niedziela, 13 grudnia 2015

Bitwa [fantasy]

[Jak sam tytuł wskazuje, jest to właściwie czysta batalia. Tekst ten był pisany jakiś rok temu na wyzwanie na forum - tzw. potyczkę na teksty z innym użytkownikiem. O dziwo wygrałam, choć pełno tu niezgrabności, które nie do końca umiem poprawić. Piszcie śmiało wszystkie uwagi, jakie Wam się nasuną, chętnie je przyjmę i rozważę! Zapraszam do czytania i komentowania ^^ ]

Bitwa


     Setki stóp wzbijały z zabrukowanego dziedzińca tumany kurzu, który iskrzył się drobinkami pyłu w południowych promieniach słońca. Żar lał się z nieba, spływając po lśniących murach zamku i odbijając od gładkich powierzchni pancerzy. Światło raz po raz rozbłysło na klindze uniesionego miecza lub prześliznęło się po grocie szybującej do celu strzały, rzadko jednak zdoławszy ostrzec ofiarę przed niechybną śmiercią. Oblężenie posiadłości władcy ludzi z zachodnich krain trwało już od dobrych kilku godzin, a obce wojska zdawały się wcale nie męczyć.
    Kolejny przeciwnik wyszczerzył parocentymetrowe kły, wykrzywiając porośniętą sierścią twarz w obrzydliwym grymasie. Ostrze poszarpanej klingi śmignęło tuż przy ramieniu wojowniczki, która ledwo zdołała odskoczyć przed ciosem. Była jednak znacznie szybsza, niż monstrum mogło przypuszczać. Zanurkowała pod włochatą, obciągniętą czarną zbroją ręką, unosząc własny miecz i gładko wbijając koniec między płyty metalu na brzuchu bestii. Zdławiony ryk dobył się z jego gardła, a krew trysnęła wartkim strumieniem, gdy ostrze wyśliznęło się z rany, zmierzając na spotkanie kolejnemu niebezpieczeństwu.
    Lasair tańczyła między wrogimi jednostkami, siejąc spustoszenie delikatnie zakrzywioną, piękną klingą ukochanej broni – Blasku. Czuła adrenalinę buzującą w gorącej krwi i pot spływający z czoła; rude kosmyki, które kleiły się do skóry, otaczając jej ostrą twarz burzą loków. W świetle południa wyglądały jak ogniska korona, a sama wojowniczka przypominała anioła zemsty z płomienną aureolą i lśniącym błękitnie ostrzem zagłady. Cięła monstrualne istoty bez śladu zawahania, bez wyrzutów sumienia, z chłodnym spokojem wyćwiczonego żołnierza. Bezlitosna w swoim fachu, nie czuła żalu, patrząc na ich wykrzywione mordy.
    Podłe istoty, mordercy, marionetki w rękach swego pana. Skrzywiła się, w poprzek rozpłatawszy tors kolejnego oponenta. Z rany pociekła oleista, czarna krew, w wyrwie pokazały się ciemne festony wnętrzności, a w powietrzu uniósł się obrzydliwy zapach zgnilizny i kału. Odwróciła się pośpiesznie, czując, jak żołądek podchodzi jej do gardła. Mimo zdolności do bezdusznego pozbawiania życia nadal była zbyt wrażliwa na pewne wonie, zwłaszcza okraszone podobnym widokiem.
    – Miękniesz? – zawołał gdzieś obok zdyszany, złośliwy głos. Najznamienitszy rycerz królestwa szczerzył się do niej głupkowato, równocześnie pozbawiając swojego przeciwnika głowy.
    – Chciałbyś to zobaczyć, co? – odkrzyknęła z uśmiechem, jako że dzieliła ich odległość kilku metrów, a wrzaski ginących i szczęk oręża skutecznie zagłuszały większość słów.
    – Nie bardzo. – Zerknęła na Kirena nieco zdziwiona, wyciągając miecz z kolejnego ciała. – Walcząca przydasz się nam bardziej – dodał, po czym wywinąwszy zgrabny piruet, ciął nadzwyczaj ogromne monstrum przez brzuch.
    Uniosła kąciki warg nieco wyżej, jednak nie miała czasu dalej podziwiać wyczynów mężczyzny. Następny przeciwnik zajął całą jej uwagę. Miał potężne, niezwykle umięśnione ciało, porośnięte gęstą i lśniącą sierścią – złotą, z czarnymi okręgami przypominającymi cętki. W zniekształconej, tylko trochę przypominającej ludzką twarzy błyszczały złowrogo bursztynowe ślepia, a paszczę zdobiły długie, ostre kły. Większość z Wyklętych przypominała zgraję bezmyślnych maszyn do siekania ludzi, jednak w oczach tego jednego dostrzegła błysk inteligencji. W mocarnych, okraszonych długimi pazurami łapach dzierżył dwusieczny topór i nie miała wątpliwości, że wiedział, jak dobrze go użyć.
    Strach na ułamek sekundy zacisnął się żelazną pięścią wokół jej serca, ale równocześnie wywołał kolejny zastrzyk adrenaliny, zmuszając, by odskoczyła przed pierwszy ciosem.
    Topór minął Lasair, a nie napotkawszy oporu, ledwie zdołał zatrzymać się przed wbiciem między kostki brukowanego dziedzińca. Wyklęty okazał się jednak dobrze znać broń i kunszt walki z szybszym, zwinniejszym przeciwnikiem. Cofnął stopę, przejmując nieco impetu i tym samym unikając śmiertelnego cięcia, wymierzonego w prawy bok. Ostrze Blasku tylko drasnęło bestię między żebrami. Rudowłosa zaniepokoiła się, gdy zdołał uniknąć ataku, którym bez problemu zabiłaby każdego innego przeciwnika. Ledwie o tym pomyślała, a dwusieczny topór znów powędrował w jej stronę, od boku.
    Okręciła się, wymijając broń, która mimo to zdołała zahaczyć o skórzaną zbroję na wysokości talii, rozdzierając utwardzony materiał i rozcinając skórę. Ciepła krew spłynęła wzdłuż ciała, jednak kobieta niemal tego nie poczuła, tylko mocniej skupiając się na walce. Zewsząd otaczali ich rycerze królestwa i inni Wyklęci. Bestie kilkukrotnie zamierzały się, by zaatakować Lasair, ale zobaczywszy złotego pobratymca, wycofywały się, jakby bały się wejść mu w drogę.
    Zwilżyła spierzchnięte wargi językiem, obserwując twarde muskuły pół-pantery, pół-mężczyzny. Zdawał się całkowicie opanowany, chociaż mogła dostrzec błysk gniewu w bursztynowych ślepiach, kiedy Blask drasnął go po żebrach. Perfekcyjnie kontrolował każdy mięsień w swoim ciele, jednak z emocjami nie szło mu najlepiej. To był niezawodny sposób na wszystkich Wyklętych i ten nie miał okazać się wyjątkiem od reguły.
    – Poddaj się – zaczęła, głosem chrapliwym od wysiłku – a oszczędzę twe życie.
    Odpowiedział jej głośny, zgrzytliwy śmiech, brzmiący bardziej jak powarkiwanie.
    – Zginiesz dziś, dziewczynko.
    – Zatopię ci miecz w gardle, zanim zdołasz się obejrzeć – syknęła złowrogo, unosząc katanę na wysokości twarzy i stając w pełnej gotowości.
    Wyklęty zmrużył ślepia, irytacja rozbłysła w bursztynowym spojrzeniu.
     – Zobaczymy – warknął, atakując, jeszcze zanim słowo w całości opuściło paszczę pełną kłów.
    Dwusieczny topór szerokim łukiem rozpruł powietrze, tnąc na ukos od dołu, gdzie spoczął przy boku Wyklętego po poprzednim ataku. Ledwie zdołała go uniknąć, kucając z pochyloną głową i czując, jak serce podchodzi jej do gardła. Gdy broń przeciwnika ze świstem przesunęła się nad rudą czupryną, Lasair wyprostowała się i cięła plecy przeciwnika, okręcając się na pięcie. Bestia zawyła wściekle. Od razu rozpoznała ten ryk – Wyklęty wpadł w furię, co mogło być zarówno jej szansą, jak i zgubą.
