał się, utkwiwszy wzrok w czymś idealnie naprzeciw nich. Druid próbował uspokoić tłum, równocześnie uważnie obserwując bestię, aż ta ruszyła niespodziewanie przed siebie. Wszystkich zmroziło. Niemal dało się usłyszeć, jak wstrzymują oddech, a smok w paru krokach dociera do granicy utworzonego przez gapiów okręgu, zatrzymując się na parę metrów przed niepozorną figurą. Głośne dudnienie kroków ucichło, druid zamilkł niczym porażony błyskawicą, zaś zielone, zwierzęce ślepia wpatrywały się w oczy o tej samej barwie i tej samej źrenicy. Kobieta nawet nie śmiała odwrócić wzroku.
    Wpatrywała się w niezachwianą, spokojną dzikość i czuła, jak coś dziwnego budzi się w jej sercu, jak to niezwykłe spojrzenie wwierca się w nią, wżera w skórę, tkanki i kości, paląc wszystko na swej drodze. Patrzyła i miała wrażenie, jakby spadała w samą ich głębię, z której nie było już powrotu. Pochyliła się nieświadomie, a wtedy rozpętało się piekło.
    Głęboki głos druida zaśpiewał coś w nieznanym języku, ale smok nie zareagował, jak powinien. Cofnął się, rozwierając potężne szczęki, z których potem dobył się głęboki, dudniący w sali niczym grzmot ryk, po czym poderwał się na tylnie łapy i rozpostarł skrzydła, niemal zmiatając nimi osłupiałych gości. Gładkie, lśniące łuski prawie oślepiły widzów, gdy odbiło się od nich światło pochodni, zaś druid ciągle śpiewał, a poświata z jego kostura potężniała. Ciemnowłosa kobieta, przed chwilą jeszcze będąca obiektem zainteresowania smoka, wpatrywała się w to widowisko, nie mogąc oderwać wzroku.
    Czuła jego zniewolenie. Czuła, jak mocno próbuje wyrwać się spod rzucanego czaru, jak dzielnie walczy z mentalnymi blokadami, ale przegrywa. Siły słabną, ryk urywa się i łapy znów uderzają z grzmotem o posadzkę. Potężny, niesamowity stwór zostaje sprowadzony do porządku, zaś w sercu czarodziejki pojawia się wielka wyrwa. Potem, jakby ktoś nagle zgasił światło, wszystko zniknęło i znów patrzyła na wyprowadzanego smoka tylko z podziwem. Zdezorientowana, wręcz zrozpaczona, nie rozumiejąc, co się właśnie wydarzyło, wiodła wzorkiem za ogromną, wspaniałą istotą. Druid ukłonił się, pożegnał gości i osobiście odprowadził bestię, która z nisko spuszczonym łbem, dudniąc uderzeniami łap o posadzkę, powoli schowała się za wyjściem, aż zniknęła całkowicie.
    Najpierw nieśmiało, wręcz bojaźliwie rozległy się oklaski, ale już po chwili rozbrzmiały hucznie, a gdy minął chwilowy szok, wszyscy goście z podziwem i ekscytacją zaczęli trajkotać o tym, co się dopiero wydarzyło. Tylko na samotną kobietę o brązowych niczym kora drzew włosach spoglądali zza masek z pogardą, strachem i wieloma innymi emocjami, których wolałaby nie widzieć. Laedan zaś patrzył i nie mógł się nadziwić.
    Gęste loki opływały zgrabną, kobiecą sylwetkę niczym kurtyna, lśniąc barwami natury w ciepłym blasku pochodni. Przy skroni wplecione w kosmyki miała cienkie, ledwie zakwitnięte gałązki z białymi i zielonymi pąkami, które spływały wraz z włosami aż do bioder, które okryte były jedynie przez cienki, intensywnie fiołkowy materiał sukni, opinającej jej sylwetkę ściśle aż do połowy uda, gdzie rozchodziła się niczym kielich kwiatu. Nie miała na sobie żadnych ozdób. Żadnych klejnotów, srebra, złota czy innej biżuterii, i tylko maska przystrajała twarz w kształcie serca, ukrywając górną połowę pod korą i kwiatami. Gdy zaś pochwyciła jego spojrzenie, poczuł, jakby usunęła mu grunt spod stóp.
    - Całkiem niezła – usłyszał przy boku.
    - Że co? – oderwał wzrok od piękności, spoglądając na Aenasa ze zniecierpliwieniem.
    - Ów wybranka twego serca, Laedanie, mówię, że całkiem niezła. – Przewrócił oczami i klepnął go w ramię, nawet nie dając okazji do odpowiedzi. – Leć, zdobądź ją i tak dalej, dasz sobie radę. Tylko mi tego nie zepsuj! – Po czym odszedł jak gdyby nigdy nic.
    - Bezczelny wampir – wymruczał pod nosem szatyn, ale wziął radę do serca.
    Ruszył przez salę, wypatrując intensywnego fioletu sukni i wplecionych we włosy kwiatów, nagle gubiąc się w tłumie barw, głosów i spojrzeń. Lawirował między kobietami i stołami, szukał, gdzie ostatnim razem dostrzegł jej sylwetkę, ale nigdzie nie pozostał nawet ślad po niezwykłej czarodziejce.
    Muzyka znów popłynęła znajomą, rytmiczną melodią, a ludzie na parkiecie rozstąpili się, ustawiając w pary. Wtedy ją dostrzegł. Przyglądała mu się, odległa zaledwie o kilka kroków, które niespiesznie pokonała, przybierając na różowe wargi delikatny niczym muśnięcie płatka uśmiech.
    - Czyżbyś to mnie tak usilnie szukał, szlachetny panie? – zapytała melodyjnym, nieco niższym niż klasycznie, ale gładkim i przyjemnym głosem. W zielonych oczach lśniło szczere rozbawienie.
    Drgnął, nagle odzyskując zmysły.
    - Mógłbym rzecz, że już od dawna, piękna pani – odparł, kłaniając się dwornie, po czym przybrał na wargi niewielki, nonszalancki uśmiech, który ponoć bardzo podobał się kobietom. Wyciągnął dłoń, nadal lekko pochylony. – Pozwoli pani dostąpić mi tego zaszczytu i zatańczy ze mną?
    - To zależy, czy uczyni go pan godnym mojego czasu, złotousty.
    - Smokowi może nie dorównuję – odparł z rozbawieniem, na co kąciki jej warg drgnęły ku górze – mogę jednak zagwarantować, że nie będzie to czas stracony.
    Przyglądała mu się długą chwilę, a zielone tęczówki zdawały się sięgać w głąb duszy Laedana, wyrywając na wierzch wszystkie sekrety, aż w końcu przyjęła jego dłoń.
    - Nie wątpię – odpowiedziała tylko i poczuł, jak przyjemne ciepło rozlewa się od ich złączonych palców, po samą pierś.
    Może ten stuknięty wampir faktycznie miał rację i nie wyjdzie tej nocy sam, jak każdego poprzedniego razu odkąd pamiętał? Patrząc w dwa lśniące szmaragdy i słysząc cudowny śmiech, nie miał nic przeciwko temu scenariuszowi.