    Odskoczyła przed błyskawicznym kontratakiem, niemal potykając się o jakąś porzuconą broń. Przeciwnik od razu wykorzystał to niewielkie zachwianie równowagi. Silnym kopniakiem posłał wojowniczkę na łopatki, tym samym pozbawiając tchu w piersi. Gwiazdy zatańczyły przed zielonymi tęczówkami, zanim zdołała dojrzeć wędrujące w jej stronę ostrze i na czas przeturlać się po twardych kostkach. Topór z obrzydliwym zgrzytem zarył w brukowane podłoże, dając Lasair wystarczająco czasu, by podniosła się na nogi i odzyskała równowagę. Strach tym mocniej zacisnął się na jej wnętrznościach, gdy walka zdawała się niemiłosiernie przedłużać, a co więcej – zbliżać nieuchronnie do końca. W dodatku koniec nie malował się wcale zwycięsko, gdy rozwścieczony Wyklęty zasypywał wojowniczkę gradem ciosów. Wiedziała, że jeśli szybko czegoś nie wymyśli, zaścieli wolne miejsce przy ciałach braci.
    – Tylko na tyle cię stać, kreaturo? – syknęła bez tchu, czując niemiłe drżenie mięśni ud, zmęczonych kilkugodzinnym tańcem wojny.
    Warkot był jedyną odpowiedzią monstrum, gdy wykrzywił pysk w nienawistnym grymasie. Zaatakował z furią godną najlepszego wojownika, jednak popełnił błąd, postępując dokładnie tak, jak miała nadzieję. Ciął od góry, bez zastanowienia, chcąc posłać przeciwniczkę w zaświaty solidnym ciosem, którego nie dało się sparować.
     Lasair usunęła się przed toporem, zakańczając swój taniec pięknym i śmiercionośnym piruetem. Zanim Wyklęty zdołał się zorientować, Blask podążył do jego grubej szyi z szybkością błyskawicy, przecinając ścięgna, mięśnie i kręgosłup niczym ostrze gilotyny, nawet nie nadszarpując krawędzi idealnie gładkiego cięcia. Ogromna paszcza potwora osunęła się na bruk z głuchym łoskotem, a wielkie cielsko podążyło w ślad za nią, żałośnie brocząc czarną krwią.
    Nie poświęciła mu już więcej uwagi, uważnie rozglądając się po walczących. Rycerze królestwa zdawali się zdobywać przewagę, odpierając bestie ku wielkiej, wyważonej bramie z białego marmuru, upstrzonej ciemną posoką. W powietrzu jednak unosiło się dziwne napięcie, które skręcało rudowłosą od środka. Wyklęci warczeli i krzyczeli w swoim nienaturalnie brzmiących języku, jakby ze zniecierpliwieniem poganiali czas. Lasair czuła, że bitwie daleko jeszcze było do końca, a świadomość ta zagnieździła się nieprzyjemnie w odmętach umysłu i drażniła od środka jak wściekła osa.
    W końcu z daleka rozbrzmiał jakiś nawołujący głos:
    – Księżniczko!
    Nie zdołała nawet odwrócić się w stronę kapitana straży, gdy powietrze przeciął przeraźliwy huk a ognista kula rozbiła się o mury zamku, spadając gradem iskier i płomieni na walczących. Wyklęci ryknęli tryumfalnie, ruszając do boju z nową siłą, kiedy kolejny pocisk rozsypał się na gładkiej powierzchni kamienia.
    Przez chwilę z niedowierzaniem spoglądała na osmalony biały marmur, którego piękną barwą zawsze szczycił się najpiękniejszy z zamków króla. Tańczące pod murami płomienie dosięgły już sporej ilości łuczników, dotąd stojących na tyłach i współpracujących z piechotą; wojska bardzo na tym ucierpiały, nagle tracąc przewagę pocisków dystansowych. Strach i zwątpienie odmalowało się w oczach żołnierzy, a Lasair nie mogła zaprzeczyć, że sama zaczęła czuć, jakby ktoś potraktował jej brzuch z okutej pięści.
    Mimo to z oddali, spośród kakofonii wrzasków, dotarł do niej pojedynczy, silny głos. Nawoływał do walki, podnosił na duchu wylęknionych i przerażonych podwładnych, wlewając w ich serca nowe, niespożyte siły. Wojacy ruszyli do boju znów mężni i pełni odwagi, jakby wypoczęci po długim odpoczynku i pokrzepiającej mowie. Wróg, widząc ten niesamowity żar w oczach wojowników, cofnął się niespodziewanie o krok. Kiren stał pośród swoich wojsk w chwale bitewnego zapału, wykrzykując co raz to nowe hasła, którymi krzepił serca walczących. Lasair odczuła to w szczególny sposób.
    Przyglądała się młodemu mężczyźnie z podziwem i miłością, czując nagle, że jeszcze nie wszystko stracone. Za takim przywódcą poszedłby każdy, jednak Wyklęci nie czuli szacunku ani przestrachu do nikogo i przed nikim nie ustępowali. Nawet w takiej chwili przygotowywali się, by jak najlepiej wykonać swoje zadanie, a byli niezrównani jeśli szło o rozpoznanie i unieszkodliwienie najgroźniejszych przeciwników. Już wtedy zdążali ku księciu zwartą grupą, rozbijając szyk wojowników królestwa.
     Lasair ze swojej pozycji widziała ich jak na dłoni. Sama została już dawno otoczona falą rycerzy, którzy ruszyli do boju z całkiem nowym zapałem, otaczając ją bezpiecznym kręgiem. Serce jednak pomimo tego dudniło jej w piersi i stała niczym zaczarowana, spoglądając w kierunku Kirena. Wyklęci już okrążali niewielką, towarzyszącą mu grupkę, wciąż broniącą się dzielnie, ale przeciwnicy dopięli swego – odcięli ich.
    W tamtej chwili młoda wojowniczka podjęła decyzję.
    Czas zwolnił. Zastygnięte w bezruchu postaci wykrzywiały wściekłe, gorliwe bądź wylęknione twarze, z broniami gotowymi do ciosu i oczami pełnymi różnych emocji. Nie zwróciła na nich uwagi, skupiając się na jednym, odległym punkcie – lśniącej zbroi i burzy ciemnych włosów, którą uwielbiała przeczesywać palcami. Wzięła pojedynczy, głęboki oddech, a kiedy przymknąwszy powieki na ułamek sekundy, wypuściła powietrze z płuc, świat znów przyspieszył.
    Ruszyła do walki, gdy tylko szczęk oręża i gniewne okrzyki zaatakowały jej uszy. Nie zawahała się, nawet widząc bezgraniczny szok w dzikich, zwierzęcych ślepiach, których właściciele do ostatniej chwili nie wiedzieli, jakim cudem znikąd nagle pojawiła się ognista anielica, by zaraz potem wykonać na nich wyrok śmierci. Tylko rycerze królestwa i najbliżej niej walczący książę nie wykazali nadmiernego zdziwienia, od razu wykorzystując element zaskoczenia, jaki im zapewniła.
    – Miło, że się zjawiłaś – stwierdził z lekką zadyszką Kiren, pozbawiając życia nad wyraz paskudnego Wyklętego o mordzie hieny.
    – Pewnie – Blask przeciął w poprzek tors kolejnego monstrum – i tak zawsze musiałam ratować ci skórę. Uśmiechnęła się nieznacznie, usłyszawszy śmiech księcia. Nie przerywając śmiertelnego tańca wojny, dopasowała się do rytmu szatyna, całkowicie synchronizując swe ruchy z jego. Stali się wtedy jak jeden organizm, jak idealnie dopasowane kołatki sprawnie działającej maszyny, jednak gdy pierwszy szok pojawieniem się Lasair minął, sytuacja zaczęła przedstawiać się w bardzo czarnych barwach. Wyklęci bowiem potrafili wyczuć, kto przedstawiał sobą największe zagrożenie i wiedzieli, że muszą się go szybko pozbyć. Wojownicy królestwa próbowali nie okazywać strachu, ale w obliczu półzwierzęcych twarzy mało kto potrafił zachować kamienną twarz.
     Mimowolnie rozejrzała się po dziedzińcu. Wszędzie wokół tańczyły płomienie, które wciąż i wciąż opadały z ognistych pocisków rozbijających się o białe mury, raniąc tym samym dużą część wojsk króla. Wróg napierał coraz mocniej i skuteczniej, nie pozostawiając rycerzom żadnej możliwości odwetu, gdy zaś szansę zaczęły powoli się wyrównywać, przyszedł czas na nieczyste zagrania. Pośrodku niewielkiej grupki walczącej w kłębowisku nienawistnych bestii zaczęła nieświadomie oddalać się od Kirena. Rozdzielali ich, zajmując walką niemal desperacko, bijąc jakby na oślep i padając od ostrza Blasku znacznie częściej.  
     Nad placem boju gęstą chmurą unosił się dym, przepuszczający jednak promienie jasnego słońca i błękitnego nieba, jakby swym pięknym widokiem chcących dodać otuchy walczącym. Ogień trawił jeszcze zalegające na bruku trupy, ale wygasał powoli i zdawał się już nie tak mocarny, jak gdy spadał kaskadami z pocisków rozbijających się o mury. Dziwna cisza ogarnęła wrzawę bitwy, odgrodziła umysł od okrzyków śmierci i desperackiej walki, gdzieś zachwiana została równowaga natury, ktoś naruszył porządek świata. To był właśnie ten moment, w którym rudowłosa anielica wzniosła oczy ku niebu i wypuściła ku firmamentowi cichą modlitwę, ze złudną nadzieją, że tego dnia Los będzie dla nich łaskawy.
     Wtedy zaś zdarzyło się coś, czego od lat nie widzieli najstarsi mędrcy świata. Delikatna prośba została wysłuchana, jawiąc się na nieboskłonie skrzącą się srebrną smugą, niczym spadająca gwiazda w środku południowego skwaru. Dar od Przeznaczenia lub może Moiry, pani Losu, uwielbionej bogini, przybył z odsieczą. Jego odległy śpiew, piękniejszy od trelu słowika wypełnił powietrze, uciszając wszystkie okrutne dźwięki wojny. Wlał w serca rycerzy niespełnioną radość i szczęście wiosennego poranka, spokój natury i gniew żywiołów. Był jak impuls, który pchnął Lasair do tryumfalnego okrzyku:
    – Srebrny Feniks! Srebrny Feniks nadlatuje!
    Co zaraz po niej powtórzył chór męskich głosów w radosnym uniesieniu, a co Wyklęci powitali wściekłymi rykami. W końcu smuga zwiększyła swój rozmiar do wielkości dorównujące niewielkiemu okrętowi, płonącemu jasnym ogniem o barwi księżyca w pełni, skrzącym się w świetle dnia jak najpiękniejsze brylanty. Głośny, zadziwiająco delikatny i ostry zarazem krzyk wydobył się z długiego, zakrzywionego dzioba w barwie najczystszej bieli, a gdy zniżył się nad polem bitwy, srebrny płomień ujął w swe objęcia przerażone monstra, tuląc gorącymi ramionami i spopielając na miejscu. Rozlał się po bestiach jak ogromna fala po gładkiej, nagrzanej plaży. Trawił, pochłaniał i nie miał sumienia, nawet gdy Feniks uniósł się znów ku firmamentowi niebieskiemu, żegnając walczących krzepiącym, pięknym śpiewem ostatniego hymnu tej bitwy.
    Już szala zwycięstwa zaczęła przeważać na korzyść broniących się, już wojowniczka szukała wzrokiem Kirena, by wymieniać te zadowolone uśmiechy mówiące – już po wszystkim, koniec, zaraz wygrana będzie nasza – jednak gdy go dostrzegła, czas znów zwolnił, a w piersi zabrakło oddechu.
    Całkowicie odgrodzony od swoich, na kawałku wolnej przestrzeni utworzonej przez Wyklętych specjalnie dla niego i jego przeciwnika, rosłego monstrum o sylwetce przypominającej niedźwiedzia, wystawiony na pastwę okrutnego przeciwnika walczył o życie. Sama nie wiedziała, jak i dlaczego skierowała wzrok w przeciwną stronę, dostrzegając stojącego na wzniesieniu utworzonym z gruzów muru wroga z napiętym łukiem w łuskowatych dłoniach i czarną strzałą założoną na cięciwę. Podły uśmieszek rósł na jego zniekształconych, gadzich wargach, w żółtych ślepiach malowała się żądza mordu. Jeszcze sekunda - obierze cel i wystrzeli, a wtedy nikt już nie zdoła pomóc samotnemu księciu.
     Gdyby została w tamtej chwili zapytana, dlaczego postąpiła tak, nie inaczej, nie byłaby w stanie odpowiedzieć. Instynkt lub może pragnienie ocalenia bliskiej osoby pokierował jej ruchami, bez udziału zdrowego rozsądku, a nawet jakiejkolwiek myśli. Wyrwała się z miejsca, choć nie zamierzała biec. Nie zwróciła uwagi na wrogie ostrza, przecinające zbroję na ramionach, bo nie myślała o rzeczywistości chwili, w której się znajdowała. Dreszcz z prędkością błyskawicy przebiegł po delikatnej skórze, blask słońca zagubił się w rudej czuprynie, nim zniknęła, by zjawić się znacznie dalej, z wyciągniętymi rękami i desperackim krzykiem na ustach:
     – Padnij! – Impet uderzenia powalił zdezorientowanego księcia, jednak piękna anielica nie podążyła w jego ślady, nie od razu.
     Zduszony, charkliwy jęk zdziwienia opuścił spierzchnięte wargi, gdy wpierw z niedowierzaniem, a potem ulgą spojrzała w dół na lśniący, czarny grot, który skrząc się złośliwe, wystawał spomiędzy płat materiału na brzuchu. Tępy ból przeciął równą linią wnętrzności, ale wydawał się taki nierzeczywisty, odległy. Cisza po raz kolejny tego dnia okryła nieszczelnym kokonem myśli rudowłosej, zasnuwając pole bitwy delikatną, mlecznobiałą mgłą i zmieniając poruszające się sylwetki w smugi zmieszanych ze sobą kolorów. Nogi ugięły się pod zbyt ciężkim ciałem, które z głuchym łoskotem uderzyło o brukowany dziedziniec. Gdzieś przy swoim prawym boku słyszała wyraźniejsze poruszenie, ale nie przejęła się nim, podziwiając czysty błękit nieba. Spokój i ulga objęły wcześniej łomoczące z niepokojem serce, myśli zwolniły, ulotne i nieuchwytne. Nim jednak powieki zdołały opaść, a duch unieść się w krainę marzeń sennych, cień przysłonił piękno natury.
     Wpierw krzyczał coś niezrozumiałego, próbował potrząsać. Nie rozumiał, że tylko niepotrzebnie chciał zakotwiczyć anielicę w świecie, do którego nie należała – już nie.
     – Lasair, proszę, proszę, spójrz na mnie… Siostrzyczko, zostań – błagał w amoku, choć jakaś silna, męska dłoń próbowała pocieszyć go i podnieść za ramię, dać do zrozumienia, że to jeszcze nie koniec bitwy.
      W ostatnim przebłysku świadomości zrozumiała, dlaczego teraz leżała całkowicie bezbronna, a ten mężczyzna niemal płaczliwie prosił ją o niemożliwe. Zielone tęczówki zwróciły się na rozmazaną twarz, a kąciki ubarwionych krwią warg uniosły się lekko.
     – Żegnaj, bracie – zdołała szepnąć chrapliwie. Nawet nie była pewna, czy zrozumiał, jednak po sposobie, w jakim wstrząsnął nim silny szloch, poczuła, że zdołał usłyszeć. – Nie zawiedź ich…
     Zamrugała po raz ostatni, nie zdając już sobie sprawy, jak mocne ramiona oplatają jej chłodnące ciało, przyciskając do nagrzanego metalu zbroi, ani ze słonych kropel spadających na ognistą aureolę włosów. Wraz z tchnieniem ulgi większej, niż kiedykolwiek w życiu myślała, że poczuje, zamknęła zmęczone oczy i pozwoliła, by Los odebrał jej duszę, zabrał do miejsca, gdzie kończyła się myśl.
    

wtorek, 24 listopada 2015

"Rozpalić wspomnienia" Rozdział 8

[Przyznaję, że miałam problem z tym rozdziałem. Nie dość, że nastąpił dla mnie nie najlepszy czas, sam w sobie był dla mnie bardzo trudny do napisania. Równocześnie teraz jestem z niego zadowolona i nawet mam wrażenie, że jak dotąd to mój najlepszy. Tak, N, wiem, że zaraz mi udowodnisz, jak bardzo się mylę ;D Spokojnie, wiesz, że bardzo lubię Twoje komenty ^^ 
W każdym razie cieszę się, że w końcu dałam radę go napisać. Choć krótszy, wydaje mi się, że mocno treściwy i uda mu się Was zadowolić. Za błędy z góry przepraszam, za wypisanie się też nie obrażę ;p Zapraszam serdecznie do czytania i komentowania! ^^]


Rozpalić wspomnienia

Rozdział 8


     Rok 1968
     Siedziała skulona na brzegu pryczy już od ponad godziny. Wpatrywała się pusto w szarą, brudną ścianę wynajętego po misji pokoiku i obejmowała się ciasno, skubiąc zębami skórę na kciuku. Żołnierz przypatrywał się Sintari uważnie, ale bezsilnie. Odkąd wypłakała się w jego ramiona, nie wypowiedziała ani słowa, wpadając w ten przedziwny letarg. Nie miał pojęcia, co zaszło, mógł jedynie podejrzewać – nie potrafił jednak zdobyć się na wtargnięcie w jej najbardziej prywatne sprawy. Byli nauczeni milczeć, znosić trudy i rozkazy bez pytania, nie wtrącać się, działać bez zarzutu, niczym dobrze naoliwione machiny.
    Poruszył się z delikatną frustracją, niektóre stawy strzyknęły od braku ruchu i to dopiero wywołało reakcję Eny.
    Wyprostowała się, ściągając łopatki i jakby wraz z tym gestem nabierając pewności. To postawiło zmysły Żołnierza na podwyższoną czujność, nie bezpodstawnie. Poderwała się na równe nogi, na co Wis bezwiednie zareagował tym samym. Czując lodowaty dreszcz biegnący po kręgosłupie, przemówiła cicho:
    – Nie mogę tam wrócić.
    Odwróciła się powoli, niepewnie. Na zwykle spokojnej twarzy kotłowała się mieszanka bólu, smutku i rosnącej furii, którą usilnie starała się tłamsić. Znał to emanujące wściekłością spojrzenie i wcale mu się nie podobało. Zmierzył sylwetkę Sinatri uważnie, dostrzegając, jak z zaciśniętymi prawie do krwi pięściami powstrzymywała napływ adrenaliny, który zmieniał ją w ludzką bestię. Widział zabójczynię w tym stanie tylko dwa razy – gdy znaleźli się na froncie i podczas jednego treningu z nowymi. Nigdy nie pytał, jednak widok ten wrył mu się bardzo głęboko w pamięć. I bynajmniej nie chciałby znaleźć się wtedy na jej drodze do celu.
    Po długiej chwili desperackiej walki o władzę nad własnym ciałem czuła, że powoli przegrywa. Wtedy jednak, jak gdyby nagle ktoś nacisnął wyłącznik w umyśle Eny, wszystkie emocje wyparowały, zastąpione tylko bezgraniczną i całkowicie deprymującą bezsilnością.
     – Ale nie mam też gdzie odejść… – wydusiła szeptem i opadła na krawędź zaniedbanej pryczy.
    Wokół jej sylwetki zmiętą pościel zdobiły ułożone zgrabnie noże, flakoniki, sztylety i magazynki, w każdej chwili gotowe do spakowania, a w pomieszczeniu zapadła grobowa cisza, przerywana tylko z rzadka brzęczeniem samotnej muchy. Wis przyglądał się zabójczyni z równym zrezygnowaniem, chociaż gdzieś w głębi umysłu powoli kiełkowało podejrzenie. I kiedy już miał odważyć się na pytanie, olśnienie spłynęło na niego trwożną świadomością.
     – To amnezja, tak? Cofnęła się? – bardziej stwierdził, niż zapytał, a Ena tylko odwróciła wzrok z zaciśniętymi wargami. Trafił. I to obudziło w nim dziwną, bardzo niebezpieczną nadzieję. – Ile pamiętasz?
    Wzdrygnęła się nieznacznie.
    – Chyba wszystko…
    Uniósł brwi w zaskoczeniu, wręcz sceptycznie, wtedy jednak to Sinatri skierowała na niego uważny, niemal podejrzliwy wzrok.
    – Ukrywasz coś.
    Wzruszył ramionami, czując w nich nagłe napięcie.
    – Każdy z nas coś ukrywa – próbował wymijająco, sam w sumie nie wiedząc dlaczego, mimo to po chwili z westchnieniem wyznał prawdę: – Też pamiętam. Sceny, nieskładne wydarzenia, przebłyski, jakby… jakby z poprzedniego życia, bardzo dawno temu. Nigdy się nad nimi nie zastanawiałem, nie miałem kiedy ani po co. Aż do teraz.
    Spojrzeli na siebie, zimny błękit lodu naprzeciw ciepła złota i brązu, nagle nieco przygaszonego.
    – I co teraz zrobimy?
    Pytanie zawisło w powietrzu niczym gilotyna, gotowa oddzielić fałszywe przeświadczenia od szczerych, choć jeszcze nie do końca zrozumiałych pragnień, i na zawsze odcisnąć na nich swe piętno. Pierwszy raz czuli się tak zagubieni, nie wiedząc, co ze sobą zrobić, jaką ścieżkę obrać – wrócić i dalej służyć, nie dostając nic prócz pustych słów w zamian, czy próbować desperackiego ruchu, niczym ostatni pion na polu bitwy. Nigdy nie stanęli przed podobnym wyborem, nigdy nawet nie musieli zastanawiać się dłużej niż mgnienie oka, tymczasem jednak nie potrafili podjąć żadnej decyzji. Trwali w tym impasie długą chwilę, póki nie przypomnieli sobie poprzednich misji, zwlekania z powrotem choćby o minuty, szukania kontaktu i wspólne treningi. Oraz morderczych szkoleń, które sami wykonywali. Wtedy wiedzieli już, co należało uczynić.
    – Uciekniemy – oznajmił spokojnie niski głos Żołnierza, wpatrującego się uważnie w nieruchomą sylwetkę Eny.
    – Kiedy?
    – Przy najbliższej okazji.
    Ledwie dostrzegalnie zacisnęła wargi, sceptycyzm zalśnił w oczach.
    – Jaką możemy mieć pewność, że będziemy do tego czasu pamiętać? Że w ogóle wyślą nas znów razem?
    – Żadnej – odparł prosto, brutalnie – ale czy mamy inne wyjście?
    „Uciec teraz” – chciało wyrwać się Sinatri, jednak zdołała się powstrzymać. Nie mieli ani planu, ani czasu, lada chwila skończy im się względna wolność, a dowództwo od razu zacznie węszyć. Nie zdążą daleko zbiec. Wis miał rację – jedyną okazją mogło być przygotowanie planu wcześniej i wcielenie go w życie przy następnej okazji, niezwłocznie. Czy było ich na to stać?
    Potarła niewidoczne blizny po wewnętrznej stronie dłoni, nie potrafiąc podnieść wzroku. Teraz miała swoje wspomnienia, choć wcale nie przynosiły ze sobą radości. Mogła z nich skorzystać. Mogła zawalczyć o siebie. O nich…
    – Ufasz mi? – zapytał nagle, szeptem ledwie głośniejszym od brzęczenia muchy. Spojrzała w niepewne oczy Żołnierza z bliżej nieodgadnionym wyrazem twarzy.
    – Wiesz, że tak.
    Skinął, odwracając wzrok. Jego ramiona nieco opadły, uwalniając dozę napięcia.
    – To dobrze… - mruknął cicho, zaciskając metalową pięść.
    – A ty? Ufasz mi? – zapytała.  Jej głos, choć zdystansowany, niósł w sobie dobrze wyczuwalną, zdławioną wibrację.
    Wiedział, że tym razem wpatrywała się w niego, śledząc każde, najmniejsze drgnięcie, i na niezrozumiały sposób przyniosło mu to dziwną ulgę. Ulgę, która trafiała ostrą szpilą prosto pod splot słoneczny.
    Uniósł spojrzenie, krzyżując je z wyczekującymi tęczówkami Sinatri, a kąciki jego warg uniosły się w ledwie widocznym geście.
     – Wiesz, że tak.

~*~

      Zimno, znów to cholerne zimno.
    Lodowate macki dreszczy wstrząsały jego ciałem, a skołowany umysł nie był w stanie nad nimi zapanować choćby przez chwilę. Nie miał żadnej kontroli, nad niczym, i to przerażało Żołnierza bardziej nawet od bezbarwnych twarzy naukowców, którzy otaczali go zewsząd i sprawdzali niczym robota. Nie protestował. Nawet gdyby chciał, jeszcze nie miał wystarczająco siły. Zimno dopiero zaczynało opuszczać jego ciało.
     Ukradkiem rozejrzał się po sali. Wszystko lśniło czystością, aż do bólu sterylne, a metalowe krzesło błyszczało złowrogo w laboratoryjnym, suchym świetle. Powoli umysł Żołnierza przytomniał, wraz z tym zaś przychodziły niektóre wspomnienia.
     Mieli uciec.
     Przygotowali plan, który, choć wątpliwy, napawał znikomą nadzieją. Wszystko miało odbyć się jak zawsze, z tą tylko różnicą, że teraz nie udadzą się na miejsce zbrodni. Wiedział, gdzie ma się stawić, gdzie będzie na niego czekała. Musiał się tylko wydostać. Grzecznie, potulnie, bezosobowo, jak zawsze.
     Podniósł wzrok.
     – Żołnierzu.
     W ciszy rozbrzmiał pozornie łagodny głos, a oczom Wisa ukazała się pociągła, spokojna twarz dobrze znanego mu naukowca, którego imienia czy nazwiska jednak nigdy nie poznał – lub może nie zapamiętał? Wyglądał upiornie, jak duch w lekarskim kitlu. W jego oczach lśniło okrucieństwo. Chłodne, wykalkulowane, niemal można by rzec, że profesjonalne.
    Zima podniósł się powoli, sprawdzając własne ciało. Poruszył palcami, napiął i rozluźnił mięśnie, wyprostował się, po czym zamarł. Naukowiec o oczach mordercy obserwował to z pewnym zadowoleniem, mimo to w jego spojrzeniu czaiło się coś niepokojącego.
    – Nastąpiła mała zmiana planów – oznajmił spokojnie i przesunął się nieznacznie, bardziej odsłaniając krzesło, na którego tle dotąd stał. Ciałem Żołnierza wstrząsnął dreszcz. – Musimy najpierw przeprowadzić kilka dodatkowych badań i testów. Później poznasz szczegóły misji i zaczniesz przygotowania, jak zazwyczaj. Zrozumiano?
    To było pytanie retoryczne.
    Nie odpowiedział, tylko skinął nieznacznie, wpatrując się pusto w jakiś punkt na przeciwległej ścianie. Kąciki warg naukowca drgnęły lekko.
    – Zatem zapraszam… - Wskazał ręką na metalowe siedzisko, a wzrok Żołnierza samoistnie skupił się na nim całkowicie.
    Krzesło stało w centrum pomieszczenia, idealnie w środku. Wydawało się ściągać i gromadzić w sobie całe zło, całą parszywość i okrucieństwo, które tylko potrafiłby sobie wyobrazić. Pamiętał je. W krótkich, niejasnych przebłyskach, jak przez mgłę, ale było tam. Pamiętał ból i zdezorientowanie. Zawahał się. I niemal wrósł w podłogę, gdy w tej samej chwili dostrzegł błysk w szarym spojrzeniu okrutnika. Niemal.
    Ruszył najspokojniejszym i pewnym krokiem, na jaki był w stanie zmusić drżącą kupę mięcha, którą się stał. Blask laboratoryjnych lamp odbijał się złowrogo od gładkiego metalu protezy, a uważne spojrzenia śledziły go bacznie, jednak z wyraźną ostrożnością. Bali się. Pierwszy raz dojrzał, jak drżą im ręce, jak zerkają bojaźliwie na ramię, jak uciekają wzrokiem od lodowatych oczu. Bali się, to jednak wcale nie napawało go poczuciem władzy lub wyższości. Mógłby pozabijać ich wszystkich, oczywiście, ale co dalej, co by to dało? Nie uszedłby nawet kilku kroków, już by się nim zajęli odpowiednio. Nie miał szans w starciu z taką potęgą. Nie teraz i nie w tym stanie. Nie samotnie.
    Zimne siedzisko zdawało się parzyć jego skórę mimo chłodu. Otaczający krzesło osprzęt milczał złowrogo, jakby czekając na odpowiednią chwilę. Chwilę, która właśnie nadeszła.
    – Spokojnie, Żołnierzu – odezwał się cicho naukowiec o spojrzeniu szaleńca. – Za chwilę będzie po wszystkim…
    Wtedy dał znak komuś, kogo Zima nie widział, a ciszę przerwał świszczący zaśpiew maszynerii.
    Krzesło ożyło.

~*~

    Rozprostowała palce, nieco ścierpnięte od treningowych taśm. Mrowiły. Przyjemnym, ciepłym drżeniem, które jednak podszyte było strachem i ekscytacją, jakby zewnętrznie i wewnętrznie stała się dwoma różnymi osobami. Wokół z mat zbierało się paru pachołków, a przy ścianach stało kilku kolejnych z broniami w każdej chwili gotowymi do strzału. Wydawało im się, że byli tam, by jej pilnować, w szczególnym przypadku unieszkodliwić, ale nie mieli pojęcia, jak bardzo tak naprawdę byli bezsilni.
    Enę rozpierała energia – od właśnie stoczonych walk, od podszytej obawą ekscytacji przed wcieleniem planu w życie i gotującej się tuż pod skórą adrenaliny. Adrenaliny, która z odpowiednim zapłonem mogła rozpętać piekło i kryła się w drażniącej wnętrze, stale narastającej furii. Mogłaby ją uwolnić, tu i teraz. Mogłaby, ale jeszcze trzymała ją na uwięzi.
    Zacisnęła zęby, całkowicie nieopatrznie, a jednak z dziwną satysfakcją nawiązując kontakt wzrokowy ze strażnikiem. Widziała w jego oczach zaalarmowanie. I strach.
    Drgnął, nieco podrywając broń, wtedy jednak rozwarły się ciężkie, metalowe drzwi. Wszyscy prócz Eny stanęli na baczność, twarzami w stronę przybyłych. W progu zjawił się mężczyzna o pociągłej twarzy, sporym zaroście i haczykowatym nosie, na którym spoczywały okularki w cienkiej oprawce. Jego wątłą sylwetkę otulał biały kitel.
    – Zmiana planów – oznajmił chłodno. – Agentko Sinatri, proszę za mną.
    Spięła się, niechętna podążyć za tym wężem w ludzkiej skórze, który mógł zaprzepaścić ich jedyną szansę, jednak nie miała innego wyjścia. Trzech mężczyzn z bronią otoczyło doktora w sprawnie wyćwiczonym manewrze, czwarty stanął za jej plecami. Powoli odwiązała taśmy, odrzucając je na matę bez patrzenia. Kiedy w końcu zbliżyła się do doktora, zdołała dostrzec błysk w jego śliskim spojrzeniu. A może to tylko światło odbiło się w szkiełku?
     Ruszyli sprawnym tempem, ich kroki niosły się po korytarzu – ciężkie buciory gromkimi uderzeniami, cichy krok Eny ledwie szmerem. Starała się utrzymać równomierny oddech, spokojny rytm serca i nie dopuścić, by zaczęły drżeć jej ręce, ale obrana przez mężczyznę droga niepokoiła Sinatri z każdym przebytym metrem coraz bardziej. Domyślili się? Odkryli ich plan? Niemożliwe, zbyt dobrze go chronili.
    Kolejne metalowe drzwi rozwarły się przed nimi u kresu wędrówki, odsłaniając sterylne, chłodne wnętrze. Przekroczyła próg z sercem w gardle, już wiedząc, że ich szanse spadły niemal do zera. Ale Wisa nie było w środku.
    – Musimy przeprowadzić kilka dodatkowych badań przed misją – oznajmił spokojnie przybyły z nią doktor, gdy przystanęli przed lśniącym w laboratoryjnym świetle krześle. – Reszta przebiegnie według znanych procedur. Zrozumiano?
    Skinęła tylko w odpowiedzi, nie podnosząc wzroku.
    Wokół stało kilka metalowych wózków z narzędziami, strzykawkami i wszelkimi potrzebnymi przyrządami. Reszta pomieszczenia była całkiem pusta, nie licząc kriokomor i kozetki w rogu. Przy ścianie stało jeszcze dwóch naukowców w kitlach.
    Doktor odsunął się, schodząc jej z drogi, coś złego nadal błyszczało w jego spojrzeniu. Wtedy właśnie mężczyzna za nią zrobił krok do przodu i wbił w odkryte ramię Eny strzykawkę. Zadziałała odruchowo. Szybki półobrót, cios pięścią w zastygłą w zdziwieniu twarz, rozbryzg krwi ze złamanego nosa i potężne kopnięcie w brzuch, które posłało go na kilka metrów do tyłu. Doktor uniósł rękę z błyszczącymi złowrogo oczyma, kliknęły odbezpieczone pistolety, ale nie usłyszała żadnego wystrzału. Nagle czas się zatrzymał, gdy piorunujący ból rozerwał tkanki jej lewego ramienia, wtedy zaś organizm zabójczyni zadziałał automatycznie. Uwolniła adrenalinę. Gotującą się pod skórą, zimną i wyrachowaną furię. Nim ktokolwiek się zorientował, jej oczy przybrały barwę złota i nic prócz celu nie miało już znaczenia.
    Kopnęła metalowy stolik w stronę drugiego ochroniarza, kółka zaszurały, a impet powalił go na zimną posadzkę. Z kolejnego chwyciła skalpel, niemal bez patrzenia posyłając ostrze w pierś trzeciego mężczyzny. Czwarty podzielił jego los, krztusząc się z nożem  gardle. W trakcie dwie kule świsnęły pod jej ramieniem i przy boku, ale ona już z rozpędu wpadła w ślizg, szybciej niż mgnienie unikając pocisków. Prześlizgnęła się po podłodze obok powalonego stolika i mocnym sierpowym posłała ostatniego w omdlenie, nim zdołał się pozbierać od upadku. W całym tym zamieszaniu zdołał tylko dostrzec kątem oka, jak doktorzy wycofują się ku drzwiom, a jeden krzyczy:
    – Wprowadzić!
    Poderwała się, gotowa dotrzeć do nich, zanim przekroczą próg, ale wtedy z niewidocznego dotąd przejścia w ścianie ktoś wyszedł. Ktoś, kogo się nie spodziewała.
    „Wis?”
    Złote oczy zblakły, rozszerzyły się, wewnętrzny ogień jakby przygasł, jednak szybko dostrzegła, że to już nie był jej Wis. Jego oczy były puste, zimne i bezlitosne, a ciało poruszało się niemal mechanicznie, bez krzty finezji, którą zawsze podziwiała. Furia zagotowała się w niej na nowo, zwierzęcy warkot dobył się z gardła i wtedy na siebie ruszyli.
    Przeskoczyła nad stolikiem, wkładając cały impet w kopnięcie, które jednak nie sięgnęło celu, a jej noga tylko przecięła powietrze nad głową Zimy. Silne ramię chwyciło ją w pasie i przyszpiliło do ziemi, ale metalowa pieść trafiła obok, rozkruszając kafelki. Sinatri spięła się, zwinęła i kolejnym kopniakiem zdołała dosięgnąć szczęki Żołnierza. Syknął, czując krew na zębach. Ena wyśliznęła się spod uścisku i cofnęła, obserwując go niczym kobra zagrożenie.
    Zza szkła weneckiego przyglądali im się trzej naukowcy, z doktorem w okularkach pomiędzy pozostałymi, z uwagą śledzącego wydarzenia. Dłonią gładził podbródek, gdy za szkłem Żołnierz walczył z Kobrą jak równy z równym. Czasami wręcz nie nadążał za ich ruchami. Zauważył, że była szybsza od niego – dzięki temu ciągle żyła.
    – Powinien ją zabić – odezwał się jeden z jego przybocznych. – Doktorze…
    Nie – przerwał mu drugi – jest cenna. Musimy ją wyczyścić i nie pozwolić by sprawy znów zaszły za daleko. Doktorze…
    Uniósł dłoń, uspokajając naukowców. Za szkłem Kobra zanurkowała właśnie pod lewym ramieniem Żołnierza i zdołała podciąć mu nogi. Zamiast jednak jakoś go dobić – lub chociaż tego spróbować – odskoczyła, warcząc coś pod nosem.
    – Widzicie to? – zapytał spokojnie, w jego oczach lśniła fascynacja. Tamci dwaj spojrzeli po sobie nieco zdezorientowani. – Są idealni w swoim fachu, zabijają bez mrugnięcia okiem, a tu? Mają wokół siebie tysiące możliwości odebrania życia, ale dalej walczą…
    Kolejne metalowe stoliki poprzewracały się, rozsypując narzędzia, gdy Żołnierz mocnym ciosem posłał w ich stronę Enę. Przeturlała się po posadzce pełnej zbitego szkła, małe ranki goiły się błyskawicznie, ale krew już obficie zdobiła jej skórę i ubiór. Wypluła czerwoną ciecz, kopiąc jeden ze stolików w jego stronę.
    Dwaj naukowcy poruszyli się nieswojo.
    – Nie dostali rozkazu – powiedział jeden niepewnie i niemal odetchnął, gdy doktor skinął powoli.
    – Żołnierz nie dostał rozkazu, więc póki co dąży tylko do unieruchomienia ofiary. Kobra jednak walczy o życie, powinna traktować to jak test, nie zawahać się. – Potarł podbródek z ostrym zarostem, w szkiełku okularów odbiło się światło. – Ochroniarzy jednak zabiła bez zastanowienia... Rozumiecie, co chcę wam powiedzieć, czy muszę bardziej dosłownie? – Jego głos zabrzmiał ostro, niemal prześmiewczo. Wzdrygnęli się i skinęli powoli, jednak naukowiec wcześniej broniący Sinatri odezwał się ponownie:
   – Doktorze, wydaje mi się, że Kobra dobrze wie, jak bardzo Żołnierz jest dla nas cenny i dlatego…
   – To zrozumiałe, że tak się o nią troszczysz, Nosowski – powiedział cicho, przerywając przybocznemu –  ale przywiązywanie się w tym fachu to zła cecha.
    W środku sali Ena znów zdołała powalić Żołnierza, ten jednak pochwycił jej nogę i szarpnięciem ściągnął do parteru, sam błyskawicznie podnosząc się na jedno kolano. Jęknęła cicho; tyle kosztowała chwila nieuwagi, próba przemówienia. Pierwszy cios w twarz zdołała zablokować, drugi dotarł do celu, rozwalając wrażliwe wargi i rozbryzgując krew. Żołnierz chwycił rękę, którą chciała oddać uderzenie, i wykręcił, niemal bez wysiłku przewracając Enę na brzuch. Warknęła bezsilnie, czując pod sobą rozbite szkło. Ciężkie kolano opadło na jej plecy, przytrzymując w miejscu, zimny metal parzył skórę boleśnie wykręconej ręki.
     Przegrała. Pierwszy raz dobitnie i nieodwracalnie.
    Zmienił uchwyt i zatrważające zimno ścisnęło jej wnętrzności. Metalowa dłoń sięgnęła do tyłu głowy Sinatri i przebiegła po potylicy powoli, by znaleźć dobry uchwyt.
    – Nie – rozkazał bezosobowy głos z głośnika. Ręka Żołnierza znieruchomiała, spoczywając niemal pieszczotliwie pod uchem. 
    Wielkie, stalowe drzwi rozwarły się ponownie i do środka wpadło pięciu uzbrojonych po zęby mężczyzn z bronią wycelowaną w splecioną dwójkę. Zamknęła oczy, by powstrzymać napływającą wilgoć. Oboje przegrali. Nie mieli szans z potęgą, którą próbowali nieudolnie przechytrzyć. Teraz nie mogła już nic zrobić.
    – Żołnierzu, zaprowadź Kobrę na krzesło.
   Znów zmienił uchwyt. Lewą ręką przytrzymał obie jej za plecami, drugą podniósł kobietę do pionu i pozostawił na pasie, by uniemożliwić zbytnie szarpanie się. Ale Ena się nie szarpała. Nie próbowała się wyrwać ani uciec. Nie protestowała, gdy posadził ją na metalowym krześle i wcisnął przycisk uruchamiający zatrzaski na rękach i nogach. Zimna stal zamknęła ją w bezlitosnym uścisku.
    – Możecie wyjść, Żołnierzu.
    Spokojne, bezduszne spojrzenie zatrzymało się na ułamek sekundy na jej twarzy, by zdążyła tylko uchwycić przelotnie lodowato niebieskie oczy. Miała wrażenie, że coś w nich błysnęło, coś znanego, ale wtedy właśnie odwrócił się i odszedł w stronę wyjścia, a maszyneria ożyła.
    Zgrzytliwy, elektroniczny dźwięk wypełnił pomieszczenie i nim zdołał je całkiem opuścić, powietrze rozdarł kobiecy krzyk. Rwący, bolesny w dziwnie znajomy sposób i tak przejmujący, że na ułamek sekundy znieruchomiał.

~***~

    Obecnie, baza Shield
    Ta noc była jedną z najgorszych, jakie mu się przydarzyły.
    Zaciskające się na pościeli pięści zdołały już porwać ją na strzępy, nagą skórę pokryła warstwa potu, a umysł nieprzerwanie zalewały obrazy. Dlaczego? Dlaczego to musiało go spotykać? Dlaczego to zrobił?
     W jednej chwili stał na dachu wysokiego budynku, skupiony i pewny, obserwując swój cel, idealnie widoczny pośród tłumu. Wyczekał moment i nacisnął spust, a potem tylko umknął pomiędzy spanikowaniem i szaleństwem. W drugiej siedział na skraju pryczy, wpatrując się w postać spokojnie śpiącą pod cienkim kocem, w rozsypane na poduszce włosy i odkryte, nagie ramiona. Pamiętał. Och, tak dobrze pamiętał. Gładką, rozgrzaną skórę pod palcami, spragnione wargi przy swoich, krótkie chwile zapomnienia, tak rzadko im dane. Widział, jak śledzi dłonią krzywizny ciała, obserwuje najmniejsze drgnienia, a zaraz potem przed oczami płynęła krew, w uszach dźwięczał krzyk. Cios za ciosem, rozsypane po białej posadzce metalowe narzędzia i posoka zdobiąca wszystko wokół. Wściekły warkot – nie wiedział, jego czy jej – ból kopnięcia w szczęce i bezlitosny sierpowy, który rozorał kobiecą twarz. Drżał, rzucał się i krzyczał, ale nie mógł nic zrobić. Obrazy atakowały, przeplatały się, na przemian upojne i koszmarne.
    Trzasnęły drzwi pokoju, Żołnierz w swoim łóżku nieprzytomnie tłumił warkot i krzyk rozdzierający serce. Uwięziony w śnie i nawrocie wspomnień, w ogóle nie poczuł, jak chwyciła go za ramię, próbując wyrwać z tego obłędu.
    – Wis, obudź się! Wis, proszę cię, nie jesteś tam! – nie krzyczała, ale też nie szeptała, zdławionym głosem nawoływała go pośród sennych wspomnień. – Wyrwij się z tego, Wis… - Przesunęła dłoń z ramienia na szyję Bucky’ego i wyżej, aż na policzek. Szarpnął się, prawie trafiając w nią zwykłą ręką. Odgarnęła mu włosy z czoła, już niemal siedząc na materacu. – Wis, wróć, jestem tutaj. – Kciukiem przesunęła wzdłuż linii męskiej szczęki i wtedy coś się zmieniło. Nim się zorientowała, metalowa ręka wystrzeliła w jej stronę.
    Odruchowo odchyliła się, unikając ciosu i łapiąc protezę. Żołnierz warknął, przyciągnął do siebie rękę i obrócił ich, zaplątując w pościeli. Zdezorientowana, próbowała go z siebie zrzucić, ale została uwięziona w materiale, z ramieniem znów przyciskającym jej obojczyki.
    – Co z nią zrobiliście?! – wycharczał, zupełnie nieświadomy gdzie, kiedy i z kim przebywał.
    – Wis… – wydusiła, wolną dłonią blokując protezę, by móc normalnie oddychać.
    – Gadaj!
   Sapnęła, kręcąc i wijąc się, póki nie wyplątała nogi z prześcieradła. Wtedy bez skrupułów wbiła mu kolano w podbrzusze i wymierzyła cios w szczękę. Żołnierz skulił się, jęknął, a prawy sierpowy zdołał zachwiać nim na tyle, że drugim już zrzuciła go z siebie. Głuchy łoskot uderzającego o podłogę ciała poniósł się po pokoju, ale wtedy do jej uszu dobiegły kroki z przedpokoju. Miała ochotę palnąć sobie w głowę.
    Nim jeszcze agenci całkiem władowali się do pomieszczenia, gwałtownym machnięciem pokazała im, żeby się nie wtrącali, jednocześnie nie spuszczając wzroku z Żołnierza. Wycofali się, choć opornie, ale nie zwracała już na nich uwagi. Wis szybko podniósł się, podpierając na ramionach i z wściekłością w oczach spojrzał na zabójczynię. Szaleńczym, niemal obłąkanym spojrzeniem. Nim zdołał wykonać jakikolwiek ruch, ręka Eny wystrzeliła do włącznika, a ciemność rozproszyło światło z lampki nocnej.
    – Wis, to ja – zaczęła spokojnie, zniżając głos do swojego naturalnego tonu. Wis początkowo cofnął się, oślepiony światłem i osłaniając oczy. – Jestem tu z tobą, popatrz na mnie – poprosiła łagodnie, choć stanowczo, a temu nie mógł się oprzeć. Uniósł spojrzenie na delikatnie oświetloną twarz Eny i zamarł.
    Długą chwilę tylko wpatrywał się w nią, chłonąc każdy szczegół i drgnięcie, próbując przekonać się, że już nie śpi, że to jawa, nie koszmar, z którego ledwie się wyrwał. Wypuścił powietrze z płuc w rwanym oddechu. Niedowierzające oczy przesunęły się po jej twarzy, a wargi rozchyliły lekko, nadal niezdolne do wypowiedzenia jakichkolwiek słów. Powoli Ena przysunęła się do krawędzi łóżka i starannie wyważonymi, łagodnymi ruchami najpierw zwiesiła z niej nogi, później sama opadła na podłogę przed Wisem w ciasnym przejściu pomiędzy posłaniem i ścianą. Chciał się cofnąć, jednak nie mógł, prawie wtulając się w przeszkodę za sobą. Na ten widok pęta wokół serca Sinatri zacisnęły się boleśnie, wyraźnie odbijając się w spojrzeniu. Wis uniósł ręce, wplatając dłonie we włosy i zamykając szczelnie powieki, by jeszcze bardziej skulić się w sobie.
    Opadła, nagle świadoma, że poległa. W próbie ochronienia go przed podobnym nawrotem, w staraniach o jego spokojny umysł i ustabilizowanie. Ramiona Eny obniżyły się bezsilnie, plecy oparły o krawędź, w ustach zaschło. Nie mogła jednak tak tego zostawić. Musiała wyciągnąć go z tego letargu, choćby terapią szokową.
    – Wspomnienia… - zaczęła cicho, ale nawet nie musiała kończyć.
    – Pozwoliłem im – wydyszał, mocniej zaciskając pięści we włosach. Uniosła brwi, pochylając się nieco do przodu. – Pozwoliłem, by…
    – By… co? Wis, nie chowaj się przede mną – poprosiła niemal łamiącym się głosem.
    – By cię wyczyścili! – wywarczał, gwałtownie unosząc na nią wzrok. – By nas wyczyścili… Pamiętam, Eno. Walczyliśmy. – Pokręcił głową, zaciskając wargi. Jego oczy lśniły niebezpiecznie. – Nawet nie protestowałem. Prawie cię zabiłem. I zabiłbym. Rozumiesz? Zabiłbym, bez skrupułów, zrobiłbym to! – Metalowa pięść uderzyła w posadzkę, zarysowując i wgniatając panele. Patrzył na nią tak pełny żalu, wściekłości i bezsilności, że zabrakło jej słów.
    – Ale nie zrobiłeś – odparła cicho.
    – Tylko dlatego, że mi kazali – wycedził przez zęby, jakby rzucał Enie wyzwanie. Znów pokręcił głową, drugą ręką przesuwając po twarzy. Zadrżał wyraźnie, jednak nie mogła być pewna powodu tego. – Wsadziłem cię na krzesło. Słyszałem twój krzyk, słyszałem, jak…
    Zerwała się szybko, choć nie gwałtownie, pochylając w jego stronę. Opierając jedną dłoń na podłodze, drugą bez wahania uniosła i delikatnie położyła na szorstkim policzku. Drgnął, zerkając na Sinatri zbolałym wzrokiem.
    – To teraz nie ma znaczenia – powiedziała cicho, łagodnie. – Nie wyczyścili mnie.
    – Ale…
    – Cii, przecież mówiłam, że to już na mnie nie działało. – Niewielki, nieco złamany uśmiech uniósł kąciki jej warg, na pół ciepły, na pół smutny.
    Głęboki, rwący się oddech Żołnierza mierzwił kosmyki włosów, które w nieładzie opadały mu na czoło, gdy desperacko szukał w twarzy Eny potwierdzenia. I znalazło się. Wspomnienie poprzedniego dnia, jej własnej słabości i jego gwałtownej reakcji. Kolejne obrazy zaczęły napływać do zmęczonego umysłu Żołnierza, więc zafiksował się na tym jednym, krótkim i ulotnym, gdy mógł poczuć ciepło warg Sinatri. Kiedy ponownie przesunęła kciukiem po jego policzku, delikatnie, pieszczotliwie, pochylił się w jej stronę niemal bezwiednie.
    – Wis… – zaczęła cicho, ostrożnie, więc automatycznie zamarł, krzyżując spojrzenie z niepewnymi, dwubarwnymi tęczówkami.
    Serce dudniło mu w piersi, jakby zaraz miało się wyrwać, a ręce niemal świerzbiły, by przyciągnąć zabójczynię do siebie, jednak nie śmiał tego zrobić. Nie, gdy patrzyła na niego tak smutno, pełna żalu i tęsknoty, a równocześnie rezerwy. Nie mógł się dziwić, kiedy powoli zaczynał rozumieć, przez co przeszła. Sam zaś nie potrafił stwierdzić, co szalało w jego wnętrzu. Czuł się oszołomiony, zdruzgotany, w gardle coś boleśnie go ściskało i tak bardzo nie chciał jej odstraszyć…
    Cofnął się, spuszczając głowę, ale równocześnie jakby bardziej wtulając się w ciepłą dłoń Sinatri.
    – Przepraszam… – szepnął, zaciskając powieki, by nie dojrzeć reakcji.
    Westchnęła cicho, nie było to jednak westchnienie rezygnacji czy zirytowania. Nim zdołał zmusić się do sprawdzenia wyrazu twarzy Eny, poczuł, jak przysuwa się i wolną ręką obejmuje jego szyję. Ostrożnie i delikatnie, jak miała w zwyczaju, na ten niezwykle kojący sposób. Tym razem przyjął to znacznie chętniej, niemal od razu oplatając kobiecą sylwetkę ramionami i zamykając w szczelnym objęciu, nawet kostki krzyżując za jej podkulonymi pod siebie nogami. Oparł czoło o policzek Eny, nie chcąc, by spuściła dłoń, pragnąc cały czas czuć to ciepło na twarzy, ciepło, które trzymało go w rzeczywistości jak kotwica trzyma okręt pośród wzburzonego morza.
    – Zostaniesz? – zapytał tak cicho, że ledwie usłyszała. Niewielki uśmiech uniósł kąciki jej warg, dłonią odgarnęła kilka kosmyków z jego czoła i znów pozostawiła na policzku.
    – Zostanę.